Umieszczony przez 15:34 Duchowość monastyczna

“Dom” benedyktyna

Święty Benedykt, chcąc utrwalić w każdym ze swych synów to poczucie rodzinne, dodał w Regule swojej do szeregu innych ślubów ślub stałości (por. RB 58,15–17)

Święty Benedykt, chcąc utrwalić w każdym ze swych synów to poczucie rodzinne, dodał w Regule swojej do szeregu innych ślubów ślub stałości (por. RB 58,15–17), zobowiązujący każdego mnicha, przez całe życie, do przynależności do swojego klasztoru. Klasztoru, w którym śluby składał. Ma on znajdować całe swe zadowolenie we wspólnym w nim z braćmi życiu, w pokornym kroczeniu po wspólnej z nimi drodze, przez poprzedników wytyczonej. Ma kochać swoją cichą celę, która mu będzie przybytkiem, gdzie głosu Bożego słuchać będzie. A jeśli synowskim posłuszeństwem wiedziony, uda się, w dalekie obce mu strony, nie zapomni on nigdy, że jest członkiem porzuconej chwilowo rodziny, że czekają jego powrotu i ojciec, i bracia, że myśl ich ku niemu biegnie, a modlitwa ich stale mu towarzyszy.

Widzimy więc, że zasada benedyktyńska wielce się tym różni od dzisiejszych zasad życia klasztornego, które czynią zakonnika ptakiem wędrownym, nieświadomym gałęzi na której jutro spocznie.

A jakimże bywa „dom” benedyktyna? Nie jest on zwyczajnym nagromadzeniem cegieł lub kamienia, lecz wielkim, pięknym domostwem rodzinnym, o wspaniałych nieraz proporcjach, starannie wzniesionym w zapobiegliwym przewidywaniu jutra, z myślą o jego rozroście, szeroko rozplanowanym, mogącym pomieścić pięćdziesięciu, siedemdziesięciu, nawet do stu mnichów. Cele w nim są skromne, surowe i ubogie, i mieszczą w sobie jedynie to, co niezbędne. Odwiedzać je będzie przełożony, pilnie bacząc, aby się w nie nie zakradło nic poza tym, co od zwierzchności swej w pokorze się przyjęło. Lecz klasztor sam, świątynia, sala kapituły, refektarz, biblioteka, ogród i park, słowem wszystko, co stanowi ozdobę domu rodzinnego, nosić będzie charakter właściwy duchowi benedyktyńskiemu, czyli głosić będzie pięknem swym chwałę Bożą.

W tym pojęciu właśnie znajdujemy wytłumaczenie przepychu naszych opactw, prawdziwych poematów z marmuru, kamieni i mozaiki, tych bogactw z dziedziny sztuki, z pietyzmem przechowywanych.

Tak, mnich sam przez się jest ubogim, nic nie posiada własnego:

Dane mu będą – powiada św. Benedykt – igła, tabliczka i rylec, albowiem potrzeba, aby nałóg posiadania był z korzenieniem wyrwany z zakonu (RB 33,2–3).

Niemniej jednak jest on ubogim, żyjącym w ustawicznym poszukiwaniu Piękna, w poszukiwaniu samej Istoty Wszechpiękna, a więc i wszystkiego, co do Niej prowadzi.

Nie należy więc upatrywać żadnej sprzeczności w nakazie ubóstwa i wspaniałości niektórych klasztorów. Byłoby to niezrozumieniem różnicy pomiędzy bogactwem osobistym, potępianym przez św. Benedykta, a dozwolonym przez niego bogactwem wspólnym.

Dziwić nas też nie powinno, że z biegiem wieków klasztory takie, jak na przykład Monte Cassino, Subiaco, Tarfa, Cluny, Einsiedeln, Melk, Westminster i tyle innych, istniejących od dwustu, pięciuset lub tysiąca lat, doszło stopniowo do posiadania niezmiernych skarbów w relikwiach, rękopisach, obrazach, meblach, sprzętach i innych dziełach sztuki, którym czas nadał bezcenną wartość. Wszelako byłoby dowodem próżności i braku ducha Bożego, gdyby onych klasztorów głównym zadaniem być miało tychże bogactw gromadzenie. Nie takim jest ich szczytny cel. Klasztor jest przede wszystkim szkołą służby Bożej. Modlitwa więc, zwłaszcza modlitwa liturgiczna, czyli oficjalna modlitwa Kościoła, będzie głównym zadaniem mnichów. I tu znów zwraca naszą uwagę zasada rodziny i kolektywności, która jest podstawą systemu benedyktyńskiego.

Ktokolwiek miał sposobność i szczęście być obecnym podczas odprawiania liturgii w naszych opactwach francuskich, belgijskich, włoskich lub niemieckich, uderzony być musiał przepychem, którym się tam Boga otacza, wspaniałością form, w którą ujęta została modlitwa kościelna, bogactwem szat kościelnych, pełnym harmonii rytmem ruchów, czystością i pięknem śpiewów, powagą i skupieniem, panującymi w tych świątyniach. Słowem, wszystkim, co stanowi zewnętrzną formę modlitwy, modlitwy skądinąd głęboko wewnętrznej, na wskroś przesiąkniętej miłością a znajdującej w śpiewie i ceremoniale godne siebie ujście.

Dusze te kontemplacyjne w godzinach modłów biorą na siebie rolę wstawiennictwa za cały Kościół, modlą się za niego do Boga, za nim i za tymi wszystkimi, na których usta nigdy nie wypływa modlitwa. Są one jakby ukrytymi piorunochronami gniewu Bożego, który spaść miał na ludzi żyjących w lekceważeniu pełnym obojętności. Idą więc one dusze przed ołtarze Pana w szczęściu i pokoju.

Nie im więc, których głównym zadaniem jest oddawać jak największą część Bogu, zarzucać by można, że otoczyli ceremoniał kościelny najwyższym napięciem piękna, że użyli doń wszystkiego, co bogate, imponujące i wzniosłe.

Bo jeśli mnicha zadaniem jest szukać Boga, to zadaniem opactwa, stanowiącego jakby uosobienie tego zgromadzenia mnichów, jest to samo dążenie do Boga. Jemu więc, w duchu miłości i wiary, nieść będzie w ofierze poważną część swego mienia, obróconą ku chwale Jego, oraz pracę i zdolność wszelką swoich synów.

Msza Święta jest ośrodkiem, punktem centralnym życia i dnia mniszego, tak jak jest punktem centralnym liturgii. Jest ona osią, wokół której obracają się wszystkie jego czynności. Wczesnym rankiem, zaledwie ostatnie odgłosy Jutrzni zamilkną, już w mdłym świetle wstającego dnia, w obszerne gotyckie ornaty odziani mnisi zdążają ku świętym ołtarzom. Cichy szept ich modlitwy rozbrzmiewa w kościele, a wtóruje im ledwie dosłyszalny głos dzwonków dyskretnie poruszanych. I oto wnosząc patenę, na której spoczywa święta Hostia, wznawiają codziennie przed Bogiem swe śluby posłuszeństwa, ubóstwa, czystości i stałości, i całych siebie w ofierze Chrystusowi składają. Wokół nich zaś garstka nowicjuszy i świeckich pobożnych słuchaczy z ofiarą Mszy Świętej się łączy.

Ale poza tymi cichymi mszami, rodzina wymaga nabożeństwa zbiorowego. Około dziesiątej więc znowu szereg mnichów się ukazuje, podążając ku stallom. Wówczas to wszystkie serca, umysły i głosy łączą się i zlewają w jedną całość. Wespół z braćmi celebrującymi przy ołtarzu mała ta jednostka kościelna, będąca cząstką wielkiego powszechnego Kościoła, ofiarowuje Bogu Syna Jego Jezusa i wespół z Nim chwali Boga, i modły do Niego wznosi za wszystkich obecnych i nieobecnych.

Wzniosła ta i uroczysta ofiara nabiera większego jeszcze majestatu w dnie wielkich obchodów liturgicznych, gdy opat, ojciec zgromadzenia, odziany w pontyfikalne szaty, z pastorałem w ręku i mitrą na głowie, sam odprawia na intencję rodziny swojej ofiarę uwielbiającą, dziękczynną, kojącą i błagalną.

Z tego to wiecznie tryskającego źródła czerpali i czerpać będą mnisi wszystkich czasów siłę i natchnienie do prac swoich. I czy wobec tego dziwić się można temu pięknu, rozlanemu w każdym ich dziele? Czy może zadziwiać wspaniałość ich architektury, malarstwa, haftów, robót złotniczych i rzeźby, pomniki ich prac naukowych, doskonałość ich metody wychowawczej, świetność ich nauczania i głębokość wpajanych przez nich zasad moralnych i religijnych? Czyż zdziwi ich gorliwość apostolska, która dała światu takich Maurów, Augustynów, Bonifacych, Armandów i Wojciechów, misjonarzy wszystkich krajów. Gorliwość, która dzisiaj jeszcze, w XX wieku każe im iść na wybrzeża dalekiej Afryki i Azji, tworzy świętych, błogosławionych i męczenników, rodzi kapłanów, papieży, mnichów i mniszki, i roznieca w świecie całym pragnienie posiadania w swoim kraju owych mnichów benedyktynów, którzy swą pracą i przykładem nieśli i niosą światło odrodzenia i utwierdzają zasady prawdziwego życia chrześcijańskiego?

Zaprawdę nie dziwmy się temu, gdyż ideał benedyktyński ma początek i koniec swój w Bogu. Kierowani jego natchnieniem mnisi jedno tylko żywią pragnienie: Ut in omnibus glorificetur Deus – „aby we wszystkim był Bóg uwielbiony” (RB 57,8). Aby Bóg był we wszystkim uwielbiony! Przeto jeśli każdy mnich, jak mówiłem, jest poszukiwaczem Boga, dziwić nas nie powinno, że w każdym dziele jego coś boskiego znajdujemy, że Bóg przez każde dzieło jego przebija.

Oby Bóg był przez wszystko i we wszystkim uwielbiony! Piękne to hasło tłumaczy nam tajemnicę wspaniałego rozwoju dzieła benedyktyńskiego. Nie można twierdzić, aby św. Benedykt przewidział, jak dalece wpływ jego zakonu świat cały obejmie, do jak dalekich krain sięgać będą konary świętego tego drzewa. Jednakże człowiek ten boży rozumiał, że rodzina jego, silnie oparta na wierze Chrystusowej i zasadach swej Reguły, mimo mogących się nadarzyć chwilowych zmierzchów, nosi w sobie zarodek nieśmiertelności. Wiedział, że synowie jego powołani będą do wytrwałej owocnej pracy w winnicy Pańskiej. A wiarę tę całkowicie potwierdza żywy dokument piętnastu stuleci. Nie masz bowiem w historii świata żadnego wielkiego dzieła, żadnego pola pracy, których by nie tknęły ręce benedyktynów. W ciągu sześciu wieków, tj. do chwili pojawienia się synów św. Franciszka i św. Dominika, oni byli jedyną podporą Kościoła. Widzimy ich kolejno w roli misjonarzy, uczonych, pedagogów, wychowawców, artystów, prawników, dyplomatów, biskupów, królewskich ministrów i Papieży. Potencjał benedyktyński ma charakter uniwersalny, zawsze jednak pozostaje nacechowany jedynym celem służenia Bogu i wierną, pełną pokory zależnością od swego „domu”.

Ponad wielkim drzewem benedyktyńskim przeszła co prawda niejedna burza. Tu i tam legł złamany konar, konar, co obumarł i zesechł. Czasem rozhukany żywioł kaleczył i sam pień, docierał do jego żywych tkanek, a było to wówczas, gdy i samo papiestwo przechodziło godzinę kryzysu. Zakon, zrodzony z krwi rzymskiej, obrońcą był i jedną z głównych sprężyn życia Kościoła, był też pierwszym pączkiem życia duchowego, rozkwitającym w jego łonie, toteż normalnym rzeczy porządkiem wszystkie jego wstrząsy najżywiej odczuwał i dzielił.

A oto jeszcze jeden rys charakteryzujący zasady benedyktyńskiego zgromadzenia.

Na czym polega i czym się tłumaczy wspaniały rozkwit działalności tych dziesięciu tysięcy benedyktynów i piętnastu tysięcy benedyktynek, z których się zakon św. Benedykta dzisiaj składa?

Pragnę rzucić światło na tę tajemnicę.

Otóż, gdy się wstępuje w progi klasztoru, choćby najuboższego, najskromniejszego, uderza oczy nasze jedno małe słowo w kamieniu wyryte, słowo tak małe i nikłe, że mogłoby nawet ujść naszej uwagi. Ono jednak stało się talizmanem siły, która zrodziła przeszło pięćdziesiąt tysięcy świętych i pod której działaniem rodzina benedyktyńska stała się dla Kościoła wspaniałym wieńcem chwały. To małe słówko to Pax – „Pokój”.

Ono jest naszym hasłem. Wyryte jak pieczęć na murach naszych klasztorów, na ścianach cel naszych, panuje w duszach mniszych, czyniąc je przybytkiem modlitwy, wiary i miłości.

Pokój ten zalewa klasztor cały i do każdego jego zakątka dociera. Unosi się w świątyni w czasie wspaniałych jej obchodów liturgicznych, promienieje w każdej duszy mniszej. Płynie z tego ustawicznego prądu Bożego, przenikającego te dusze, z dążenia ich ku Bogu, z zapomnienia o wszystkim, co ziemskie. Pax – pokój duszy, pokój sumienia, uspokojenie namiętności wszelakiej to cecha prawdziwego mnicha, tego chrześcijanina świadomego swego powołania, chrześcijanina, idącego przez życie w ślady Chrystusa, Księcia pokoju, Princeps pacis.

Pokój jednak nie wyklucza cierpienia. Syn św. Benedykta przeżywać będzie niejedną bolesną godzinę, w której dawny człowiek o pierwszeństwo walczyć będzie z dzisiejszym. Niejeden ciężki krzyż dźwigać mu przyjdzie za Mistrzem, albowiem losem wybrańców Chrystusa jest dźwigać Jego brzemię.

Nieść więc będzie cierpliwie ciężar dnia powszedniego i ciężar swych niedoskonałości duchowych i cielesnych. Lecz lekkim mu będzie to brzemię, albowiem w samym sobie znajdować będzie pociechę i ulgę – pokój rodzący się z wiary. I nie zmogą go ból, ani cierpienie, ani się krzyk nie wyrwie z biednej duszy człowieczej, ani go powali codzienna udręka drobnych przeciwności, co w każdą godzinę dnia się wkrada. Ciążyć mu nie będzie bezwzględne posłuszeństwo, nie wstrząśnie nim daleka niebezpieczna wędrówka misyjna, nie przestraszy żaden trud. I jak rozumie św. Benedykt: czy będzie kaznodzieją, uczonym, profesorem, artystą, czy też pokornym nieznanym mnichem, w powodzeniu czy niepowodzeniu, zdrowiu czy chorobie, nie traci spokoju i siać go będzie wokół – apostołem będzie pokoju.

Kimkolwiek jesteśmy, gdy przychodzi na nas godzina niepokoju i rozterki duchowej, gdy sami w sobie jasno czytać przestajemy, pragniemy mieć u boku swego duszę przyjazną, duszę pokoju pełną, która by nam się dźwignąć pomogła.

Społeczeństwo powojenne, garnąc się z gorącą sympatią ku klasztorom benedyktyńskim, tę samą wykazuje palącą potrzebę przeciwstawienia – pokoju i uspokojenia – prądom rewolucyjnym i anarchistycznym oraz gorączkowemu, niezdrowemu niepokojowi doby dzisiejszej.

Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni posiądą ziemię (Mt 5,9). Pokojem Chrystus Pan świat zdobył. I oto ideał nasz benedyktyński ideałem jest zarówno i dzisiejszej głowy Kościoła Katolickiego, papieża Piusa XI – papieża pokoju.

Po tylu wyrzeczonych słowach, odnoszę wrażenie, że mało, zbyt mało powiedziałem. Lecz aby ukazać zakon benedyktyński w prawdziwym jego świetle, trzeba by wymowy złotoustego Bossueta, kardynała Pie, Dom Guerangera lub Montalemberta. Być może jednak, że ubogie me słowa choć w skromnej mierze się przyczynią do wzmożenia, istniejącej już w waszych sercach, sympatii dla św. Benedykta i jego synów, może staną się nawet tym ziarnkiem gorczycy, które zakiełkuje w młodych sercach i rozwinie się w owocne powołanie.

Polska ma piękną przeszłość benedyktyńską. Tyniec, Horodyszcze, Św. Krzyż, Lubiń i tyle innych klasztorów to tyleż pomników benedyktyńskiej działalności. Czy nie nadszedł dla Polski czas powrotu do tego ideału pokoju, piękna, poszanowania władzy i szlachetności ducha, opartego na gorliwym rozwoju życia nadprzyrodzonego?

Ut in omnibus glorificetur Deus.


Fragment publikacji O duchu benedyktyńskim


Karol Filip van Oost OSB (ur. 1899, zm. 1986), belgijski benedyktyn, mnich opactwa św. Andrzeja na przedmieściach Brugii (Zevenkerken), jako przeor wznowionego opactwa tynieckiego (1939–1951) odnowiciel życia benedyktyńskiego w Polsce. Pierwsze śluby zakonne złożył wobec bł. Kolumby Marmiona w 1918 r. Posłuszny woli przełożonych pełnił gorliwie rozmaite funkcje zarówno w rodzimym klasztorze, jak i poza jego murami (m.in. posługiwał jako: nauczyciel w szkole przyklasztornej, misjonarz, wizytator klasztorów żeńskich, dyrektor internatu, refektariusz). Był cenionym rekolekcjonistą i kaznodzieją. Dzieło jego życia stanowi tyniecka fundacja, której rozwój, po zakończeniu przełożeństwa, śledził z wielką troską. Odznaczał się głębokim wyczuciem życia wspólnego i charyzmatem duchowego ojcostwa. Autor książki Komentarz do Reguły Świętego Ojca naszego Benedykta.


Fot. Archiwum Opactwa Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 61 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij