Umieszczony przez 10:56 Duchowość monastyczna

Historia św. Marcina z Tours. O próbie ognia i wiary

Niech pozna przeto każdy, kto będzie to czytał, że przebyte niebezpieczeństwo wystawiło niewątpliwie Marcina na próbę, lecz zapewniło mu także prawdziwe uznanie.

Wczoraj przyszli do mnie liczni mnisi. Długą rozmowę i niekończące się opowiadania przerwała wzmianka o wydanej przeze mnie książeczce, w której opisałem życie błogosławionego biskupa Marcina i o której z przyjemnością usłyszałem, że wielu ją pilnie czytało. W międzyczasie doniesiono mi, że ktoś, pobudzony złym duchem, powiedział: «Dlaczegóż to Marcin, który wskrzeszał umarłych i odpędzał płomienie od domów, sam, niedawno osaczony pożarem, wystawiony był na pastwę niebezpiecznego żywiołu?» O nieszczęsny, kimkolwiek on jest! Jego perfidną mowę rozpoznajemy w słowach Żydów, którzy z zawieszonego na krzyżu Pana szydzili tymi słowami: „Innych wybawiał, siebie nie może wybawić”. Zaprawdę ów, kimkolwiek jest, gdyby się urodził w tamtych czasach, mógłby przemówić do Pana takimi właśnie słowami, gdyż w podobny sposób bluźni przeciw świętemu Pana. Cóż więc powiesz, kimkolwiek jesteś: czy Marcin dlatego nie jest przemożny, dlatego nie jest święty, bo znalazł się w niebezpieczeństwie z powodu pożaru? O błogosławiony mąż i jakże we wszystkim podobny Apostołom, także i w tych zarzutach! Tak samo mianowicie sądzili poganie i o Pawle, gdy go ukąsiła żmija, jak to zostało przekazane: Ten człowiek jest na pewno mordercą, bo choć wyszedł cało z morza, pomsta nie pozwala mu żyć (Dz 28,4). On jednak, strząsnąwszy żmiję do ognia, nie poniósł żadnej szkody. Tamci zaś przypuszczali, że zaraz upadnie i natychmiast umrze. Lecz gdy zobaczyli, że nie stało mu się nic złego, zmienili zdanie i mówili, że jest bogiem. Tak więc, choćby tylko idąc za ich przykładem, o najnieszczęśliwszy ze wszystkich śmiertelników, powinieneś sam uznać swoją perfidię. A jeśli cię to zgorszyło, że Marcin zdawał się być dotknięty płomieniami, to do jego zasług zaliczysz i przypiszesz jego mocy fakt, że otoczony ogniem nie zginął. Poznaj zatem, nieszczęsny, poznaj, że nie wiesz tego, iż prawie wszyscy święci wśród swoich prób bardziej jaśnieli mocami. Widzimy więc Piotra – mocnego wiarą, kroczącego wbrew naturze stopami po morzu i depczącego cielesnymi krokami niestałe wody. Lecz Apostoł pogan nie wydaje mi się wcale mniejszy z tego powodu, iż go pochłonęła toń morska i po trzech dniach i tyluż nocach fala oddała go wynurzającego się z głębiny. Zresztą, nie wiem, czy nie było nawet czymś większym żyć w głębinie, niż przejść nad głębiną po powierzchni morza. Lecz tego ty, głupcze, jak sądzę, nigdy nie czytałeś, ani nie słyszałeś, gdy ktoś czytał. A przecież święty Ewangelista nie przedstawiłby w Piśmie Świętym tego rodzaju przykładu bez zamysłu Bożego, jeśliby umysł ludzki nie miał być przez to pouczony. Zarówno w przypadku rozbicia okrętu jak też w historii z wężami – jak mówi Apostoł, który chlubi się nagością, głodem i niebezpieczeństwami ze strony zbójców – wszystko to razem znieść mieli święci ludzie. Ale znoszenie i przezwyciężanie tych trudności przynosiło zawsze szczególną korzyść sprawiedliwym: będąc we wszystkich próbach cierpliwi i zawsze niepokonani, tym potężniej zwyciężali, im cięższe przeciwności znosili. Dlatego to, co się przytacza na dowód słabości Marcina, jest godne podziwu i pełne chwały. Wystawiony bowiem na próbę w bardzo niebezpiecznym przypadku, zwyciężył. A że zostało to przeze mnie pominięte w owej książeczce, gdzie opisałem jego życie, niech nikogo nie dziwi, ponieważ tam szczerze wyznałem, że nie uwzględniłem wszystkich jego czynów: bo gdybym chciał odnotować wszystkie, dałbym czytelnikom ogromną księgę. Jego czyny bowiem są zbyt liczne i nie sposób przedstawić wszystkich. Jednakże nie pozwolę, aby to, w związku z czym padło pytanie, pozostało w ukryciu. Przedstawię zatem całą sprawę tak, jak się wydarzyła, aby przypadkiem nie sądzono, że umyślnie pomijam to, co mogłoby być powodem umniejszenia zasług błogosławionego męża.

Gdy Marcin przybył zimą do pewnej parafii na doroczną uroczystość – jak to jest zwyczajem biskupów nawiedzających swoje kościoły – duchowni przygotowali mu miejsce w zakrystii. Rozpalili wielki ogień na szorstkiej i bardzo miękkiej podłodze, a posłanie obficie wymościli słomą. Gdy Marcin ułożył się na legowisku, wzdrygnął się na niebezpiecznie nęcącą nadzwyczajną miękkość posłania, zwłaszcza że przywykł spać na gołej ziemi, na jednej tylko rozłożonej włosiennicy. Tak więc, jakby wzburzony doznaną krzywdą, wyrzucił całą słomę. Przypadkowo zarzucił na palenisko część tej plewy, którą był usunął. Sam zaś zmęczony podróżą, zasnął twardo na gołej ziemi, do czego był przyzwyczajony. W środku nocy ogień płonąc – jak powiedzieliśmy wyżej – na ubitej podłodze, zajął wyschnięte plewy. Marcin, wyrwany ze snu przez tą niespodziewaną sytuację, zapobiegając podwójnemu niebezpieczeństwu, a przede wszystkim – jak opowiadał – czyhającemu i napierającemu diabłu, uciekł się do pomocy modlitwy później niż był powinien. Pragnął bowiem wydostać się na zewnątrz. Podczas gdy długo i uporczywie mocował się z zasuwką, którą zamknął drzwi, spostrzegł wokół siebie bardzo wielki pożar. Ogień zajął nawet szatę, którą miał na sobie. Przyszedłszy w końcu do siebie i wiedząc, że nie w ucieczce, lecz w Panu jest obrona, chwytając tarczę wiary i modlitwy, rzucił się w środek płomieni cały zwrócony ku Panu. Tak modlił się, pozostając nietkniętym wśród płomieni. Tymczasem ogień za łaską Pana oddalił się od niego. Na odgłos strzelającego i rozszerzającego się pożaru mnisi wyłamali zamknięte drzwi i stłumiwszy ogień wynieśli Marcina spośród płomieni w momencie, gdy wydawało się, iż przez tak długi czas powinien by już dawno całkowicie spłonąć. Poza tym – Pan jest świadkiem moich słów – on sam opowiadał mi i wyznał wzdychając, że to diabeł podszedł go swoją sztuczką w tym, iż zbudzony ze snu nie zreflektował się, by wiarą i modlitwą zwalczyć niebezpieczeństwo. Bo ostatecznie ogień srożył się wokół niego tak długo, jak długo próbował, zaniepokojony w duchu, otworzyć drzwi wejściowe. Gdy jednak odszukał znowu proporzec krzyża i oręż modlitwy, kroczył pośród ognia odnosząc wrażenie, że stały się orzeźwiające jak rosa te płomienie, które przedtem – czego doświadczył – były boleśnie piekące. Niech pozna przeto każdy, kto będzie to czytał, że przebyte niebezpieczeństwo wystawiło niewątpliwie Marcina na próbę, lecz zapewniło mu także prawdziwe uznanie.


Fragment publikacji Pisma o św. Marcinie z Tours


Sulpicjusz Sewer – ur. około 360 r. w Akwitanii. Przyjaciel Paulina z Noli. Spisał biografię św. Marcina z Tours, która została wydana w języku polskim, obok Listów i Dialogów, pt. Pisma o św. Marcinie z Tours. Autor dzieła Kroniki, które opisują wydarzenia biblijne. Zmarł prawdopodobnie po roku 414.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment polichromii z kaplicy Opactwa Benedyktynów w Tyńcu. Autor polichromii: Michał Szwarc.

(Visited 254 times, 3 visits today)


Chcesz być na bieżąco z najnowszymi artykułami, informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia" oraz nowościami wydawniczymi? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij