Umieszczony przez 09:59 Pismo Święte

Powrót do Ojca #1

Zwróćmy uwagę, ile trudu i wytrwałości kosztuje nas zrobienie tego, co dobre, ocalenie tego, co jest wartościowe w życiu, wytrwanie w tym, co jest słuszną praktyką — a jak szybko działa w nas to, co jest złe, zwłaszcza pokusa. Wystarczy sobie przypomnieć wszystkie sceny kuszenia diabelskiego w Piśmie Świętym.

Rdz 37, 3-4. 12-13a. 17b-28
Mt 21, 33-43. 45-46

Te dwa czytania, które przed chwilą słyszeliśmy — pierwsze czytanie i Ewangelia — łączą się ze sobą na wiele sposobów. W obu dostrzegamy ten sam schemat: pojawia się młody człowiek, syn kogoś ważnego, i zostaje potraktowany w brutalny sposób. I tak syn Jakuba, Józef, spotyka się ze swymi braćmi, którzy wrzucają go do studni; syn właściciela winnicy przychodzi do rolników, ale ci go lekceważą i ostatecznie zabijają.

Mimo ważnych różnic między tymi czytaniami, w obu znajdziemy identyczny element. W jednym i w drugim z tych czytań ojciec nie przewiduje prawidłowo tego, co się stanie z jego synem. Ma pewne założenia, ma swoje plany, ale potem dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Jakub, ojciec Józefa, myśli sobie, że jego syn dołączy po prostu do swoich braci i będzie z nimi wypasał owce; że to wszystko potoczy się w spokojny, normalny sposób. Ojciec dziedzica z kolei sądzi, że właśnie tego syna owi nieposłuszni rolnicy wreszcie uszanują. Obaj mylą się całkowicie. Ich przypuszczenia okazały się błędne.

Ta właśnie sytuacja, uwypuklona w obu czytaniach, udziela nam ważnej lekcji na temat tego, czym jest dobro i czym jest zło. Albo może dokładniej: jakie jest dobro i jakie jest zło.

Ponieważ, jak wynika z czytań, dobro zdaje się być trochę naiwne. Obaj ci ojcowie zakładają, że sprawy potoczą się tak, jak oni w swojej dobroduszności przewidują, a rezultat jest dramatycznie inny. Ich plany i pomysły nie są skuteczne. Nie osiągają tego, czego chcieli, więc wynikałoby z tego również, że dobro jest takie trochę nieporadne, niezdarne. A zło — o, to zupełnie inna sprawa! Kiedy bracia Józefa widzą go na horyzoncie — albo kiedy rolnicy widzą dziedzica zbliżającego się do winnicy — działają bardzo szybko i bardzo sprawnie. Zło jest przebiegłe; zło jest bardzo kreatywne. Dobro może potrzebuje czasu, lecz zło działa bardzo szybko. Zwróćmy uwagę, jak prędko w obu tych czytaniach ci, którzy spotykają się czy to z Józefem, czy z dziedzicem, podejmują działania. Plany rozegrania sytuacji pojawiają się w ich głowach w ciągu minut czy sekund. Tak kreatywne jest to, co jest złe — tak sprytne.

Moglibyśmy znaleźć wiele miejsc w Piśmie Świętym, gdzie ta logika w jakiś sposób się potwierdza. Przecież Pan Jezus mówi, że synowie tego świata są o wiele bardziej przebiegli w stosunkach z podobnymi sobie niż synowie światłości. Święty Paweł na samym początku Listu do Rzymian, kiedy pisze o grzesznikach, mówi o nich, że w tym, co złe, są pomysłowi (por. Rz 1,30). Istnieje taka mroczna kreatywność i pomysłowość — przebiegłość związana z tym, co złe.

Dobry jest ten, kto przyjmuje policzek, kto nadstawia drugi policzek do uderzenia, a zły jest ten — jak może wynikać z tych dwóch konkretnych czytań — kto szybko działa. I ta dynamika, którą możemy tutaj dostrzec, w jakiś sposób określa każdego z nas; określa każdego człowieka, który jest dotknięty grzechem pierworodnym. Ponieważ tu nie tylko chodzi o stosunki między ludźmi, jak opisują to te mszalne czytania. To wszystko odnosi się ściśle do naszego życia duchowego.

Zwróćmy uwagę, ile trudu i wytrwałości kosztuje nas zrobienie tego, co dobre, ocalenie tego, co jest wartościowe w życiu, wytrwanie w tym, co jest słuszną praktyką — a jak szybko działa w nas to, co jest złe, zwłaszcza pokusa. Wystarczy sobie przypomnieć wszystkie sceny kuszenia diabelskiego w Piśmie Świętym. Zwróćcie uwagę, że kuszenie przez Szatana to jest festiwal kreatywności. Kiedy diabeł kusi Adama i Ewę, musi bardzo intensywnie nad tym myśleć, kombinować, być kreatywnym; zachodzić od jednej i od drugiej strony. Kiedy przychodzi do Boga i mówi o Hiobie, że przecież Hiob nie czci za darmo Boga, znów pełni rolę tego, który podsuwa niebezpieczne pomysły: „A może byś zrobił tak?” — podsuwa Bogu myśl — „Może byś go w taki sposób przetestował?”. Kiedy diabeł kusi Jezusa na pustyni, trzy razy podsuwa mu konkretne scenariusze, w jaki sposób może odstąpić od swojego Ojca — i co za to otrzyma; odwołuje się nie do jednej pokusy, nie do jednej władzy w człowieku, ale do kilku różnych: do pragnień zmysłowych, do chęci posiadania i do żądzy chwały. Diabeł jest bardzo twórczy w tym, co złe. I kiedy ktoś mu odmawia jednej rzeczy, natychmiast reaguje, podsuwając inną. Jest zadziwiająco szybki.

Chyba każdy z nas instynktownie wyczuwa, że tak to trochę jest: kiedy zabieramy się do czegoś dobrego, zaraz pojawiają się wątpliwości, zaraz pojawiają się uzasadnienia dla naszych własnych upadków. Kiedy z czegoś dobrego rezygnujemy, szybko pojawia się jedno, drugie, trzecie usprawiedliwienie. W tym też jesteśmy dobrzy. Czujemy, że ta nasza słabość, czy skłonność ulegania pokusom, jest znaczna. W związku z tym, kto z nas tak naprawdę nie marzy o tym na początku Wielkiego Postu, żeby nasze nawrócenie było na miarę tych pokus i słabości; żeby nawrócić się, ale tak spektakularnie; żeby to było takie wielkie, płomienne nawrócenie. Gdyby tylko mógł być to taki jeden punkt, od którego już wszystko zacznie dobrze funkcjonować i do którego nie będzie potrzeby już wracać. Jak bardzo byśmy chcieli, żeby wraz z początkiem Wielkiego Postu wszystkie te sprawy, które są w naszym życiu niepoukładane, nagle ułożyły się, wskoczyły na swoje miejsce i byśmy chwycili nasze życie jak byka za rogi. Chcielibyśmy, żeby to był taki płomienny, ognisty akt woli, po którym wszystko zacznie dobrze funkcjonować, a my będziemy mieć zawsze ten sam ogromny żar w naszej relacji z Panem Bogiem.

Co jednak zrobić wtedy, kiedy nie umiemy nawrócić się w taki sposób? Być może tego typu nawrócenie było udziałem wielu z nas; być może właśnie w ten sposób zbliżyliśmy się do Pana Boga — może niedawno, a może lata, lata temu. Ale nie każdy musi mieć to doświadczenie. I co ważniejsze, nie każdemu jest dane takiego gwałtownego nawrócenia doświadczyć.

Co zatem począć, gdy zaczyna się ten Wielki Post i jakoś nie umiemy wykrzesać z siebie tego rodzaju zapału? Gdy żar nie okazuje się być tak silny, jakbyśmy chcieli? My jako benedyktyni składamy trzy śluby: posłuszeństwa, obyczajów mniszych i stałości. Niektórzy czasem twierdzą, że my ślubujemy stałość miejsca, lecz stałość, którą ślubujemy, jest czymś o wiele szerszym i głębszym niż po prostu praktyka pozostawania w jednym miejscu, w jednym klasztorze, do końca życia. Nie — stałość to jest jeszcze coś innego, choć oczywiście, trwanie w jednym klasztorze może pomagać w praktykowaniu ślubu stałości. Jeżeli naprawdę chcemy praktykować stałość, to każdy z nas musi najpierw zastanowić się nad tym, co otrzymał od Pana Boga: co ja Mu zawdzięczam i co On dobrego zdziałał w moim życiu? Bo z tego rodzi się stałość. Z tego, że zadam sobie pytanie: Panie Boże, jakich łask Ty mi udzieliłeś? Co ja od Ciebie otrzymałem? Stałość ma swój początek w tym, że spojrzymy w twarz Pana Boga i nagle dostrzeżemy, iż otrzymaliśmy to i to, i to. Konkretne rzeczy. Na przykład ja otrzymałem od Niego taką drogę, takie powołanie, że mogę być w klasztorze, gdzie On mnie obdarowuje kolejnymi łaskami. Mogę podnieść na Niego mój wzrok i powiedzieć: rzeczywiście to od Ciebie otrzymałem. Ze względu na to mogę o Tobie, Boże, powiedzieć, że Ty jesteś dobry.

Jeżeli w pewnym momencie naszego życia robi się trudno, w pewnym momencie pewne rzeczy przestają działać, a Pan Bóg przestaje nas obdarowywać tak, jakbyśmy chcieli i w związku z tym odchodzimy, oddalamy się od Niego, nie mamy w sobie stałości. Prawdziwa stałość jest wtedy, kiedy w tym momencie, kiedy jest trudno, my pamiętamy, w jaki sposób Pan Bóg nas obdarował. Dlatego stałość rozpoczyna się od zadania sobie właśnie tych pytań: Jak, Panie Boże, Ty mnie obdarowałeś? W jaki sposób mnie poprowadziłeś? Co Ci zawdzięczam? To mogą być nie tylko konkretne łaski, takie dobre rzeczy, jakich teraz byśmy chcieli, czyli na przykład zdrowie. Ale może Pan Bóg przeprowadził nas przez coś bardzo trudnego. Nasz wzrok musi wtedy powędrować nie w kierunku tej krzywdy, której doświadczyliśmy z czyjejś strony, nie ku rozpamiętywaniu doznanej krzywdy, ale w kierunku tego, w jaki sposób Pan Bóg tę ranę uleczył. Bo właśnie to uleczenie od Niego otrzymaliśmy.

Może to zabrzmi trochę podniośle czy patetycznie, ale jeśli chcemy domknąć wątek tych czytań, które przed chwilą słyszeliśmy, to musimy powiedzieć jedno: dobro zawsze zwycięża. Ponieważ to dobro, które przed chwilą opisałem jako takie trochę nieporadne, padające ofiarą tego pomysłowego, sprawnie działającego zła, ostatecznie w obu tych czytaniach w jakiś sposób zwycięża. Ostatecznie Józef zostaje przecież zarządcą całego Egiptu i ci bracia, którzy na pewnym etapie wrzucili go do studni, kiedyś przyjdą do niego i pokłonią mu się. Tak, jak przewidywał to jego sen. Nie wiemy oczywiście jak skończyłaby się ewangeliczna przypowieść — w końcu to tylko przypowieść, fikcyjna opowieść. Lecz ci, którzy rozmawiają z Jezusem, odpowiadają Mu: właściciel winnicy przyjdzie i wytraci złych zarządców winnicy. Nagle okazuje się, że dobro wcale nie jest nieskuteczne. Swój skutek osiąga jednak często po okresie próby, po jakimś czasie: nie bez wyrzeczeń, ale w sposób definitywny, ostateczny.

I takie jest benedyktyńskie nawrócenie, w duchu Reguły. Może nie jakieś gwałtowne, nie spektakularne, ale stopniowe i łagodne, przetestowane próbą czasu; szczere i oparte na tym, jak Pan Bóg nas obdarował. To ta wytrwała pamięć o tym, że Pan Bóg jest dobry. W związku tym, jeśli teraz nawet źle się dzieje w naszym życiu, to nie znaczy, że on nas zawodzi.

Moja ulubiona książka, to powieść Alberta Camusa, Dżuma, która teraz oczywiście bije rekordy popularności. Ja czytam ją jednak co roku. I kiedy myślę o tym, czym jest stałość, to często przychodzi mi do głowy postać głównego bohatera tej książki, czyli doktora Rieux. W tej książce — jak pewnie wszyscy doskonale wiecie — sytuacja jest taka: w algierskim mieście Oran wybucha epidemia dżumy, miasto zostaje zamknięte, objęte kwarantanną i doktor Rieux, który jest lekarzem, systematycznie leczy wszystkich, którzy są chorzy na dżumę. Mówimy „leczy”, ale tak naprawdę w pewnym momencie jego praca staje się rejestrowaniem kolejnych zgonów, ponieważ epidemia jest przemożna i nie daje się opanować pracą czysto lekarską. Fabuła tej książki przybliża nam postać tego doktora, który systematycznie chodzi do chorych i łagodzi ich cierpienie. Jednocześnie w mieście są takie osoby, które ciągle kombinują; które ciągle w przebiegły sposób próbują się uwolnić z miasta, zorganizować ucieczkę — i są w tym skuteczni. Znów zatem widzimy tę dynamikę, o której mówiliśmy na początku: dobro, które jest naiwne, jak się zdaje — bo co może znaczyć ta praca lekarska wobec takiej zarazy? – i jednocześnie zło, które działa przebiegle, szybko dostosowuje się do okoliczności. Czytając tę książkę, raz po raz zadaję sobie pytanie: dlaczego doktor Rieux nie ucieka z tego miasta, dlaczego on nie porzuca tej swojej posługi? Na czym polega ta jego stałość? A doktor Rieux chyba po prostu dobrze zna wartość tego, co robi. Między Rieux a dżumą jest tylko ta jedna postawa: przyjść do chorego i próbować leczyć; gdy trapią go tak liczne trudności, pozostaje mu to, co on po prostu nazywa „pracą”. Na tym zasadza się stałość: trudy ujawniają, co jest cenne w naszym życiu i przylgnięcie do tego pozwala nam przetrwać. A dla Rieux cenne jest bycie przy chorym, nawet gdy nie umie mu pomóc. Także my, kiedy dostrzeżemy te wszystkie łaski, których Bóg nam udzielił, będziemy mogli zbudować na tym naszą stałość.

Jeżeli więc możemy, to spróbujmy w tym Wielkim Poście nawrócić właśnie tak, po benedyktyńsku. Siąść przed Panem Bogiem na modlitwie, porozmawiać z Nim, przypomnieć sobie wszystko, co dla nas zdziałał, jak nas doprowadził do tego miejsca, w którym jesteśmy obecnie i Mu za to podziękować. Bo od tego momentu, w którym Mu okażemy szacunek i wdzięczność, zacznie się nasza droga, by do Niego wrócić całkowicie.

Konferencja wygłoszona podczas rekolekcji w klasztorze Sióstr Benedyktynek Sakramentek w Warszawie / 13-15 marca 2020 / Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Benedictus”, który prowadzony jest przez oblatów benedyktyńskich.


Grzegorz Hawryłeczko OSB, ur. 1990 r., mnich tyniecki od 2012 r., święcenia kapłańskie przyjął w 2020 r., interesuje się sakramentologią oraz teologią ascetyczną i mistyczną. W klasztorze pełni funkcję ekonoma i rzecznika prasowego.


Fot. Borys Kotowski OSB

(Visited 233 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij