Umieszczony przez 09:27 Blog Ojca Leona

Życzę wszystkim, by radość Bożego Narodzenia przesłoniła wszystkie smutki

Tata w Wigilię był już na Pawiaku, a 31 grudnia został rozstrzelany. To dziś jest trochę jak blizna, świadomość że jest, ale już nie boli.

O świątecznych zwyczajach w klasztorze, Wigilii bez Taty, a także życiu w klasztorze przez ponad sześćdziesiąt lat rozmawiamy z ojcem Leonem Knabitem OSB.

Piotr Boruch: Szczęść Boże, Ojcze. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, niedługo zasiądziemy do wigilijnego stołu. Jak Ojciec pamięta swoją pierwszą Wigilię w Tyńcu?

Leon Knabit OSB: Moje pierwsze święta miały miejsce zanim wstąpiłem do klasztoru. Ponieważ wiedziałem już, że jest Tyniec, powiedziano mi przyjedź na święta. Były śpiewy, ceremonie, klimat cały jakiego gdzie indziej nie ma.

Na Opatówce, na dole tam gdzie dziś są korytarze był refektarzyk, to było w roku 1951. Tam była wieczerza wigilijna. Ojciec Jan Wierusz Kowalski usługiwał do stołu, ale nie pamiętam jakie było jedzenie. Ale to nie było wtedy tak ważne. Dla mnie najważniejsze było oficjum w Kościele, a ono było nadzwyczajne. Gdy mnie się pytają jak świętujemy, odpowiadam – zwyczajnie. Idziemy i jemy co nam przygotują, ale nasze święto, każde święto odbywa się głównie w Kościele, w Liturgii.

Właśnie, Liturgia Bożego Narodzenia, nie tylko Msza święta, ale i Oficjum wybrzmiewa ogromną radością…

Tak, całe Oficjum rozbrzmiewa ogromną radością, że Chrystus się nam narodził, że przyszło Zbawienie, że przyszła Miłość, że przyszła Nadzieja. Że jeśli Bóg – Emmanuel jest z nami, to ze wszystkim sobie poradzi. Jak to jest powiedziane: On osuszy wszystkie łzy, On pociechą będzie ci…

Właśnie o tej pociesze i osuszaniu łez chciałbym z Ojcem chwilę teraz porozmawiać… to była chyba najtrudniejsza dla Ojca Wigilia, ta w 1943 roku, bez Taty…

Dziś tego tak nie odbieram. W 1943 roku Tata już siedział w więzieniu, nastrój był rzeczywiście taki trudny, nie pamiętam już czy była z nami Babcia. Była Mamusia i nas trójka dzieci, jedno sześć, drugie trochę więcej i ja, trzynastolatek.

Było pusto, bardzo go brakowało. Wigilia z Tatą była taka spokojna, normalna. Było śpiewanie kolęd, bo Tata pięknie śpiewał. A wtedy chyba żeśmy nie śpiewali…

Warto dodać, że Tata był pracownikiem poczty i został przez Niemców aresztowany.

Tak, to było 24 listopada 1943 roku, gdy go aresztowali. Za działalność konspiracyjną. Mianowicie Tata likwidował tę korespondencję, która mogła szkodzić Polakom. Pamiętam, że przynosił część listów do domu, były otwierane nad parą. Te dobre szły do nich, te które komuś mogły przynieść szkodę albo likwidowane, albo ludzie ostrzegani.

Tata w Wigilię był już na Pawiaku, a 31 grudnia został rozstrzelany. To dziś jest trochę jak blizna, świadomość że jest, ale już nie boli. Po latach życia mniszego, życia z Bogiem, patrzę na te wydarzenia inaczej. Mamusi udało się wychować troje dzieci, nie mieliśmy żadnych problemów po aresztowaniu głowy rodziny, przecież Niemcy często zabierali resztę rodzin do obozu. Nas dziwnym trafem nie ruszali.

Wróćmy do Wigilii w Tyńcu. Jak się one na przestrzeni lat zmieniały?

To co mi się bardzo podobało, to że ojciec Przeor w imieniu całego konwentu składał życzenia Opatowi. A Opat odpowiadał jako głowa rodziny. Szkoda, że to zaniedbano, to był specyficzny klimat…

Dawniej refektarz był tylko miejscem mnichów. I goście, jeśli byli, to tylko w rozmównicy. I tam mieli posiłek, tam ktoś do nich szedł i składał życzenia. Z czasem zaczęto do refektarza dopuszczać gości. Pierwszy raz miało to miejsce w czasie odpustu parafialnego, gdy na obiedzie był ówczesny arcybiskup krakowski, Karol Wojtyła. Na przeciwko niego posadziliśmy członków Rady Parafialnej. Pamiętam jak oni byli przerażeni… o czym z nami będzie gadał – mówili. Tymczasem nie było z tym żadnego problemu, rozmowa byłą potoczysta, gładka. Natomiast jak już można było w refektarzu w czasie posiłków rozmawiać w święta, to jak się okazało – myśmy nie umieli rozmawiać! Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że jak mówi stare porzekadło „jak pies je, to nie szczeka”… ale to już przeszłość, dziś jeśli jest taka sposobność, normalnie rozmawiamy.

To zmiany na przestrzeni lat… Ile już jest Ojciec w klasztorze?

Od 1958 roku, przyszedłem dokładnie 16 lipca, więc to ponad 63 lata.

Na przestrzeni tego okresu był Ojciec nie tylko świadkiem zmian, o czym już nieco mówiliśmy. To był również czas odbudowy klasztoru…

To był rok 1958, więc czasy komunizmu. Trudno było ruszyć „z kopyta” z odbudową. Najpierw był wielki szum, odbudujmy „polskie Monte Cassino” i tak dalej, ale z czasem przykręcano śrubę. Odbudowa, pomimo ogromnej życzliwości ze strony ludzi związanych z Komitetem Odbudowy Zabytków, wkładu samego klasztoru szła dość powoli. Brak wystarczających środków powodował, że nie mogliśmy się z nią dostatecznie dobrze rozpędzić. Jak przyszedłem do Tyńca to już odbudowana była Opatówka, a część południowo–wschodnia była odbudowywana. Nie był wówczas doprowadzony do porządku krużganek, podobnie jak piwnice i strychy. Nie było części schodów, co utrudniało codzienne życie.

Kaplica i Oratorium znajdowały się na Opatówce, z czasem kaplicę przenieśliśmy w miejsce gdzie dziś znajduje się między innymi moja cela.

W klasztorze nie było wówczas ani centralnego ogrzewania, ani ciepłej wody. Ale myśmy taki Tyniec kochali, dlatego do niego przyszliśmy. Ja sam myślałem o sobie jak o takiej cegiełce, która będzie włożona w mur, jakim był dla mnie Tyniec. Stąd starałem się robić to co umiem najlepiej i w ten sposób przyczynić się do jego rozwoju.

Wspomniał Ojciec o tym, że jak się kocha Tyniec, to się do niego przychodzi…

Tak, ja po prostu pokochałem Tyniec. I nie mogę się do dziś odkochać. I nie jest ważne czy wszystko jest idealnie czy mniej idealnie. Ja po prostu kocham Tyniec.

Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia?

No może od drugiego. Ja przyjechałem jako kleryk. Bardzo mi się wszystko podobało, zwłaszcza śpiew gregoriański. No, ale jak potem rozmawiałem z moim biskupem, z rektorem seminarium o tym jak mnie dobrze w Tyńcu przyjęto, biskup od razu zapytał, czy oni (benedyktyni – przyp. P.B.) nie chcą mnie aby ściągnąć do siebie.

No więc ja od razu odrzekłem, że nie, że jestem zakochany w swojej diecezji, zresztą po dziś dzień tę moją diecezję siedlecką kocham. Ale jak tylko powiedziałem to biskupowi, zaraz z tyłu głowy pojawiły się myśli, czy na pewno nie Tyniec. Pamiętam to jakby stało się dziś.

Zgoda by wstąpił Ojciec do klasztoru w Tyńcu dotarła do Ojca w dzień szczególny, było to 11 lipca, a więc w uroczystość świętego Benedykta…

Tak, byłem wówczas kapelanem w Pewli Małej. I dość szybko jak to się potocznie mówi „zwinąłem swoje manatki” i z walizeczką zameldowałem się w Tyńcu.

Czy pukał ojciec do bram klasztoru, czy jak mówi św. Benedykt nie był łatwo przyjęty (por. RegBen 58, 1 – przyp. P.B.)

Więc mnie do tego by wstąpić do klasztoru nakierowywał ojciec Piotr (Rostworowski – przyp. P.B.) Na przeszkodzie stanął jednak biskup siedlecki i moje dość słabe zdrowie. Biskup widział mnie jako ojca duchowego w seminarium. Pamiętam jak mówiłem mu, że to Duch Święty chce bym do Tyńca wstąpił. Na co biskup mi odpowiadał: „a ja myślę, że przez biskupa też Duch Święty przemawia.”

Miałem możliwość wyjazdu na studia do Rzymu, ale ze względu na moje słabe płuca, ten odradzili mi lekarze. Więc chciano mnie wysłać na studia do Szwajcarii, do Fryburga, gdzie był dobry klimat.

Pamiętam, że napisałem o tym ojcu Piotrowi, który odpisał, że „jeśli marzy mi się kariera, to nie przeszkadzamy”. Koniec końców, Tyniec zwyciężył, z błogosławieństwem biskupa.

Jak wówczas wyglądał nowicjat?

Był bardzo łaciński. Msza po łacinie, oficjum po łacinie, nawet ogłoszenia po łacinie… na szczęście nie była mi ona obca. Uczyłem się jej w gimnazjum, potem liceum i wreszcie seminarium. Była wręcz pociągająca wespół z chorałem.

Myślę, że było wówczas większe ograniczenie. Każde wyjście poza klasztor odbywało się z błogosławieństwem przełożonego. Lekturę dawał mistrz nowicjatu. Ale to wszystko nie było wcale ciężkie. Ja wiedziałem, że po to idę, że tego właśnie chcę.

Podczas obiadu i kolacji czytano wówczas na tak zwanym recto tono, czyli na jednym tonie. Z czasem zmienił się sposób czytania, wykorzystujący intonację głosu. To był czas zmiany oficjum w klasztorach benedyktyńskich. Zalecono wówczas, aby klasztory przyjmowały schemat oficjum pasujący do jego warunków.

Wówczas też obowiązywała tonsura monastyczna. Nikt nie chodził po cywilnemu, ale to pewnie dlatego, że wyglądałoby się śmiesznie – z tonsurą „na cywila”. Pamiętam, że gdy i to się zmieniło, jakoś dość szybko odwiedził nas ówczesny arcybiskup krakowski, kardynał Wojtyła, który skomentował te zmiany krótko: „o, włosy nosicie…”

Pamiętam, jak kilka lat temu w jednej z naszych rozmów stwierdził Ojciec, że ludzie nie znają prawdziwego Leona… Myślę, że naszych Czytelników interesuje, jaki więc ten prawdziwy Ojciec Leon jest?

Taki sam, tylko ma inne ramki… Ja najlepiej czuję się w klasztorze, jak stoję w chórze, czytam księgi liturgiczne, modlę się ze wszystkimi.

Oczywiście, że lubię wyjeżdżać. Ale ja nie muszę wyjeżdżać. Paradoksalnie w klasztorze niczego nie muszę. Ja chcę wypełniać wolę przełożonego, a samemu – nie żeby to było samochwalstwo – staram się nie narzucać mojej woli przełożonemu.

Jak mi przełożony mówił, jedź do Izabelina – proszę bardzo, jedź do Lubinia – proszę bardzo. A gdzie w tym jest stałość miejsca? Czasami zadawałem to pytanie: Panie Jezu, a gdzie moja stałość miejsca. I głos wewnętrzny mi mówił: „Ja jestem twoją stałością.”

Wspomniał Ojciec o Lubiniu. Czas ojca posługi tam do chyba dowód na to, jak bardzo Tyniec służy innym klasztorom. Można powiedzieć, że ma taką rolę służebną…

Tak, i nie tylko wobec innych klasztorów. Ja zaraz po nowicjacie zostałem skierowany przez przełożonych do pracy w parafii, a po ślubach uroczystych, czyli wieczystych zostałem w Tyńcu proboszczem. Wówczas służyliśmy pomocą między innymi w pobliskich Liszkach, gdzie spowiadaliśmy często. Potem było to w Skawinie, gdzie ojcowie spowiadają do dziś. Często jeździliśmy do parafii w Krakowie, by służyć pomocą duszpasterską.

Potem była potrzeba pomocy braciom w Lubiniu, więc tak się złożyło, że zostałem tam wysłany. I mniej czy bardziej skutecznie, ale udało się przetrwać najtrudniejszy dla tamtejszej wspólnoty okres. Trzeba pamiętać też, że w Lubiniu był ojciec Karol Meissner, mnich tyniecki.

A potem przyszedł czas fundacji, najpierw w Biskupowie, gdzie działa do dziś ojciec Ludwik Mycielski. Następnie był Sampor na Słowacji, a ostatnio Lwów.

Z Samporem to jest ciekawa historia, bo Słowacy ukochali Tyniec. Oni przekradali się przez granicę by nas odwiedzać. Jak pojawiła się możliwość fundacji na Słowacji, przyszli mnisi z tamtego klasztoru i rozpoczęli nowicjat w Tyńcu.

Zresztą podobna historia dotyczy niemieckiego klasztoru w Huysburgu, niedaleko Magdeburga na terenie ówczesnej NRD. Jak tylko pojawiła się możliwość fundacji, Niemcy rozpoczęli nowicjat w Tyńcu. Nie zapominajmy też o inicjatywie ojca Włodzimierza Zatorskiego, który zmarł niedawno, ale rozpoczął nowe dzieło koło Olsztyna.

Większość tych inicjatyw, począwszy od odbudowy, którą Ojciec wspominał obywa się z pomocą osób świeckich, które wspierają każde z tych dzieł.

Już w Regule święty Benedykt mówił o oblatach, a więc osobach ofiarowanych klasztorowi. Wówczas to były dzieci przyuczane do różnych – dziś powiedzielibyśmy – zawodów. Z czasem oblatami zostawały osoby dorosłe. Z jednej strony otrzymujące wsparcie duchowe ze strony klasztoru, z drugiej zaś same pozostając w duchowej łączności wspierają klasztor na różne sposoby, również materialnie.

Można też spojrzeć na miejscowości wokół Tyńca, które kiedyś były wioskami należącymi do Opactwa. Wystarczą dwa przykłady – Piekary i Skotniki. W tej pierwszej byli piekarze, którzy wypiekali chleb dla klasztoru, druga zaś to była ludność zajmująca się wypasem bydła. Słowo bowiem jest zapożyczone z niemieckiego. Pochodzi od słowa skatts, czyli pasterz.

Zresztą w samej naszej wspólnocie są bracia, którzy nie mają powołania kapłańskiego. Ale Pan Bóg powołał ich do bycia mnichem. Pełnią oni niezmiernie ważne role w klasztorze. Brat Łukasz, brat Michał czy też brat Ambroży… trudno bez nich dziś wyobrazić sobie nasz klasztor. A przecież żaden z nich nie myślał o kapłaństwie. Widzą inaczej swe miejsce we Wspólnocie, miejsce bardzo ważne.

Z drugiej strony jest brat Leopold, który też nie myślał o kapłaństwie, a został wyświęcony właśnie we Lwowie i tam pełni posługę jako kapłan w nowej wspólnocie.

Ojcze rozpoczęliśmy naszą rozmowę od wspomnień związanych z Ojca świętami w Tyńcu. Zakończmy też na nich. Najdłuższą częścią kolacji wigilijnej w klasztorze są…

… życzenia. Zwyczajem domu jest, że składają je sobie wszyscy nawzajem. Kiedy człowiek wsłucha się w to, co drugi mówi do niego często uderzają słowa proste, ale takie które sprawiają, że czuje się rodzinę. My naprawdę jesteśmy taką dużą rodziną. Powiedziałbym że to jest takie szczere wylanie życzliwości drugiego człowieka.

I faktycznie trwają długo. Dość powiedzieć że jest nas prawie trzydziestu, a jeszcze goście… zdarzało się, że ojciec Opat musiał zaganiać niektórych, by przejść do kolejnego, bardzo ważnego momentu naszej Wigilii. Jest nią czytanie Ewangelii. Dawniej czynił to diakon, dziś zdarzają się i świeccy.

No a potem jest kolacja… zastanawiam się czy mamy tradycyjnie dwanaście potraw. Chyba z wodą i herbatą (śmiech)… ale obowiązkowo musi być i ryba, i kutia, zupa – barszcz z uszkami albo grzybowa… Ważne, by nie zapomnieć o tym, aby skosztować wszystkiego odrobinkę, żeby człowiek nie pękł.

Mówił Ojciec o życzeniach. Warto więc chyba wspomnieć, że w drugi dzień świąt to Ojciec przyjmuje życzenia…

One często łączą się z tymi świątecznymi. W klasztorze jest zwyczaj, że w takim dniu przewodniczy się Mszy konwentualnej i koniec. A dla mnie ważny jest kolejny dzień, 27 grudnia. Wtedy przypada moja rocznica święceń kapłańskich. Można więc powiedzieć, że mam takie osobiste triduum.

Czasami, jak człowiek jest w takim centrum uwagi, to czuje się zażenowany. Z drugiej strony składane mi życzenia są niezwykle skuteczne, bo jak wszystko dobrze pójdzie to skończę 92 lata i będę obchodził jednocześnie 64 święta w Tyńcu…

Ojcze, serdecznie dziękuję za rozmowę i w imieniu naszych Darczyńców życzę Ojcu z okazji świąt Bożego Narodzenia, a także kolejnych urodzin i rocznicy święceń kapłańskich wszystkiego błogosławionego…

Dziękuję i również życzę wszystkim, by radość Bożego Narodzenia przesłoniła wszystkie smutki.


Tekst rozmowy pierwotnie ukazał się w biuletynie darczyńców Opactwa Benedyktynów w Tyńcu Kamień odnowy. Tych, którzy chcą nas wesprzeć zapraszamy na stronę http://wsparcie.benedyktyni.com/ gdzie znajdują się informacje nie tylko o tym, jak to zrobić, ale też na co przeznaczamy zebrane dzięki waszej hojności i ofiarności środki.

Leon Knabit OSB – ur. 26 grudnia 1929 roku w Bielsku Podlaskim, benedyktyn, w latach 2001-2002 przeor opactwa w Tyńcu, publicysta i autor książek. Jego blog został nagrodzony statuetką Blog Roku 2011 w kategorii „Profesjonalne”. W 2009 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Piotr Boruch, oblat tyniecki. Autor cyklu Parlatorium czyli tyniecka rozmównica który ukazuje się na kanale opactwa na YT.


Fot. Robert Krawczyk

(Visited 2 159 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij