Umieszczony przez 12:50 Duchowość monastyczna

Duchowe braterstwo, które pokonało świat

Wszyscy obeznani ze sztuką retoryczną wiedzą, że powinni najpierw wspomnieć ojczyznę i pochodzenie tych, których życie mają chwalić, aby wydawało się, że to, czego brakuje w ich własnych cnotach, tworzyło wcześniej chwałę ich przodków.

Znacie, najdrożsi, ten dzień uświęcony powszechnym smutkiem wiernych, który, dopóki Pan będzie użyczał mi niepewnych dni doczesnego życia, z pewnością zawsze będzie mi się jawił jako bolesny z powodu cierpień, [a] jednak pełen chwały niosącej pocieszenie. Dzisiaj bowiem został uwolniony z ciała ów świętej pamięci biskup tutejszego Kościoła, ojciec Honorat, czcigodny ze względu na swą cnotę, kapłaństwo [a nawet] imię. Czymkolwiek zakończę zdanie, będzie można uznać to za niedorzeczność. Powiem mianowicie: Przeniósł się do gwiazd, a on [przecież], przebywając jeszcze na ziemi, był wymieniany wśród owych najjaśniejszych gwiazd królestwa Bożego. Mógłbym dodać: Stanął obok Chrystusa? A kiedyż tu, w trakcie swojego życia, nie stał przy Nim? Całe jego życie było zgodne z tymi słowami Eliasza: Żyje Pan, przy którym dziś staję (por. 1 Krl 18,15). Powiem być może: Opuścił to, co ziemskie? [A przecież], jak mówi Apostoł, zawsze przebywał w niebie (por. Flp 3,20). Tak więc – na ile mogę to oczywiście objąć umysłem – wszystko, co przyjdzie mi powiedzieć o takim mężu, będzie ze względu na wspaniałość samego [tematu] pozbawione stosownego zakończenia. Radość walczy ze smutkiem: wspominać takiego [człowieka] jest rzeczą przyjemną, udręką [zaś] go stracić.

Stoję zatem przed podwójnym wyzwaniem: z jednej strony przyjemność głoszenia jego chwały ciągnie mnie ku [temu] kazaniu, a z drugiej wspólnie poniesione [przez nas] straty odciągają mnie ku łkaniu. Wybaczcie zatem, jeśli powinność moich ust nie wypełnia należnej służby dwóm panom, jako że duszę moją rozrywają te dwa uczucia. Cokolwiek pamięć umieszcza po stronie chwały, wszystko to cierpienie zagarnia dla siebie zaliczając do strat. Choćbym nawet miał jasność umysłu a język służyłby, tak jak należy, myślom, czy doprawdy mógłbym ukazać w moim kazaniu jego chwałę pełniej, niż pozostaje [ona] w waszych sercach? Nie ma nikogo, jak sądzę, komu nie przyszłaby na myśl łaska tego męża większa, niż czyjakolwiek [nawet] najbogatsza w treść mowa mogłaby to wyrazić. A zatem, skoro Pismo mówi: Pamięci sprawiedliwych zawsze towarzyszą pochwały (por. Prz 10,7), [i] nikt nie może bez pochwały wspominać mężów o najwspanialszych zasługach, przedstawię, na ile pozwalają [moje] umiejętności, część z tego, co widzą w nim wasze serca [przepełnione] miłością. Wasze uczucia z pewnością wspomogą moje wysiłki, a wszystko to, co w moim kazaniu jest trudne do wyłożenia, serca wasze dopowiedzą sobie własnymi myślami.

W jakimś miejscu Pismo mówi: Mądrość opiewana jest na końcu (Prz 1,20); to znaczy: życie mędrca chwali się u jego kresu. Dlatego też i w innym miejscu powiada: Nie chwal człowieka za jego życia (por. Syr 11,2); i ponownie: Przed śmiercią nie chwal nikogo (por. Syr 11,28), jak gdyby mówiło: Chwal po śmierci. Wygłaszanie pochwał za życia daje chwalonemu okazję do próżnej radości, a chwalącemu w najwyższym stopniu przydaje piętna pochlebstwa. Natomiast chwalenie zmarłego jest ze wszech miar korzystne: po pierwsze, dlatego że pod nieobecność tego, któremu pochwałą moglibyśmy okazać wdzięczność, musimy całą chwałę przypisywać Bogu, który jest Szafarzem łaski; następnie, dlatego że po usunięciu podejrzenia o pochlebstwo, pozostaje sam podziw dla cnoty. Tak więc pochwała zmarłego, wygłoszona podczas świętego zgromadzenia wiernych, jest w pełni budująca i całkowicie pozbawiona chełpliwości. Wzrastają także zasługi chwalonego, ponieważ jego pochwała przynosi pożytek wielu.

Nie będę się obawiał zarzutu, że być może z nadmierną życzliwością mówię o swoim [krewnym], ponieważ – poza tym, że nie można powiedzieć o jego cnotach niczego, co nie byłoby od nich mniejsze – nie ma nikogo, kto by nie zaliczał [go] do grona swoich bliskich, nie odczuwał i nie uwierzył, że był jego bliskim. Ja jednak, choć nie wierzę w [swój] talent ani nie pokładam ufności we [własnej] sztuce wymowy, dokładam starań, by zająć się życiem tak znacznego męża, za co gdyby się zabrał jakiś mistrz dawnej sztuki przemawiania, nie tylko darem wymowy niczego nie mógłby upiększyć, ale pokonany upadłby pod ciężarem tematu. Powoduje mną wasza miłość, wasze uczucie dodaje mi wiary w to, że [będę w stanie] coś o nim powiedzieć. Jego zasługi, jak wierzymy, ożywią nawet [to] nie nazbyt płomienne kazanie; a co leży [na poziomie] słów, wzniesie się dzięki [opisywanym w nim] treściom i będzie przyprawione miłością, jaką żywią ku niemu wasze serca.

Pochodzenie i młodość świętego Honorata

Wszyscy obeznani ze sztuką retoryczną wiedzą, że powinni najpierw wspomnieć ojczyznę i pochodzenie tych, których życie mają chwalić, aby wydawało się, że to, czego brakuje w ich własnych cnotach, tworzyło wcześniej chwałę ich przodków. My zaś wszyscy jesteśmy kimś jednym w Chrystusie (Ga 3,28); a szczytem szlachetnego pochodzenia jest być zaliczonym między synów Bożych; świetność ziemskiego pochodzenia nie może nam przydać żadnej godności, chyba że poprzez wzgardę dla niego samego. Nikt nie okrywa się większą sławą w niebie, jak ten, kto wzgardziwszy pochodzeniem przodków, wybrał, że będzie postrzegany jedynie poprzez ojcostwo Chrystusa. Pomijam zatem milczeniem oznaki doczesnych zaszczytów odziedziczone po przodkach i to, co świat uważa za godne pożądania i niemal najznakomitsze, [a mianowicie] świetność jego rodziny wyniesionej aż do godności konsulatu, którą wzgardził z tym większą wielkodusznością serca; nie znalazły jego uznania próżne zaszczyty jego [przodków], których z miłości do prawdy nie pragnął już dla siebie.

Moje kazanie śpiesznie zmierza raczej do tego, [aby opowiedzieć], z jaką wiarą dobrowolnie zapragnął w latach swej młodości chrztu; z jak dojrzałym namysłem, [chociaż był całkiem] zdrowy, odczuwał lęk przed śmiercią, ponieważ pojął, że przed chrztem będzie pozbawiony życia [wiecznego]; z jak wielkim pragnieniem chciał swoje życie odnowić życiodajnym źródłem; jak słodkie było jego dzieciństwo, jak skromny wiek chłopięcy, jak poważna młodość; jak na każdym etapie życia zawsze wybiegał łaską i cnotą ponad swój wiek, i zawsze wydawał się starszy, tak że można by go wręcz uznać za wychowanka jakiejś boskiej szkoły. Wykształcił się bez jakiegokolwiek nacisku ze strony swoich [rodziców]; z pomocą Boga zachował wierność wobec chrztu, bardziej niż [mogłaby tego dokonać] jakakolwiek gorliwość ludzka; a co nawet więcej, nawrócił się bez niczyjego napominania w świeżym i jeszcze nietkniętym blasku źródła. Bez niczyjego napominania, powiedziałem, a czyż ojczyzna nie stała mu na przeszkodzie, nie przeciwstawiał się ojciec, a cała rodzina nie sprzeciwiała? Zaskarbił sobie względy u wszystkich, a gdy Chrystus wybrał go dla siebie, świat walczył o to, by zatrzymać go wśród jego bliskich. Jednych wiązała [z nim] jego osobista słodycz, drugich przywiązała [do niego] rozkosz jego towarzystwa, a innych trzymał [przy nim] podziw dla doczesnych cnót [okazanych] w różnych zajęciach odpowiednich dla młodzieńczego wieku. Iloma względami darzono jego poprzednie życie, tyle więzów powstrzymywało go od nawrócenia. Wszyscy obawiali się, że zostanie im zabrana swoista rodzinna ozdoba. I rzeczywiście, czy kiedykolwiek przyjął go ktoś inaczej niż jakby był jego krewnym? Czy były przyjaźnie, dla których nie był kiedyś ozdobą? Dlatego zarówno ojczyzna, krewni, jak i rodzice sądzili, że jest im wydzierany niczym najwspanialszy klejnot i wspólna [im] wszystkim ozdoba. Nie wierzyli bowiem, że wszystko to może się zamienić i przekształcić w coś lepszego – jak zobaczyliśmy [później] – lecz [przeciwnie], że zmierza ku śmierci. Z tej to przyczyny [jego] ojciec, gdy tylko pojął, że syn gorliwie zabiega o to, czego się podjął, odciągał go, dopóki mógł, od chrztu, obawiając się, że całkowicie pochłonie go miłość do religii, co się [w rzeczywistości] stało. Jednak tęsknota i miłość do Chrystusa wzięły górę, i odrzuciwszy knowania ojca przystąpił do chrztu jako oddany wierze chłopiec. Tak więc kształcił się jeszcze jako katechumen w podstawowych zasadach wiary, odrzucał nadmierną swobodę z szacunku dla chrztu, który miał pewnego dnia przyjąć, szanował duchownych jak ojców; czasami wspierał też biednych swoim chłopięcym majątkiem. Wszystko, co do tej pory mógł w tym wieku posiadać – a co ze względu na swą nowość wzbudzało w nim zapewne większą jeszcze chęć posiadania – hojny w miłosierdzie oddawał. Już wtedy w małym zakresie zapowiadał swój zamysł równoczesnego wzgardzenia wszystkim i rozdania całego [majątku].

Pośród takiej właśnie działalności mocna wiara katechumena wyrywała się do chrztu. Od tego już czasu jego ojciec, jako człowiek przewidujący i nękany podejrzeniem o doczesną miłość synowską, zachęcał go rozmaitymi uciechami, kusił ulubionymi zajęciami ludzi młodych, próbował usidlić innymi rozkoszami świata i jakby w koleżeństwie z dorastającym synem odzyskiwał młodość: oddawał się polowaniom i różnym innym rozrywkom, uzbroił się we wszelką słodycz doczesnego świata, aby podporządkować sobie [chłopca] w tym wieku. Nie bez powodu ziemski ojciec obawiał się, że Chrystus zabierze mu tego, którego między innymi najwspanialszymi młodzieńcami obejmował tak, jakby był jedynym [Jego synem].

Natomiast ów młodzieniec pośród wszystkich tych [pokus] bardziej jeszcze troszczył się o zachowanie [łaski, którą daje] chrzest. Gardził tym, z czego czerpał przyjemność sędziwy ojciec, i zawsze sam siebie karcił takim oto napomnieniem: Takie życie daje przyjemność, ale zwodzi. Inne zasady głosi się w kościołach, a inne nauki pobrzmiewały w moich uszach tutaj; tam mówi się o skromności, wstrzemięźliwości, spokoju i wstydliwości, tu karmi się wyuzdaną rozwiązłością; tam kwitnie pobożność, tu ćwiczenie cielesne (por. 1 Tm 4,8); tam Chrystus zaprasza do królestwa wiecznego, a tu diabeł kusi do doczesnego. Wszystko, co jest na świecie, to marność i pożądliwość oczu; świat przemija a z nim jego pożądliwość: kto zaś wypełnił wolę Bożą, ten trwa na wieki (por. 1 J 2,16–17), tak jak On sam trwa na wieki. Spieszmy się zatem, aby wyrwać się z tych więzów, dopóki jeszcze mniej nas trzymają! Z trudem rozwiązuje się te, które są nałożone od dawna; łatwiej jest wyrywać młode [pędy], niż ścinać mocne [drzewa]. Na górze ocal swoją duszę (por. Rdz 19,17), aby nie pochwyciły cię przypadkiem nikczemności tego życia! Szybko przenika trucizna przyjemności; należy strzec dla Chrystusa wolności uzyskanej dzięki łasce Chrystusa. Inni niech podziwiają złoto i srebro; kruszce – jak widzę – mają władzę nad swoimi panami. Inni niech posiadają majątki oraz niewolników, a ich dusze niech popadają w niewolę! Inni niech cieszą się z zaszczytów i pogardzają zaszczytem boskiego podobieństwa[, jaki noszą] w sobie: mi wystarczy, abym nie był niewolnikiem [moich] wad; dla mnie ocaleniem niech będzie radość, małżonką mądrość, przyjemnością cnoty, a Chrystus skarbem: [On] wynagrodzi mi niepewne radości większymi, i sprawi, że, jeszcze w tym życiu, będą [mnie] cieszyć i zdobić gorliwe starania o zachowanie surowych zasad życia a wśród tego [wszystkiego] stanę się godny królestwa niebieskiego.

Takie rozważanie nie pozwoliło mu już długo czekać, lecz natychmiast iskra podsycona tego rodzaju zarzewiem wybuchła płomieniem nawrócenia. Biorąc sobie na kark jarzmo poddaństwa Panu, zrzucił jarzmo wolności, rozumiejąc, że najwyższym rodzajem niewoli jest młodzieńcza swoboda. Bujne włosy ściął na krótko; blask szat przemienił w jasność umysłu; piękno mlecznobiałej szyi okrył szorstkim płaszczem. Wesołość przeszła w pogodność; krzepkość ciała zmieniła się w siłę umysłu; cnota ciała ustąpiła cnocie ducha. Pobladłe od postu piękne oblicze, wcześniej pełne żywotnej siły, wypełniło się powagą. Cóż mam [powiedzieć] więcej? Tak nagle ukazał się całkiem niepodobny do siebie, że jego ojciec opłakiwał [go] jak gdyby stracił syna. I rzeczywiście była to zupełna śmierć dla jego ciała, ale dla duszy życie. Wywołało to istne prześladowanie ze strony jego rodziców. Wówczas po raz pierwszy i jedyny okazał krnąbrność względem ojca, kiedy starał się być [raczej] synem Boga Ojca, pokładając już wówczas, jak nakazał Salomon, miłość w Bogu. Wspomniany prorok tak bowiem powiada, [przywołując] głos Boga: pokładajcie miłość we mnie (por. Pnp 2,4). Ów pokładał ją [w Nim] całkowicie i, zgodnie z zasadą miłości, uznawał, że najpierw należy kochać Boga, a następnie bliźniego. Dlatego też ojciec sądził, że sposób życia przyjęty [przez jego syna] w tak [młodym] wieku stanowi potępienie jego własnej starości: stawiał opór, przeciwstawiał się, groził; jednak nic z tego nie mogło zachwiać ufnością pokładaną przez chłopaka w Bogu.

Pan Pocieszyciel stanął przy swoim rekrucie i bez zwłoki pobudził jednego z jego rodzonych braci do tego, aby mu towarzyszył. Ten powołany jego przykładem do nawrócenia, [chociaż był] starszy poszedł śladem młodszego, i przez ten krótki czas, jaki jeszcze pozostał przy życiu, był nie tylko jego towarzyszem, ale też łączył się z nim w cnocie. Od tego już momentu [wywiązało się] między nimi miłe współzawodnictwo w ascetycznym sposobie życia: czyj umysł [był] wrażliwszy na pobożność, czyj pokarm twardszy, czyje słowa bardziej ujmujące, czyje odzienie bardziej szorstkie; który mniej [był] skłonny do mówienia, [a] który mógł częściej się modlić; którego mniej zatrzymywało łoże, [a] którego bardziej lektura; którego mniej poruszały zniewagi, [a] którego bardziej miłosierdzie; który gorliwiej oddawał to, co sam sobie odebrał; który chętniej ofiarowywał gościowi włosiennicę, którą się przykrywał, i tę poduszkę, za którą zwykle służył mu kamień; który gorliwiej pokrzepiał podróżnika łzami, zanim udzielił [mu] jałmużny, i wcześniej żywił przybysza miłością Chrystusa, zanim nakarmił go posiłkiem; na czyich ustach rzadziej pojawiał się świat doczesny, na czyich częściej Chrystus; który w tej wzniosłości cnót sobie samemu wydawał się mniejszy i tym słuszniej wzrastał, im bardziej się umniejszał w skrusze. Już wtedy żyjąc w ten sposób sprawowali [swoiste] prywatne biskupstwo. Kłamię, jeżeli bardzo wielu biskupów, przyjmowanych przez nich, nie nauczyło się, jak [należy] przyjmować [innych]; ci bowiem, którzy nie przestraszyli się owej surowości monastycznego sposobu życia, wynieśli stamtąd ze sobą więcej duchowej ogłady niż wzmocnienia dla ciała. [Obaj] równocześnie byli zatem ozdobą dla całej swej ojczyzny i wielu [ludzi] jeszcze pamięta, jak bardzo troszczyli się o ciała jednych, [a] dusze innych; stosownie do tego, kto czego potrzebował, albo odziewali w szaty albo kształcili nauką, albo dawali pieniądze na jedzenie. Każdy znużony trudem podróży przybywał tam jak do ojczyzny i ziem swojej ojcowizny; a znowu każdy, kto odchodził stamtąd gdzieś dalej, nie ruszał inaczej niż jak ze swego domu i wydawało mu się, że znowu opuszcza swoich współobywateli, znowu swoich krewnych.

Tymczasem rosła, pomnażała się i rozprzestrzeniała powszechna miłość do nich, a [ich] sława docierała coraz dalej: i już cała ojczyzna rywalizowała w [oddawaniu] im posłuszeństwa, miłości oraz czci. Nie mogli popaść w ubóstwo ani zapomnienie: im bardziej ich życie pozostawało w ukryciu, tym mocniej jaśniała [ich] sława. Jeden drugiego przedstawiał jako godnego chwały, wystawiał na pochwały oraz przypisywał [tylko] jednemu wspólną [im] koronę cnót. Ale, gdy każdy z nich chciał się skryć w cieniu drugiego jaśniał jak gdyby odbitym blaskiem obu. Jakąż już [wtedy] odznaczali się powagą, jaką dojrzałością charakterystyczną dla starca! Jak rzadko odwiedzały ich kobiety, nawet [te] najbliższe! I jakże unikali wśród tylu cnót wszelkiej marności! Jak łagodnie pocieszali i bacznie troszczyli się o zbawienie tych, którzy oddali się im na naukę! Wiedli na ziemi życie anielskie w wielkiej cierpliwości, nocnych czuwaniach i w postach, w czystości, w umiejętności, w wielkoduszności, łagodności, w Duchu Świętym, w miłości nieobłudnej, w głoszeniu prawdy i mocy Bożej (2 Kor 6,4–6). Jednocześnie trwożyli się z powodu swojej sławy i roztaczającego się na wszystkie strony zapachu dobrego sposobu życia, [i] chociaż przypisali [to] chwale Boga, to jednak obawiali się, że sprowadzi na nich niebezpieczeństwo próżności; liczyli, że w swoim życiu otrzymali [już] swoją nagrodę (por. Mt 6,2); mając w pogardzie ludzki sposób życia i okazywane im względy pałali miłością do pustyni.


Fragment publikacji Kazanie o życiu św. Honorata


Hilary z Arles (ur. ok. 401 r.), uczeń Honorata i mnich we wspólnocie leryńskiej, a po jego śmierci następca jako biskup w Arles. Autor wielu pism, z których zachowały się niektóre, w tym Kazanie o życiu św. Honorata, wygłoszone w rocznicę jego śmierci. Zmarł 5 V 449.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment fresku nad kaplicą św. Benedykta w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 315 times, 1 visits today)


Jeśli zainteresował Cię nasz materiał, mamy dla Ciebie propozycję! Możesz otrzymywać raz w tygodniu, w sobotę o 19:00, e-mail z najnowszymi artykułami z portalu cspb.pl. Wystarczy, że zapiszesz się do naszych powiadomień poniżej...

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi artykułami, informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia" oraz nowościami wydawniczymi? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!

Zamknij