Umieszczony przez 12:43 Pismo Święte

Lectio Divina. Boże czytanie

Często nasze życie wewnętrzne bardzo się wyjaławia, a modlitwa staje się pokarmem, który przestał smakować. Niejednokrotnie dzieje się tak dlatego, że w dialogu między Bogiem żywym a nami brak Jego słów, bośmy je zaniedbali. Mamy mnóstwo osobistych problemów, które najczęściej są pseudoproblemami…

Słowo Chrystusa niech w was mieszka w [całym swym] bogactwie (Kol 3,16).

Zastanowimy się z kolei nad ważnym elementem składowym naszej drogi do doskonałości – nad stosunkiem do Pisma Świętego. Sprawą tą musimy się zająć poważnie z dwóch niezależnych od siebie powodów, które mogą się nawet wydawać biegunowo przeciwne. Obowiązek wgłębiania się w pisane Słowo Boże należy do wymogów wielowiekowej tradycji benedyktyńskiej, jak też do postulatów dobrze zrozumianej nowoczesności. W tej dziedzinie bowiem niejako nakładają się na siebie dwa nurty: stara praktyka monastyczna i świeża, narastająca z dnia na dzień tzw. odnowa biblijna.

Od samych początków ruchu zakonnego – wywołanego zresztą, jak widzieliśmy, potrzebą przyjęcia przesłania Ewangelii na serio i w stu procentach – mnisi uważali za swoją podstawową praktykę czytanie Pisma Świętego, której Reguła benedyktyńska nadaje znamienne określenie: lectio divina – Boże (a nie duchowne) czytanie. Mnisi codziennie wgłębiali się w Pismo Święte, czytając je po kolei i w całości. Bądźmy szczerzy i przyznajmy, że ta praktyka została zaniedbana w bardzo wielu zakonach.

Chcemy być zakonem drugiej połowy XX wieku i „żyć swoim czasem”, nie możemy więc ominąć autentycznego i bijącego dla nas źródła, jakim jest Słowo Boże, tak dziś znów doceniane. Trzeba zatem harmonijnie połączyć i wzgląd na tradycję, i wspaniałą dzisiejszą odnowę biblijną, tę naszą nowoczesność, bo w skarbcu Kościoła na samym dnie znajdują się rzeczy, które okażą się naprawdę najnowsze (por. Mt 13,52). Pewnie dlatego są takie nowe, że przez tyle wieków uchodziły za bardzo stare i nikt do nich nie zaglądał. Tak z pewnością jest z lekturą biblijną.

Pamiętam z moich lat młodzieńczych scenę, której bohaterkami były moja babcia i ciocia. Miałem chyba z 15 lat, gdy matka jednego z moich kolegów ofiarowała mi egzemplarz Pisma Świętego, w całości świeżo wtedy wydanego przez OO. Jezuitów. To była nowość niesłychana w latach trzydziestych naszego stulecia. Podobała mi się Apokalipsa św. Jana. Taka ciekawa Księga! Moja babcia pyta raz: „Cóż ty tak czytasz?” Odpowiadam: „Apokalipsę”.„Apokalipsy się nie czyta” – wyrokuje babcia. Jako człowiek w tym wieku zawsze przekorny spojrzałem na większy autorytet, na moją ciocię. Na jej twarzy potakujący gest. Nie powiedziała ani słowa, ale przytaknęła: „nie czyta się!” A ja, przekorny, dalej czytam Apokalipsę. Ale sumienie ruszyło mnie. Przychodzi spowiedź, cichuteńko mówię kapłanowi przez kratkę: „Czytałem Apokalipsę”. Dziwna rzecz, mój spowiednik najpierw wcale nie zareagował. Myślę sobie: „pewnie to za cicho powiedziałem”. Więc głośniej powtarzam: „Czytałem Apokalipsę”. W odpowiedzi usłyszałem słowa: „No to co z tego, mój kochany?” Mój niebezpieczny grzech okazał się iluzją. Boża ironia losu: po latach blisko trzydziestu Pan Bóg dał mi napisać pierwszy w Polsce naukowy komentarz do Apokalipsy…

Cytuję ten przykład, potwierdzający, że były u nas zadawnione niesłuszne poglądy na temat lektury Pisma Świętego. Istotnie, w imię prawdy trzeba powiedzieć, że dawniej obowiązywały częściowe zakazy czytania Biblii. Ale tamte czasy wymagały takich zakazów, bo nie było jeszcze dobrych jej przekładów i w związku z tym błędnowierstwo robiło karierę dzięki owym wadliwym przekładom. Wtedy Kościół, nie mając lepszego wyjścia, nakazywał różne ograniczenia w czytaniu Biblii. Ale teraz już nie ma absolutnie żadnych, nawet częściowych zakazów, wręcz przeciwnie, ostatni papieże zalecają usilnie tę lekturę. Oczywiście, pozostaje w mocy zasada, że każde katolickie wydanie Pisma Świętego musi mieć aprobatę i bodaj krótki komentarz (por. KPK kan. 825 §1), niezbędny przy lekturze. Dla nas, mnichów, Pismo Święte jest szczególnie ważne właśnie jako dokument ukazujący całość zbawczego planu Boga.

Mówi o nim prolog Listu do Hebrajczyków:

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców [naszych] przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy,  przez Niego też stworzył wszechświat. Ten [Syn], który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach (Hbr 1,1–3).

W tych wierszach jest zamknięty cały sens obydwu Testamentów, Starego i Nowego – cały zbawczy plan Boga. Rozliczne sposoby przemawiania Boga kończą się wreszcie tym, że samo odwieczne Słowo Boże staje się ciałem i naucza nas. To Słowo Boże jest naszym Odkupicielem i to Słowo Boże, już jako nasz Brat, zasiada po prawicy Ojca i czeka na to, byśmy do domu Ojca wszyscy wrócili. Oto jest sens Pisma Świętego rozumianego jako jedna, organiczna całość. Chrystus Pan jest w środku tego zbawczego planu, ale Jego zbawczą misję poprzedzają owe rozliczne i przeróżne sposoby, jakimi niegdyś Bóg przemawiał do naszych przodków przez proroków. Stary Testament daje świadectwo o Jezusie Chrystusie (por. J 1,45; 5,39).

Czas już odnowić w sobie świadomość tej jeszcze jednej Bożej obecności. Doskonale znamy tę katechizmową prawdę, że Bóg jest wszędzie obecny. Usiłujemy ją wprowadzać w życie, stosując praktykę pamięci o Bożej obecności, doskonałą praktykę, bardzo płodną w skutki. Wiemy dobrze i jesteśmy głęboko przekonani o eucharystycznej obecności Zbawiciela w Najświętszym Sakramencie. Dajemy temu wyraz każdego niemal dnia przez nasze adoracje i benedykcje eucharystyczne. Wiemy też o obecności Bożej w naszej duszy; o tym już troszkę gorzej pamiętamy, ale towarzyszy nam i ta świadomość, że Bóg w nas mieszka. Prawie zupełnie natomiast zapomnieliśmy o jeszcze jednym „wcieleniu” Bożym, mianowicie o tym, że Słowo wcieliło się w literę Pisma Świętego. Dlatego Biblia, owa Księga nad księgami, też jest „miejscem” szczególnej Bożej obecności. Liturgia uroczystej Mszy św., która sięga swoimi początkami średniowiecza, ukazuje tę prawdę, gdy w obrzędzie wstępnym niesie diakon i składa na ołtarzu księgę Ewangelii. Diakon, zanim rozpocznie z niej śpiewać czy czytać, okadza tę księgę tak samo, jak okadza monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Wszystko to są liturgiczne ślady pamięci o wcieleniu Boga w literę Pisma. Dzisiaj, kiedy restauruje się średniowieczne kościoły, architekci ze zdziwieniem stwierdzają, że niekiedy bardziej eksponowane miejsce miała w nich szafa, w której spoczywał Ewangeliarz, niżeli bardzo skromna szafka z boku, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. My dziś powiemy, że to nie było w porządku. Zgoda, ale myśmy z kolei przesadzili w drugą stronę, zapominając o kulcie Pisma Świętego. Dopiero odnowa liturgiczna II Soboru Watykańskiego przywraca właściwe miejsce lekturze Biblii.

Słynny konferencjonista jezuicki, o. Henryk Pinard de la Boullaye, uczony i pisarz ascetyczny, którego szereg książek mamy na język polski przetłumaczonych, w jednej swojej konferencji w paryskiej Notre-Dame zadał takie pytanie rzeszy słuchaczy: „Czy zdajemy sobie sprawę, jakie to szczęście, że mamy Ewangelię i Eucharystię? Ale wyobraźmy sobie, że mamy do wyboru albo Ewangelię, albo Eucharystię, bo nie możemy ich mieć naraz, to co byśmy wybrali?” Pytanie bardzo trudne. (Jeszcze trudniejsze od tych pytań, które dzieciom zadajemy: Kogo więcej kochasz, mamusię czy tatusia?) Ale dobrze jest stawiać sobie takie pytania. Ów znany kaznodzieja dalej zadeklarował, że gdyby musiał wybierać, wybrałby Ewangelię, bo bez Ewangelii nie byłoby wiadomo, co to jest Eucharystia. Patrzylibyśmy na Nią jak na zwykły biały opłatek, bo nikt by nam nie powiedział, że w Wielki Czwartek nad tym chlebem zostały wypowiedziane słowa: To jest Ciało moje (Mt 26,26). Cóż mi z Eucharystii, kiedy Jej nie znam? Nie byłaby dla mnie lekarstwem. A w Ewangelii mam słowa mojego Zbawcy!

To był tylko teoretyczny eksperyment. Na szczęście nikt od nas nie wymaga takiego wyboru, ale z całej tej wewnętrznej dyskusji, jedno wynika wyraźnie, że my nie dowartościowaliśmy w naszym życiu Ewangelii, że traktujemy ją jako coś, co nam się należy, a mniej ją przeżywamy. Czy to trochę nie jest tak, że my na słowo Ewangelii bardzo przykładnie wstajemy, jesteśmy jak ci żołnierze na baczność, słuchamy z minami marsowymi, poważni, ale czy my się w słowa Ewangelii wgłębiamy w naszej osobistej modlitwie? Odpowiedzmy sobie: Do jakiego stopnia nasza modlitwa jest oparta na Piśmie Świętym? Wiadomo przecież, że wszyscy prawdziwi mnisi, począwszy od tych pierwszych, którzy uciekali z miast do Tebaidy pod palmy, poprzez św. Benedykta, patrona Europy, a kończąc na trapistach z Gethsemani, gdzie żył Tomasz Merton, wszyscy oni całe swe życie modlitewne opierali na Piśmie Świętym. Tradycyjna monastyczna nauka modlitwy jest taka właśnie: lectio divina, Boże czytanie, następnie rozważanie, kontemplacja, a potem te stany modlitewne, do których sam Pan Bóg raczy powoływać człowieka, bo są one bez tej pomocy nieosiągalne. To wszystko wyrasta z tego właśnie zasadniczego pnia: lectio divina. Obok Komunii eucharystycznej znajduje się Komunia – jeśli ją tak wolno nazwać – biblijna, czyli połączenie się z tym samym Bogiem żywym, ale ukrytym w literze Pisma. Trzeba z taką czcią czytać Pismo Święte, z jaką przyjmujemy samego Zbawiciela, bo to jest też Jego obecność twórcza.

Często nasze życie wewnętrzne bardzo się wyjaławia, a modlitwa staje się pokarmem, który przestał smakować. Niejednokrotnie dzieje się tak dlatego, że w dialogu między Bogiem żywym a nami brak Jego słów, bośmy je zaniedbali. Mamy mnóstwo osobistych problemów, które najczęściej są pseudoproblemami, bo po większej części są to sprawy urażonej miłości własnej i niezadowolenia, że nie dzieje się nasza wola. To przeważnie rozrywa całkowicie i psuje naszą modlitwę, a potem narzekamy, że same tylko roztargnienia. Czemu tak jest? Bo nie umiemy usiąść jak Maria u stóp Pańskich i słuchać Jego słowa (por. Łk 10,39). Także „dusze” zakonne wolą często, jak Marta, kręcić się dokoła rozlicznej posługi. Czasem jeszcze sobie pochlebiają, że na tym polega służba Boża, iż chcą być czynne. Usiądź najpierw i posłuchaj słów Pańskich, a potem idź i czyń, ale to, co powie Pan. Bo można bardzo łatwo wpaść w taki właśnie formalizm, że spełnia się na zewnątrz całkiem nieźle dobre uczynki, ale brakuje więzi z Bogiem żywym. Nie ma tego egzystencjalnego z Nim dialogu, gdyż się Jego słów nie słucha. Tymczasem mamy być miłośnikami i „wykonawcami Słowa” (por. Jk 1,22).

Pismo Święte często na nas nie oddziałuje, bo zbyt ciasno je pojmujemy. Dla wielu ludzi jest tylko zbiorem bardzo groźnych zakazów i nakazów kodeksowych. Układają sobie oni swoje życie z Bogiem na podstawie własnych intuicji. Czasem więcej sobie cenimy nasze własne pojęcie Pana Jezusa niżeli to, które obiektywnie nam podaje Biblia. Stąd się bierze mnóstwo romantycznych upodobań. Niekiedy ludzie wolą przeczytać o jakimś nowym objawieniu prywatnym i na tym czyimś prywatnym objawieniu budują niemal całą swoją duchowość, zapominając o publicznym, obowiązującym nas wszystkich Objawieniu. Czy już wyczerpany został jego skarbiec? Niewątpliwie Pan Bóg w swojej dobroci pobudza ludzi, w niektórych epokach, objawieniami prywatnymi, ale po to głównie, by sobie przypomnieli niezmienne prawdy Objawienia.

Słowo Boże trzeba wciąż zgłębiać na nowo. Słowo Boże – to nie słowo ludzkie. Jeśli nauczyliśmy się kiedyś słów jakiegoś poety, który zachwycał nas w młodości, a dzisiaj sobie ten wiersz powtórzymy, to często patrzymy na ten utwór jak na zasuszony fiołek w zielniku. Kiedyś człowiek się tym przejmował, a teraz takie to względne, Słowo Boże zaś jest wiecznie żywe. Jeżeli przeżywamy je otwartym sercem, jest niezwykle płodne. Człowiek w miarę powtarzania sobie niektórych słów Pisma Świętego odkrywa, że w odróżnieniu od ludzkiej poezji nie starzeją się one, lecz przeciwnie, odsłaniają wciąż nowe horyzonty. Pamiętajmy, że Słowo Boże stworzyło wszechświat, to Słowo dokonało odkupienia i to Słowo będzie naszym szczęściem wiekuistym. Obcujmy więc z tym Bożym Słowem już teraz.

Pismo Święte jest jedyną historią zbawczego planu Boga. Bóg nie rezygnuje z człowieka po rajskim upadku pierwszej pary, mimo że człowiek tak arogancko się zachował w raju. Bóg słowem powołuje wybrańców: powołuje Abrahama i dokonuje wyboru swojego ludu spośród narodów rozproszonych pod wieżą Babel. Lud ten wyrywa potem z domu niewoli, z ziemi egipskiej, dla tego ludu wybiera Mojżesza, ludowi temu każe przez 40 lat wędrować po pustyni w drodze do Ziemi Obiecanej. W tej Ziemi Obiecanej lud Boży zaczyna żyć po ziemsku i królestwo jego przypomina królestwa tego świata. Przychodzi więc nieuchronna klęska, niewola babilońska, i odrodzenie pod przemożnym wpływem Bożych proroków. Na horyzoncie ukazuje się już Sługa Jahwe, przyszły cierpiący Mesjasz-Odkupiciel.

Jak widać, Biblia nie jest martwą historią i przedmiotem badań dla specjalistów. Jest żywą księgą o nieustającej aktualności. Pismo Święte – to historia o trzech płaszczyznach, historia, która się nie skończyła. Pierwszą płaszczyzną są dzieje Izraela, które przechodzą w dzieje Chrystusa – krótkie bardzo, lecz dla nas najważniejsze, one to bowiem pozwalają nam chłonąć Chrystusa jako obecnego wśród nas, w naszej liturgii, a w szczególniejszy sposób w Eucharystii. Trzecia zaś płaszczyzna to „przedłużenie Chrystusa”, czyli dzieje Kościoła. Również te dzieje się nie skończyły, a w nich jesteśmy koniecznymi aktorami. Pismo Święte to nie jest zamknięta historia. Właśnie ostatnia jego księga – Apokalipsa św. Jana – ukazuje nam to, co będzie, a czego jeszcze nie ma, i pokazuje nam nasze miejsce w zbawczym planie Bożym.

Wszystko w Biblii w pewnym sensie zmierza do Chrystusa, a przez to jakoś do nas się odnosi, bo Chrystus – to nasze życie. Dlatego, gdziekolwiek otworzymy Pismo Święte, coś dla siebie znajdziemy. Bylibyśmy skłonni czasem powiedzieć, że w Starym Testamencie dużo jest rzeczy niepotrzebnych. Słyszałem kiedyś znanego profesora moralistę, mówiącego: „Stary Testament to już przedawniona historia; nas obowiązuje Nowy, zapomnijmy o Starym”. Tak nie wolno mówić. Św. Augustyn doskonale ujmuje istotę współzależności obu Testamentów w następujących słowach: „Nowy Testament kryje się w Starym, a Stary wyjaśnia się w Nowym”. Obydwa zaś mają się do siebie jak przygotowanie i realizacja. Należą do jednej całości, do jednego zbawczego planu Boga. Gdy popatrzymy, jak się ten plan rozwija, widzimy, że wydarzenia mają przedziwną ciągłość. Wszystko następuje jedno po drugim, bo Bóg tak przewidział. W tej ciągłości jest rozwój, następne wydarzenia są czymś w stosunku do poprzednich coraz doskonalszym, a między Starym i Nowym Przymierzem zachodzi to, co by można – zaczerpnąwszy termin z języka muzycznego – nazwać transpozycją. To wszystko z wolna jakby się przekładało na inny język. Czytamy na przykład proroków i spotykamy u nich obrazy materialnego szczęścia. Gdzież ono będzie zrealizowane? Trzeba te obrazy przetransponować: to są wszystko duchowe dobra Kościoła. Dlatego Kościół po Vaticanum II położył taki nacisk na udostępnienie w czytaniach liturgicznych całego Pisma Świętego, pomny na dwukrotnie wypowiedzianą przez św. Hieronima przestrogę: Ignoratio Scripturarum ignoratio Christi est – „nieznajomość Pism jest nieznajomością Chrystusa”.

W Piśmie Świętym jako jednej całości widzimy zasadę przedziwnych tryptyków: typy biblijne mają swoje antytypy, czyli zapowiedzi słowne i mają swoje realne urzeczywistnienie po latach. Układa to się w historyczne tryptyki. Na przykład taki klasyczny tryptyk: potop, chrzest, sąd ostateczny. Potop kładzie kres wadom, a zapoczątkowuje nowe życie. Chrzest sakramentalny sprawia, że chrześcijanin kończy z grzechem i rozpoczyna życia dla Boga. Sąd ostateczny wypala wszystko dotychczasowe zło, a człowiekowi pozostawia życie w Bogu.

Tak odczytując Pismo Święte, ciągle widzimy Boga, który się nad nami pochyla, Boga bliskiego. Czyż nie to jest najbardziej w naszym trudzie potrzebne, byśmy doświadczali bliskości Boga? Czyż nie cierpimy, ciągle właśnie z powodu oddalenia od Boga? Nawet często o tym nie wiemy, a to jest nasze jedyne i prawdziwe nieszczęście. „Jedyna bieda, że człowiek nie jest święty” (Leon Bloy). Z czyjej winy? Czy Pan Bóg trzyma się z dala od nas, On, który jest samą miłością? Nie. Tylko my nie podchodzimy do Niego wszystkimi możliwymi drogami. Między innymi musimy dowartościować właśnie tę drogę, jaką jest lectio divina.

Błogosławieni są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je (Łk 11,28) – powiedział Zbawiciel. Musimy więc wczytywać się w Pismo Święte i dokonywać „rewizji naszego życia” w zestawieniu z mocnymi wymaganiami Pisma, bo wszyscy mamy jakoś przedłużać Słowo Wcielone.

Wielki pisarz starochrześcijański, Orygenes, wyróżniał trzy kategorie czytających Pismo Święte. Dla jednych jest ono jak muzyka. Znamy ludzi niewierzących, którzy się zaczytują niektórymi partiami Biblii, ale traktują je tylko jako poezję. Uznając walory estetyczne, nie docierają do istoty. Dla innych Pismo Święte jest jak wino, które ich upaja, i wzbudza na chwilę entuzjazm, ale jak wiadomo, działanie wina przemija i człowiek znowu jest taki sam, zwyczajny, obojętny. To też nie jest jeszcze właściwe korzystanie ze Słowa Bożego. Trzecia kategoria – to, factores verbi – „wykonawcy Słowa”, ludzie współukrzyżowani z Chrystusem. Biorą oni na serio, na sto procent i do końca Jego naukę. Znany francuski pisarz, członek Akademii Francuskiej i audytor soborowy, Jean Guitton, w swojej książce o Matce Bożej mówi:

Gdyby mnie zapytano, jaką cechę Maryi chciałbym widzieć szerzej omawianą, to bym wymienił następujące: Dziewica rozpamiętująca, Dziewica, która się zadumała nad historią, Dziewica Myślicielka.

Na jakiej podstawie mógł tak powiedzieć? Magnificat Matki Bożej jest dowodem na to, jak Ona rozważała wszystkie sprawy Boże w sercu swoim (Łk 2,19). Jak swoje własne życie umiała w tej pieśni umieścić na tle zbawczego planu Boga! Ta Dziewica Myślicielka, Maryja zadumana nad zbawczym planem Bożym, oto wzór także dla nas.

Czytajmy takim sercem Maryjnym Słowo Boże, a przekonamy się o prawdzie słów Chrystusa:

Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem (J 6,63).


Fragment książki Życie mnisze (2)


Augustyn Jankowski OSB (ur. 14 września 1916 w m. Złotoust na Uralu, zm. 6 listopada 2005 w Krakowie), właściwie Bogdan Jankowski – benedyktyn, opat tyniecki, biblista, redaktor naukowy Biblii Tysiąclecia, członek Papieskiej Komisji Biblijnej Kongregacji Nauki Wiary, doktor honoris causa PAT. Autor wielu publikacji z dziedziny biblistyki, m.in. Aniołowie wobec ChrystusaBiblijna teologia czasuBiblijna teologia przymierzaDwadzieścia dialogów JezusaRozmowa o Apokalipsie.


Fot. Archiwum Opactwa Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 149 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij