Umieszczony przez 10:39 Liturgia

Miłość, jakiej Bóg pragnie, polega wpierw na życiu pełnym życzliwej atmosfery między ludźmi

Poznać Boga, Tego, który jest miłością, to po prostu wejść w miłość, samemu kochać. Nic prostszego.

X Niedziela Zwykła
Oz 6,3–6; Rz 4,18–25; Mt 9,9–13

Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń (Oz 6,6).

„Miłości pragnę, a nie twoich pieniędzy ani uprzejmości” – takie słowa może usłyszeć mąż od żony albo odwrotnie, gdy po długim doświadczeniu wspólnego życia widzi, że druga strona troszczy się jedynie o materialną lub formalną stronę życia małżeńskiego. Czymże jest bowiem życie małżeńskie bez miłości – jedynie bardzo trudnym, bolesnym przetrzymywaniem wszystkiego. A oto takie słowa Boga padają w odniesieniu do człowieka, do ludu Bożego. Ozeasz chyba jako pierwszy prorok relację Boga do człowieka opisał w kategoriach więzi oblubieńczej: Bóg – Oblubieniec, Izrael – oblubienica. Od nawiązania do takiego obrazu rozpoczyna się sama Księga Proroka Ozeasza. On sam ma stać się znakiem dla Izraela. Bóg kazał mu ożenić się z nierządnicą (obraz niewiernego ludu), a potomstwo z nią otrzymało symboliczne imiona.

Od czasu Ozeasza ten obraz jest w Starym Testamencie bardzo częsty. A niewierność Bogu jest określana mianem cudzołóstwa. Ten obraz, wzięty z życia, pozwala łatwiej zrozumieć Boga w Jego odrzuceniu przez człowieka: człowiek był umiłowanym stworzeniem Bożym, stworzonym na obraz i podobieństwo Boże. To umiłowane dziecko zwątpiło w bezinteresowną dobroć Boga, zgrzeszyło i odrzuciło tym samym Jego miłość, ulegając fascynacji rzeczami stworzonymi. Bóg stał się mu potrzebny, gdy pozwalał mu zaspokoić pragnienia doczesne. W ten sposób stworzenie stało się ważniejsze dla człowieka niż sam Stwórca. Jakże ta sytuacja jest dzisiaj aktualna!

Zobaczmy, właśnie to jest źródłem wszystkich problemów między ludźmi zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym. Indywidualnie istnieje ciągła walka o dominację, o bycie lepszym, ważniejszym od innych, o władzę, o realizację swoich namiętności, wykorzystywanie innych… W społeczeństwie podstawowa niesprawiedliwość polega na krzyczącej nierówności: bogactwie jednych i biedzie innych. Wielkie dochody bogatych wcale nie zawsze są proporcjonalne do ich pracy, wysiłku, mądrości, wkładu we wspólne dziedzictwo społeczeństwa. Wynikają często raczej z układów. Wszystko to bierze się z ludzkiej pożądliwości: oczu (czyli dóbr materialnych), ciała (rozbudzana coraz bardziej ludzka zmysłowość) i pychy tego żywota (żądza władzy i dominowania). A to są trzy wymiary przedkładania tego, co stworzone, nad samego Boga.

Miłości pragnę… Ozeasz pięknie pisze: Dołóżmy starań, aby poznać Pana (Oz 6,3). Otóż jeżeli nawet wówczas ludzie mogli jeszcze nie wiedzieć, że Bóg jest miłością, choć Ozeasz jest właśnie piewcą Bożej miłości, to dzisiaj nie możemy już tak mówić. Jezus Chrystus pokazał to tak dobitnie, wręcz drastycznie, że właściwie nie można tego było zrobić wyraźniej. Święty Jan w swoim liście wprost powie: Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością (1 J 4,8). Przy czym On nie chce naszej miłości dla samego siebie, nie chce nas w tej miłości zagarnąć, nie chce, byśmy byli jak zakochane cielęta, ale pragnie, byśmy żyli miłością. Stąd przykazanie miłości, jakie nam zostawia Pan Jezus, ma dwa wymiary: miłości Boga i miłości bliźniego, która realizuje miłość Boga. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Poznać Boga, Tego, który jest miłością, to po prostu wejść w miłość, samemu kochać. Nic prostszego.

Miłość, jakiej Bóg pragnie, polega wpierw na życiu pełnym życzliwej atmosfery między ludźmi, która rozwija się we wzajemną służbę. Dlatego obraz małżeństwa jest bardzo dobry. O szczęściu w małżeństwie decyduje właśnie wzajemna miłość. I takich relacji pragnie Bóg dla nas. Dlatego Pan Jezus ma żal do faryzeuszy, że oni z góry odrzucają celników i ludzi, którzy się gdzieś zagubili, nie dając im żadnej szansy na więź i prawdziwe spotkanie. A właśnie tacy ludzie najbardziej potrzebują miłości jako lekarstwa. Istnieje bardzo piękne przysłowie afrykańskie, które mówi:

Najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek.

Właśnie Pan Jezus jest naszym najlepszym lekarstwem jako Osoba. Ale będąc takim, jednocześnie wzywa nas, abyśmy sami stawali się lekarstwem dla innych. Święty Paweł to wymaganie konkretyzuje:

Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne współczucie, w dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby ktoś miał coś do zarzucenia drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy. Na to zaś wszystko [przywdziej­cie] miłość, która jest spoiwem doskonałości (Kol 3,12–14).

Cóż właściwie jest dla nas tu na ziemi ważniejsze, jakie osiągnięcia, jakie dobra doczesne, jakie sukcesy? Jeżeli one nie służą dobru drugiego, to po co w ogóle są? Drugi Sobór Watykański podaje fundamentalną sentencję o człowieku:

Człowiek, będąc na ziemi jedyną istotą, którą Bóg stworzył dla niej samej, może zrealizować się w pełni tylko przez szczery dar z siebie (KDK 24).

To nie tylko drugiemu jest potrzebna nasza pomoc, nie tylko my, przychodząc do niego, stajemy się dla niego lekarstwem, ale może jeszcze bardziej to właśnie my potrzebujemy drugiego. Nie tylko wówczas, gdy sami jesteśmy w potrzebie, ale także wówczas, gdy możemy mu pomóc. Jest to nam potrzebne, aby prawdziwie stać się sobą, jak to mówi Sobór! Tym samym ten drugi człowiek, człowiek potrzebujący, staje się dla nas lekarstwem, bo pozwala nam wychodzić z własnego egoizmu, pozwala prawdziwie stawać się na obraz Boga i w ten sposób zrealizować w sobie to, co Bóg względem nas zamierzył, staje się okazją do stawania się sobą w najpełniejszym znaczeniu. To jest niesamowite! A jeżeli jeszcze wrócimy do przytoczonego zdania Pana Jezusa o tym, że jeżeli robimy coś jednemu z naszych bliźnich, to Jemu samemu czynimy, to otwiera się przed nami jeszcze głębsza perspektywa. Może dobrze ją wyraża takie zdanie: Bóg sam w sobie nie potrzebuje od nas żadnej pomocy, Jemu nie jesteśmy w stanie w niczym pomóc, ale możemy Mu okazać miłosierdzie w drugim człowieku!

Miłosierdzia pragnę, nie krwawej ofiary! To wołanie Boga pozostaje dla nas stale aktualne. Obyśmy umieli na nie odpowiedzieć prawdziwie.


Fragment książki Rozważania liturgiczne na każdy dzień. T. 3: Okres zwykły 1-11 tydzień


Włodzimierz Zatorski OSB – urodził się w Czechowicach-Dziedzicach. Do klasztoru wstąpił w roku 1980 po ukończeniu fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwsze śluby złożył w 1981 r., święcenia kapłańskie przyjął w 1987 r. Założyciel i do roku 2007 dyrektor wydawnictwa Tyniec. W latach 2005–2009 przeor klasztoru, od roku 2002 prefekt oblatów świeckich przy opactwie. Autor książek o tematyce duchowej, między innymi: “Przebaczenie”, “Otworzyć serce”, “Dar sumienia”, “Milczeć, aby usłyszeć”, “Droga człowieka”, “Osiem duchów zła”, “Po owocach poznacie”. Od kwietnia 2009 do kwietnia 2010 przebywał w pustelni na Mazurach oraz w klasztorze benedyktyńskim Dormitio w Jerozolimie. Od 2010 do 2013 był mistrzem nowicjatu w Tyńcu. W latach 2013-2015 podprzeor. Pełnił funkcję asystenta Fundacji Opcja Benedykta. Zmarł 28 grudnia 2020 r.


Fot. Kazimierz Urbańczyk

(Visited 861 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz być na bieżąco z materiałami, które publikujemy i udostępniamy, proponujemy zapisanie się na codzienny newsletter.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij