Umieszczony przez 10:52 Duchowość monastyczna

Modlitwa – walka o siebie

„Gdzie jesteś?” staje się zasadniczym pytaniem dla mnie na modlitwie. Czy prawdziwie jestem przed Tym, który Jest, czy zamykam się we własnych przeżyciach, pragnieniach, wyobrażeniach, namiętnościach?

„Gdzie jesteś?” – zawołał Pan Bóg na mężczyznę, gdy ten po grzechu ukrył się przed Nim wśród drzew. To wołanie nieustannie rozbrzmiewa w sercu każdego człowieka do dzisiaj. Owo „gdzie” nie odnosi się jednak do miejsca przebywania na ziemi, ale jest głęboko egzystencjalne. „Gdzie jesteś?” ty jako osoba, gdzie budujesz swoją tożsamość, gdzie umieszczasz swoją istotną nadzieję?

Ks. Józef Tischner, pisząc kiedyś o „ja”, zauważył, że istnieją w nas różne „ja” w zależności od tego, z czym się solidaryzujemy. Aktualne „ja” zmienia się w zależności od sytuacji. Może to być „ja” emocjonalnych pragnień, „ja” intelektualnych refleksji, „ja” obserwatora, zranionego dziecka, namiętnych pragnień, zalęknionego o swoje życie chorego itd. „Gdzie jesteś?” jest pytaniem o moje egzystencjalne miejsce, jakie wybrałem, pytaniem o wybór mojej tożsamości i identyfikacji.

Filozofia dialogu z kolei odkryła, że „ja” zawsze stanowi odpowiedź, zawsze stoi wobec „czegoś” lub „kogoś”. „Gdzie jesteś?”, w tym kontekście, jest pytaniem o to, przed czym lub przed kim stoję. Kim jest ów „ty”, przed którym stoję lub czym jest „to”, przed czym stoję.

Często ośrodkiem koncentracji i integracji mojej osobowości staje się mój ból lub moje zranienie. To, co boli, koncentruje moją uwagę, budzi lęk przed dalszym bólem i w ten sposób niejako wymusza, by owo zranienie ogarnąć sobą, zamknąć w sobie i ochronić. Zranienie staje się wówczas owym „to”, wobec którego staję i wobec którego odnajduję swoją tożsamość. Na pytanie: „Gdzie jesteś?” powinienem odpowiedzieć: obejmuję swoje zranienie, ochraniam siebie przed bólem. Moje „ja” staje się wówczas wielką wrażliwością na zranienie.

Jeżeli zranieniem jest na przykład poczucie odrzucenia noszone w sobie od dzieciństwa, to lęk przed kolejnym odrzuceniem staje się głównym motywem kształtującym przeżywanie mojego tu i teraz. Zazwyczaj lęk uwrażliwia wyobraźnię, a w konkretnej sytuacji projektuje ewentualne odrzucenie. „Co on – to jest każdy człowiek – myśli o mnie?” „Dlaczego mnie nie akceptuje?”

Podobnie moje „ja” może koncentrować się wokół kompleksów, ambicji, namiętności, oczekiwań… „Gdzie jesteś?” – jestem przy lub w tym, co mnie boli, w moich lękach, pragnieniach, wyobrażeniach… One kształtują moje „ja”. Wokół nich się koncentruję. Ale to moje „ja” nie jest „Ja”, które powołał do istnienia Bóg i do którego On apeluje, „Ja”, które stworzył i w którym jedynie mogę stanąć przed Nim. Wszyst­kie owe doraźne solidaryzacje, powiedzielibyśmy współczesnym językiem: wirtualne „ja”, stanowią ucieczkę i są rodzajem alibi wobec Boga. Nie są bowiem odpowiedzią na Jego wezwanie, lecz stanowią próbę usprawiedliwiania się, jak to już było w przypadku Adama. Tłumaczył się on przed Bogiem: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się (Rdz 3,10). Lęk przed bólem, wstyd, poczucie przegranej, zawiedzione oczekiwania mają usprawiedliwić moje chowanie się przed Tym, który Jest i który czeka na prawdziwą odpowiedź. Często nasze doraźne „ja”, zajęte swoimi bólami, nie są nawet w stanie usłyszeć tego delikatnego, stale rozbrzmiewającego Bożego wołania. Są one bowiem pełne pretensji i żalów, które skutecznie zagłuszają ów cichy głos.

W jaki sposób solidaryzacja wokół własnego bólu czy zranienia staje się ucieczką, widać dobrze dopiero wtedy, gdy sobie zdamy sprawę, że w istocie nikt z zewnątrz nie jest w stanie nas zranić. Możemy to zrobić jedynie sami. Ranią nas przede wszystkim własne oczekiwania skoncentrowane zwykle wokół emocjonalnej wyobraźni. Brak ich realizacji powoduje pustkę, zadając egzystencjalny ból. Doznajemy krzywdy, która od strony sprawiedliwości może być, i często jest, krzywdą, szczególnie w odniesieniu do doświadczeń z dzieciństwa. Niemniej zranienie powstaje w nas jako odpowiedź na to doświadczenie przez zamknięcie się w pretensji zepchniętej do podświadomości. Ale wobec egzystencjalnego bólu zamknięcie się w pretensji nie jest jedyną odpowiedzią! Zawsze można przecież otwarcie przyjąć ból, można dać się niesprawiedliwie uderzyć (zob. Mt 5,39), mając świadomość, że nasze pragnienie nie oddaje pełnej prawdy o świecie i dlatego nie wie ono, co prawdziwie jest dla nas dobre. Taka jest chyba treść modlitwy Jezusa w Ogrójcu (zob. Mk 14,36), która wyrasta z ludzkiego lęku, ale ostatecznie Jezus oddaje swoją wolę w ręce Tego, który jedynie jest Dobry i wie, co jest dobre. W wewnętrznym zmaganiu wybieram swoją tożsamość, czy szarpany różnymi pragnieniami i namiętnościami uznaję jednak siebie za dziecko, ucznia, który szuka prawdziwej wartości i sensu tego, co mnie spotyka, czy raczej moje odczucia stanowią dla mnie kryterium sensu i wartościowania życia i świata i one rozstrzygają o moich wyborach?

Moje życie jest w istocie dla mnie wielkim misterium, wobec którego jestem jedynie nieporadnym dzieckiem. Ono prawdziwie stanowi dla mnie szkołę. Przecież nie wiem sam z siebie, ostatecznie „skąd jestem” ani „dokąd zmierzam”. Słyszę jedynie o tym w orędziu Ewangelii. Istnieją jednak inne orędzia na ten temat, rozmaite religie i filozofie, które próbują udzielić innych odpowiedzi. Abym mógł coś na ten temat powiedzieć, muszę czemuś zawierzyć, coś przyjąć za swoją prawdę.

W nieco innym języku można powiedzieć, że w procesie integracji mojego „ja” chodzi ostatecznie o otwartość. Przed czym i przed kim staję? Czy przed uchwytnym i konkretnym wyobrażeniem zaspokojenia moich pragnień i oczekiwań, czy przed misterium Boga, kochającego Ojca, którego doświadczam tutaj jako stałą otwartość, niedającą się ogarnąć ani uchwycić i zamknąć w sobie czy swoim przeżyciu.

W tym kontekście modlitwa, która jest „czasem przeznaczonym dla Boga”, staje się walką o otwartość wobec misterium, które nas nieskończenie przerasta i zawsze zaskakuje czymś nieprzewidywalnym. Jest ona walką o czas dla Tego, który Jest, przeciw wszelkim możliwym zamknięciom w doraźnych „ja” skupionych na własnych chwilowych przeżyciach i oczekiwaniach. Jest to jednocześnie walka o moje „Ja” prawdziwe, to, które jest pełną odpowiedzią na Boże wezwanie.

Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy z niego wynieść (1 Tm 1,6). Wszystkie nasze pragnienia doczesne nie są w stanie nas w pełni zaspokoić. Przeminą one wraz z przedmiotem ich pragnień. Niczego tutaj na ziemi nie jesteśmy w stanie prawdziwie posiadać. Inaczej mówiąc: nie ma dla nas tutaj żadnego trwałego miejsca, wokół którego moglibyśmy osiągnąć prawdziwą integrację, żadnego punktu, wokół którego moglibyśmy zintegrować swoje „ja”. Zawsze pozostaje przed nami jedynie Ten, który Jest i jedynie w otwartości na Niego możemy prawdziwie odnaleźć siebie.

„Gdzie jesteś?” staje się zasadniczym pytaniem dla mnie na modlitwie. Czy prawdziwie jestem przed Tym, który Jest, czy zamykam się we własnych przeżyciach, pragnieniach, wyobrażeniach, namiętnościach? Podobne pytanie stawia św. Benedykt przychodzącemu do klasztoru kandydatowi: „Czy prawdziwie szuka Boga?” (RegBen 58,7). Odpowiedź na nie rozstrzyga o autentycznej modlitwie i odnajdywaniu siebie w świecie różnorodnych wartości.

W praktyce modlitwa, czyli czas poświęcony na odnajdywanie siebie przed Bogiem, bywa często walką o siebie wobec coraz to nowszych doraźnie tworzących się „ja”, które odrywają nas od Tego, który Jest, a koncentrują na czymś przemijającym. Jest to walka o czas, a właściwie o otwarcie czasu tu i teraz na Obecnego, bez lęku o przemijanie, które zabiera wszystko to, co się jawi w czasie, wszelkie chwilowe treści, którymi chciałbym się napełnić lub w nich ukryć przed nieubłaganym odchodzeniem w przeszłość, przemijanie, które odziera mnie ze wszystkiego, co tylko doraźne. Dać się ogołocić z tego wszystkiego, by być przed wiecznym Jestem, który Jestem, przed którym jedynie mogę odnaleźć własne, prawdziwe „Ja” jako odpowiedź na Jego pełne miłości wezwanie, to najgłębsza treść mojego wysiłku na modlitwie. Jednocześnie jest to najprawdziwsza walka o siebie samego.


Fragment książki Droga człowieka


Włodzimierz Zatorski OSB – urodził się w Czechowicach-Dziedzicach. Do klasztoru wstąpił w roku 1980 po ukończeniu fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwsze śluby złożył w 1981 r., święcenia kapłańskie przyjął w 1987 r. Założyciel i do roku 2007 dyrektor wydawnictwa Tyniec. W latach 2005–2009 przeor klasztoru, od roku 2002 prefekt oblatów świeckich przy opactwie. Autor książek o tematyce duchowej, między innymi: “Przebaczenie”, “Otworzyć serce”, “Dar sumienia”, “Milczeć, aby usłyszeć”, “Droga człowieka”, “Osiem duchów zła”, “Po owocach poznacie”. Od kwietnia 2009 do kwietnia 2010 przebywał w pustelni na Mazurach oraz w klasztorze benedyktyńskim Dormitio w Jerozolimie. Od 2010 do 2013 był mistrzem nowicjatu w Tyńcu. W latach 2013-2015 podprzeor. Pełnił funkcję asystenta Fundacji Opcja Benedykta. Zmarł 28 grudnia 2020 r.


Fot. Robert Krawczyk

(Visited 1 035 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij