Umieszczony przez 10:58 Filokalia

Pomiędzy marzeniem edytora a „Wielką Encyklopedią”. Krótkie wprowadzenie w lekturę „Filokalii”

Istnieją książki, które mają swoją legendę. „Filokalia” bezsprzecznie do tych książek należy. Cóż to za legenda?

Istnieją książki, które mają swoją legendę. Filokalia bezsprzecznie do tych książek należy. Cóż to za legenda? To głębokie przekonanie, którego źródła trzeba szukać, przynajmniej na Zachodzie, w Opowieściach pielgrzyma, że to dzieło o modlitwie Jezusowej. Inna legenda mówi, że chodzi jedynie o publikację, która została jesienią 1782 r. w Wenecji wydana jako owoc pracy dwóch świętych: Makarego z Koryntu i Nikodema Hagioryty.

W tym krótkim wstępie zmierzmy się z legendą.

Jak powstała Filokalia?

Pytanie o to, w jaki sposób powstała, jest pytaniem przewrotnym. Możemy bowiem mówić o jej powstaniu w dwóch porządkach. Przede wszystkim możemy śledzić kolejność powstawania tekstów, które wchodzą w skład antologii, studiować życie ich autorów, ich poglądy teologiczne, koleje rękopisów wybitnych dzieł – czyli to wszystko, co robi się zazwyczaj przy okazji studiów nad poszczególnymi dziełami bądź prądami umysłowymi. Ale powstanie Filokalii można badać też w inny sposób. Warto zadać sobie pytanie o autorów antologii, o to, kiedy zdecydowali się ją skomponować, jak poszukiwali rękopisów i druków, dlaczego wybrali te, a nie inne dzieła, dlaczego w ogóle zdecydowali się na podjęcie pracy – i wreszcie – dlaczego wydali owoc swego trudu właśnie w Wenecji.

Nas w tym szkicu interesować będzie to drugie, chyba mniej popularne zagadnienie.

Tytuł

Zacznijmy od wyjaśnienia tytułu.

Grecki rzeczownik filokalia (φιλοκαλία) oznacza umiłowanie tego, co piękne. Najdawniejsi autorzy posługują się czasownikiem φιλοκαλέω – miłuję piękno, to, co piękne, lub formą φιλόκαλος – miłośnik piękna, np. u Platona w Fajdrosie 248d. W zachowanych tekstach po raz pierwszy rzeczownik filokalia pojawia się dopiero u Klemensa Aleksandryjskiego. Trudno powiedzieć, czy jest to neologizm przez niego ukuty, czy też posłużył się on słowem, które już znał. Późniejsi autorzy chrześcijańscy rozumieją słowo filokalia jako: 1. uwagę, troskę; 2. ozdobę; 3. określenie w ten sposób owocu pracy pisarskiej. Oprócz naszej Filokalii znamy przynajmniej dwa inne dzieła pod tym samym tytułem.

1. Euzebiusz z Cezarei podaje, że biskup Bostry w Arabii, Beryl, poza listami pozostawił po sobie różne filokalie. Sens użytego przez Euzubiusza wyrażenia nie jest jasny, a polski przekład („oprócz listów pozostawił różne dzieła swego pięknego umysłu”) jest błędny.

2. Filokalią zatytułowali św. Bazyli Wielki i św. Grzegorz z Nazjanzu ułożony przez siebie wybór z dzieł Orygenesa. Dzisiaj, dla odróżnienia od Filokalii w tym tomie publikowanej, często pisze się o Filokalii Orygenesa.

Jako ciekawostkę można dodać, że św. Augustyn w swym dialogu Przeciw akademikom nazywał filokalię (umiłowanie piękna / tego, co piękne) siostrą filozofii (umiłowania mądrości), przy czym przez filokalię rozumiał uprzejmość na ucztach, elegancję, wytworność, dobry smak we wszystkim i kulturę obejścia. Sam tekst Augustyna jest pełen uroku: autor w pewnym momencie przerywa opowiadanie, puszcza do czytelnika oko i nazywa siebie samego Ezopem.

Wydaje się, że pierwotny sens naszego słowa (w tym trzecim znaczeniu na określenie owocu pracy pisarskiej) był nieco bardziej banalny i oznaczał po prostu antologię tekstów. Do takiej konkluzji skłania nas zastosowanie tego słowa przez św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Bazylego Wielkiego. Można wtedy przetłumaczyć interesujący nas termin bardziej opisowo: wszystkie piękne fragmenty, które mi się podobają. Czy zatem tytuł interesującego nas dzieła należy rozumieć właśnie tak banalnie, czy też inaczej – jak intuicyjnie go rozumiemy – że chodzi o umiłowanie Pana Boga, największego Piękna? Niewykluczone, że ta wieloznaczność była od samego początku zamierzona, choć wydanie rosyjskie i cerkiewnosłowiańskie przekłada sam tytuł. Swoją drogą jest to ewenement na skalę światową, ponieważ wszystkie pozostałe przekłady posługują się kalką językową – nawet po polsku mówimy o filokalii, a czasem (błędnie!) o filokaliach. Dodajmy, że do katalogu znaczeń dopisuje się także „badania lub poszukiwania naukowe” oraz „wielką uważność”. To wszystko, jak w cytowanym wyżej studium zauważa J.A. McGuckin, sprawia, że owi „prości mnisi”, którzy pisali teksty wchodzące w skład różnych antologii, jak i ci, którzy te antologie opracowywali, okazują się być dużo bardziej sprawni intelektualnie, niż moglibyśmy w pierwszej chwili przypuszczać.

Filokalie przed Filokalią

Już sama analiza tytułu pokazuje, że Filokalia w 1782 r. nie spadła z nieba. Jeśli, pomimo zastrzeżeń niektórych, zgodzimy się, że mamy do czynienia z antologią tekstów, to wówczas opadnie mit „wyjątkowości”. Antologie i wypisy z długich dzieł tworzono od zawsze i zawsze takie rękopisy będą powstawać na prywatny użytek. Gdy zaraz potem stwierdzimy, że Filokalia to antologia tekstów dotyczących problemów życia wewnętrznego, musimy zadać sobie pytanie o to, czy już wcześniej chrześcijańscy asceci zdobywali się na podobny wysiłek. Odpowiedź brzmi: w zasadzie nigdy takiego wysiłku nie przestali podejmować. Zbieranie i udostępnianie szerszej publiczności źródeł potrzebnych do rozwijania życia duchowego rozpoczęło się wśród chrześcijańskich mnichów już w IV w., czyli wraz z narodzinami monastycyzmu. Tak bowiem trzeba rozumieć prace Ewagriusza z Pontu (zbieranie przez niego wypowiedzi Ojców i spisywanie ich wraz z odpowiednim komentarzem), Jana Kasjana (słynne Rozmowy) czy Jana Klimaka (jego Drabina do raju nie jest tylko suchym wykładem doktrynalnym, ale często pojawiają się tam opowieści z życia mnichów, ich sentencje czy nauki). Ten pierwszy etap kształtowania się antologii monastycznej (tak roboczo nazwijmy ten gatunek literacki) polegał zatem na spisywaniu i redagowaniu wypowiedzianych nauk.

Etap drugi, który otwiera powstanie wielkiej kolekcji apoftegmatów, ma już charakter kompilacyjny: z wcześniej istniejącego materiału kolejni redaktorzy opracowywali teksty, które były potrzebne konkretnym wspólnotom. Musimy pamiętać, że rękopis ma ograniczony zasięg, a jego powstanie rządzi się odmiennymi prawami od druku książki. Trzeba zapytać: ile osób mogło mieć wgląd w jeden rękopis? Wiadomo zatem, że wykonywano je dla konkretnego adresata bądź wąskiego grona odbiorców. Nic zatem dziwnego, że ostateczna redakcja zależała od oczekiwań zleceniodawcy. Nie wolno też ulegać pokusie wizji, że rękopisy kopiowano zawsze wiernie i bez ingerencji redakcyjnych. Bardzo często sporządzano wyciągi z interesujących redaktorów i ich środowiska dzieł, wybierając bądź pomijając materiał według opracowanego klucza. Dlatego mamy rękopisy z fragmentami dzieł Kasjana czy Ewagriusza z różnymi opuszczeniami, zmianami układu treści itd. Ta produkcja literacka, która rozpoczęła się w późnej starożytności, trwała nieprzerwanie aż do wynalezienia druku. Możemy przytoczyć listę rękopisów z bibliotek klasztorów serbskich czy z Góry Athos, które zawierają takie monastyczne antologie. Studiując je, możemy poznać nie tylko dzieła Ojców, lecz także, jak przez dziurkę od klucza, dostrzec problemy i potrzeby wspólnot, w których te rękopisy powstawały.

Trzeci etap formowania się monastycznej antologii rozpoczyna się wraz z wynalezieniem druku. Towarzysząca temu wynalazkowi fascynacja antycznymi tekstami dotyczyła również dzieł dotyczących życia wewnętrznego. Pojawiają się zatem wkrótce edycje apoftegmatów czy pism Kasjana. Wraz z rozwojem sztuki drukarskiej rozwija się także sztuka edycji tekstów: wydawcom już nie wystarcza skorzystanie z jednego rękopisu, ale przed przystąpieniem do druku należy porównać pewną ich liczbę, aby ustalić w miarę poprawne i kompletne brzmienie tekstu. Tak rodzi się krytyka tekstu. Dotyczy ona nie tylko dzieł autorów antycznych jak Plotyn czy Homer, lecz także klasycznych tekstów chrześcijańskich. W tym właśnie momencie docieramy do punktu, w którym narodzi się interesująca nas publikacja.

Dodajmy, że ów filokaliczny styl pracy charakterystyczny jest zarówno dla Wschodu, jak i dla Zachodu. Dla Greków i łacinników takie funkcje pełniły chociażby kateny (łac. catena – łańcuch, domyślnie: łańcuch złożony z fragmentów pism), czyli antologie wybranych fragmentów z dzieł Ojców Kościoła uporządkowanych najczęściej w ten sposób, że pełnią funkcję komentarza do którejś z ksiąg biblijnych. Ich redagowanie rozpoczęło się już w VI w. wraz z pracami Prokopiusza z Gazy. Jeśli chodzi o wyjątkowy przykład, przytoczmy historię redaktora Catena aurea, czyli św. Tomasza z Akwinu, który „był obdarzony tak niezwykłą pamięcią, że zapamiętywał raz na zawsze i dokładnie treść dzieła po jego przeczytaniu.[…] Kiedy papież Urban zlecił mu zebranie w jednym tomie komentarzy Ojców Kościoła do czterech Ewangelii, odwiedził różne klasztorne biblioteki i po przeczytaniu odpowiednich dzieł ich treść przechowywał w pamięci w taki sposób, że później, gdy redagował Catena aurea in Evangelia, wydawało się, że ma przed oczyma wszystkie teksty, które wcześniej czytał”. Zachód ma także swoje florilegia, czyli wypisy z dzieł Ojców Kościoła oraz innych dzieł teologicznych i literackich czynione przez mnichów na prywatny użytek.

Nie wolno nam zapomnieć o analogicznej do filokalicznych kolekcji funkcji godziny kanonicznej z liturgii godzin znanej jako matutinum (dziś godzina czytań), w której do użytku celebrujących oficjum w ciągu całego roku liturgicznego przygotowano zestaw czytań zarówno z Pisma Świętego, jak i z klasyków teologii – od najstarszych tekstów chrześcijańskich ery Ojców Apostolskich poczynając, na dokumentach Vaticanum II kończąc. Nie oznacza to kresu kolekcjonerskiego wysiłku: wspomnijmy choćby, nawiązujące do filokalicznego stylu pracy, Źródła opracowane według tematów przez O. Clementa czy wznowione niedawno Rozmowy ze św. Augustynem zredagowane przez J. Salija OP.

Wypada tutaj poświęcić kilka zdań na fenomen, który często bywa pomijany, a którym jest stała obecność filokalicznego sposobu myślenia i modlenia się na łacińskim Zachodzie. Zdecydowanie trzeba podkreślić, że chodzi nam tutaj przede wszystkim o pewną ciągłość, zapewnioną zwłaszcza przez środowiska monastyczne Zachodu, w podchodzeniu do zagadnień życia duchowego, modlitwy, liturgii, lectio divina, studium itd. Główną zasługę mają tutaj św. Jan Kasjan i św. Benedykt, autorzy pism, które na długie wieki zdeterminowały rozwój życia monastycznego na Zachodzie. Co więcej, zachowały swój wigor także w okresie nowożytnym, już po pojawieniu się duchowości związanych z reformą trydencką.

Może trochę znudził Was ten przydługi wstęp, ale jest on konieczny, abyśmy zrozumieli zarówno wyjątkowość, jak i powszedniość przedsięwzięcia Makarego z Koryntu i Nikodema Hagioryty. Ale no właśnie… Czy tylko Makarego i Nikodema? W XVIII w. powstały dwie filokalie, dwie antologie pism Ojców. Pierwsza z nich została opublikowana jako druga, a druga została wydana jako pierwsza. Pierwszą jest Dobrotolubije św. Paisjusza Wieliczkowskiego, drugą z kolei Filokalia świętych Nikodema i Makarego.

Filokalia św. Paisjusza

Święty Paisjusz Wieliczkowski (1722–1794) pochodził z dzisiejszej Ukrainy. Gdy po kasacie swego klasztoru przeniósł się do Ławry Peczerskiej, spotkał tam mnicha Ignacego, który zaczął przed nim wychwalać hezychazm i monastycyzm, kwitnący na terenach dzisiejszej Rumunii. Gnany tęsknotą za ideałami, Paisjusz przeniósł się do tej wymarzonej krainy i żył kolejno w trzech klasztorach. Wreszcie, w wieku 24 lat, przeniósł się na Górę Athos, ale wedle jego słów, nie znalazł tam nikogo, kto byłby jako tako doświadczony w modlitwie serca (modlitwie Jezusowej). To właśnie skłoniło go do zbierania rękopisów, które mogłyby w pewnym stopniu zastąpić mistrza modlitwy. Początkowo ograniczał się jedynie do tych w językach słowiańskich i współczesnej mu grece. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że musi opanować grekę klasyczną, co udało mu się, choć nie bez wielkiego wysiłku. Stopniowo gromadzili się wokół niego uczniowie, ale jego intuicje (powrót do Ojców w czasie, gdy tendencja wśród prawosławnych była raczej scholastyczna, skupienie się na modlitwie Jezusowej – używanej także jako element modlitwy wspólnotowej) nie przysparzały mu jedynie przyjaciół na Świętej Górze. Być może dlatego chętnie skorzystał z zaproszenia hospodara mołdawskiego Grzegorza Aleksandra Ghicy III i przeprowadził się, po raz kolejny, do klasztoru Drogomirna na Bukowinie (mamy rok 1764, Paisjusz ma 41 lat). Jedną z innowacji, wprowadzoną przez nowego hegumena, była cowieczorna nauka wygłaszana w refektarzu na podstawie pism Ojców, które Paisjusz odszukał i skopiował na Górze Athos. Wraz ze współpracownikami rozpoczął także przygotowywanie materiałów opracowanych na bazie pism Ojców. Pierwszą wersją Filokalii był rękopis opracowany przez mnicha Rafała w języku rumuńskim, zawierający pisma Doroteusza z Gazy, Ewagriusza z Pontu, Grzegorza z Synaju, Nicefora Pustelnika, Nila z Ankyry oraz Symeona Nowego Teologa. Jak wyjaśniał redaktor – jego celem była pomoc w modlitwie serca. Był to jednak dopiero początek. Po przeprowadzce do klasztoru w Neameţ (1779) wspólnota powiększyła się do 700 mnichów. Paisjusz posłał dwóch braci (Rosjanina i Mołdawianina) do Bukaresztu na naukę klasycznej greki. W ten sposób tłumaczenie mogło iść dwoma torami: przekładano na rumuński i na cerkiewnosłowiański. Gdy do Neameţ dotarły pierwsze egzemplarze wydanej w 1782 r. Filokalii Makarego i Nikodema, Paisjusz zdecydował się na druk. Pomijając zbyt trudne jego zdaniem dzieła Maksyma Wyznawcy i Grzegorza Palamasa, wydał swoje Dobrotolubije w Petersburgu i w Jassach (1793). Jego dzieło rzuciło ogień na Ruś – odniosło wielki sukces (pomyślmy o starcach z Optiny czy pracach Teofana Rekluza). Natomiast druga Filokalia okazała się… falstartem.

Filokalia wenecka

Filokalia zredagowana przez św. Makarego z Koryntu i św. Nikodema Hagiorytę, zaczęła powstawać później niż kolekcja opracowana przez św. Paisjusza, ale wydano ją ponad dziesięć lat wcześniej, bo w 1782 r. w Wenecji. Przekład na podstawie nowego wydania tego dzieła chcemy w niniejszym tomie ofiarować Czytelnikom. Historię życia obydwu świętych opisywano już wielokrotnie. Przyczyny, dla których książka zaczęła powstawać, wyłożyli redaktorzy we wstępie. Uważna lektura pomoże nam wyjaśnić niejedną zagadkę.

Zapiera dech w piersiach rozmach, z jakim redaktorzy prezentują owoc swej pracy. W istocie bowiem to, co można przeczytać w dziele opublikowanym w Wenecji, ma za podstawowe zadanie dopomóc czytelnikowi w powrocie do Bożego zamiaru, jakim jest stworzenie człowieka na obraz i podobieństwo Boże. Wysiłek Ojców i trud ich wydawców nie jest zatem jednym z wielu wysiłków, które podejmowano w ciągu wieków, ale pracą fundamentalną, ponieważ pomagającą człowiekowi powrócić do Źródła, którym jest Bóg. Warte podkreślenia jest to, że owo źródło bije nie tylko w chwili stworzenia; moc Boga Stworzyciela uobecnia się w sakramencie chrztu świętego, którego skutki mogą jednak być przesłonięte przez codzienne troski i namiętności. Stąd konieczność nieustannej czujności i modlitwy – do czego przygotowuje i wychowuje Filokalia. Autor wstępu podkreśla wyjątkowość dzieła także z innych powodów: oto ukazują się teksty trudno dostępne i, co najbardziej istotne, ukazują się drukiem, który nie tylko zdejmuje ciężar pracy z kopistów, lecz także umożliwia dostęp do nich znaczenie szerszemu kręgowi ludzi.

Zwraca się też uwagę na analogie pomiędzy Filokalią a Wielką Encyklopedią. Edycja wenecka miała stanowić przeciwwagę dla zbyt daleko idącej okcydentalizacji prawosławnej teologii (analogiczne było doświadczenie św. Paisjusza Wieliczkowskiego) i wskazać na źródła teologii, którymi są Biblia, Ojcowie i liturgia. Zwróćmy uwagę na analogiczną intuicję, która wywróciła do góry nogami gmach katolickiej teologii w XX w., co powoduje, że intuicja, która przyświecała redaktorom Filokalii, jest nam, na Zachodzie, bliższa, niż na początku może się wydawać.

Dodajmy na koniec nie mniej istotną obserwację: celem tych neptyckich dzieł jest nic innego jak tylko przebóstwienie człowieka. Rzadko dziś wracamy do tego ważnego wątku w teologii chrześcijańskiej, a szkoda. Być może niedawne ogłoszenie przez papieża Franciszka św. Ireneusza z Lyonu doktorem Kościoła, dla którego wątek ów odgrywa rolę centralną, będzie okazją dla katolików do odkrycia na nowo tej prawdy wiary.

Proces wydawania

Publikacja ukazała się w obszernym tomie, w dwóch kolumnach z ciągłą paginacją: xvi+1207. Pozwolenie na druk uzyskał drukarz od cenzora Agapiosa Lavedrosa, pracującego na uniwersytecie w Padwie i pełniącego obowiązki cenzora Republiki Weneckiej. Imprimatur wydano w październiku 1781 r., zatem sama książka nie mogła się ukazać wcześniej niż w połowie roku 1782.

Jaki był nakład? Trudno dziś to ustalić z całą pewnością, ale ostrożnie można szacować jego wysokość, poprzez analogie, na około 500 egzemplarzy. Z pierwszego wydania do naszych czasów dotrwało niewiele kopii. Według katalogów bibliotecznych uzbierałoby się może w sumie nie więcej niż 30 egzemplarzy w klasztorach prawosławnych na terenie Grecji, 3 kopie w bibliotekach brytyjskich oraz 4 w zbiorach USA. W Polsce mamy egzemplarz tej edycji w zbiorach biblioteki patrystycznej zbieranej od lat przez ks. prof. M. Starowieyskiego. W sumie to niewiele, tym bardziej więc zadziwiające są dalsze dzieje naszej antologii.

Dlaczego Filokalia została wydrukowana właśnie w Wenecji? Tradycja drukowanej greckiej książki jest w Wenecji tak długa, jak sam druk. Oczywiście sytuacja w wieku XVIII była nieco inna niż na przełomie XV i XVI w. Wiemy, że drukarnie weneckie w owym czasie przeżywały pewien kryzys, który objawiał się nie tylko w jakości papieru, lecz także w samym stylu drukowania. Nasza książka została wydana w drukarni Antonio Bortoliego. Choć on sam zmarł w 1738 r., książki wciąż wydawano pod jego imieniem (w 1782 r. drukarnia była własnością jego wnuczki). Drukarnia Bortoliego należała do tych wydawnictw, które produkowały książki dla Greków żyjących pod panowaniem tureckim.

Po co Filokalia dzisiaj?

Dlaczego wydawać Filokalię dzisiaj? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, trzeba powrócić do legend, które wymieniliśmy na początku tego szkicu.

Wydawcom chodziło o przybliżenie jak największej liczbie ludzi tekstów, które są kojarzone z modlitwą Jezusową. W Polsce modlitwa Jezusowa staje się coraz bardziej popularna, także pośród katolików. O rosnącym zainteresowaniu tematem modlitwy serca świadczą ostatnie publikacje: wymieńmy dla przykładu chociażby Nową Filokalię ks. J. Naumowicza, Modlitwę Jezusową św. Ignacego Brianczaninowa, nowe wydania Opowieści pielgrzyma wraz z obszernymi opracowaniami oraz bardzo popularne wprowadzenia do tematu modlitwy Jezusowej.

Być może Kościół w Polsce potrzebuje dziś powrotu do źródeł. Z podobnym hasłem pod koniec XVIII w. rozpoczęli swą mrówczą pracę święci Makary i Nikodem, ofiarowując na nowo światu najcenniejsze pisma dotyczące życia duchowego. Postulat powrotu do źródeł jest wszak jednym z okrzyków bojowych każdej reformy. Doświadczenie pokazuje, że zerwanie z Tradycją zawsze okazuje się klęską dla dysydentów i dla tych, którzy bezmyślnie za nimi podążają. Podsumujmy ten punkt zdaniem żyjącego w XIII w. łacińskiego klasyka, Gilberta z Tournai: „Nie znajdziemy prawdy, jeśli zadowolimy się tym, co już znalezione. Ci, którzy pisali przed nami, nie są dla nas panami, lecz przewodnikami”. Wreszcie, co nie mniej istotne, analogicznie jak w przypadku całej tynieckiej serii Źródła Monastyczne, Filokalia to dzieło dla filologów, antropologów, historyków, filozofów. Trudno zresztą wyobrazić sobie poważne prace w tych dziedzinach bez odwoływania się do tekstów klasycznych, traktowanych jako ważne źródła badanej epoki bądź intelektualnego czy duchowego nurtu.


Wstęp do dzieła Filokalia, tom 1


Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Autor książki na temat ośmiu duchów zła Pomiędzy grzechem a myślą oraz o praktyce modlitwy nieustannej Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie. Redaktor naczelny projektu „Filokalia”.


Opracowanie graficzne: Mikołaj Jastrzębski OSB

(Visited 1 682 times, 1 visits today)


Czy chciałbyś być na bieżąco z najnowszymi artykułami, nowościami wydawniczymi i informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia"? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij