Umieszczony przez 12:11 Duchowość monastyczna, Święty Benedykt i jego Reguła

Szczera, czysta intencja?

W refleksji o człowieku trzeba wyjść z zupełnie innego założenia. Trzeba inaczej spojrzeć na człowieka, jego myśli i zachowanie, a tym samym na same intencje.

Intencja jest dla nas podstawową kategorią moralną. Pytając o wartość czynu, pytamy wpierw o intencję. Intencja, jak się uważa, rozstrzyga o wartości moralnej czynu. Tak bywa np. w sądzie. Zupełnie inna jest wartość moralna a także odpowiedzialność karna za „zamordowanie” kogoś, czyli zabicie go z zamiarem zabicia, a inna za „nieumyślne spowodowanie śmierci”. To jest dla nas oczywiste. I może dlatego zaskakuje nas fakt, że w Regule św. Benedykta nie ma praktycznie mowy o „intencji”. A mówiąc precyzyjnie, występuje ona tylko raz w zdaniu: „Niech darzą się wzajemnie czystą w intencji miłością braterską” (72,8). Jeszcze bardziej zaskakuje nas jednak brak słowa „intencja” w Piśmie Świętym! Stosunkowo często występuje słowo: „zamiar”, ale jedynie w niewielu miejscach można by je rozumieć jako „intencja”. Raczej chodzi w nim o konkretne postanowienie przy podejmowaniu działania. Dlaczego tak jest?

Intencje są związane z naszymi pragnieniami: dobre pragnienia stanowią dobrą intencję, a złe pragnienia złą intencję. Zarówno Biblia jak i Reguła mówią o tym, używając innego nieco języka: mówią o sercu i myślach, jakie się w nim rodzą. To jednak prowadzi do innej perspektywy widzenia problemu.

My jesteśmy przyzwyczajeni do wizji, jaką nam daje dzisiejsza myśl zachodnia, która zrodziła się w oświeceniu, myśl związana z humanizmem oświeceniowym. U jej podstaw leży wyobrażenie zawarte w koncepcji Jana Jakuba Rousseau w odniesieniu do człowieka, który według niego rodzi się jako „tabula rasa” – czysta niezapisana tablica. Jest to idea dająca człowiekowi wiele możliwości – jeżeli dziecko dobrze wychować, to można z niego zrobić geniusza! Jednak także można go źle wychować i właściwie bez jego winy zrobić z niego przestępcę. Później ta „piękna” koncepcja doprowadziła do „wspaniałej” idei komunizmu, czyli społeczeństwa ludzi nieskażonych demoralizującym wpływem społeczeństwa. Wystarczyło bowiem jedynie dobrze zapisać tę tablicę nowo narodzonego człowieka, aby otrzymać ideał człowieczeństwa. Niestety ani społeczeństwo feudalne, ani mieszczańskie, ani kapitalistyczne nie było w stanie tego zrobić i dlatego trzeba było zbudować zupełnie nowe, niszcząc całkowicie „zgniłe” społeczeństwa, które deprawowały rodzących się ludzi.

Wydaje się, że historia dostatecznie wyraźnie pokazała, że taka koncepcja okazała się całkowitą fikcją i nie tylko fikcją, ale także doprowadziła do zbrodni, jakich wcześniej nikt nie znał! Okazuje się, że nie można zapomnieć o tajemnicy grzechu pierworodnego, tajemnicy nieprawości w nas, czyli o „skażeniu ludzkiej natury” od samego poczęcia, a nie jedynie przez nabycie w trakcie wychowania. Pisał o tym Leszek Kołakowski, który w latach pięćdziesiątych jako komunista polemizował z Kościołem. Jednak w późniejszym wieku napisał tekst, w którym mówił, że zapomnienie o tajemnicy grzechu pierworodnego prowadzi do nieludzkich sytuacji.

Logismoi – myśli nie nasze

Zatem w refleksji o człowieku trzeba wyjść z zupełnie innego założenia. Trzeba inaczej spojrzeć na człowieka, jego myśli i zachowanie, a tym samym na same intencje. Ks. Józef Tischner pisał, że człowiek, rodząc się, ma w sobie ogromny chaos, który trzeba w trakcie wychowania uporządkować. Proces wychowywania polega na nadawaniu porządku naszym nieokiełznanym namiętnościom. Kultura polega na porządkowaniu pierwotnego chaosu.

Doskonale wiedzieli o tym starożytni mnisi. Dziedziną ich zmagania duchowego była „walka z myślami”. Nie oznacza to walki z myśleniem. Ewagriusz z Pontu, jak już wspomniano, pierwszy z mnichów pisarzy, pisał o działających w nas namiętnych myślach – logismoi, które czasami nazywał także duchami czy demonami. W podanej przez niego klasyfikacji istnieje osiem podstawowych duchów zła. Wszystkie inne właściwie wywodzą się od tych ośmiu. Stosunkowo łatwo jest rozpoznać w sobie taki mechanizm. Wystarczy tylko starać się skupić na czymś jednym z zamiarem, by przez dłuższy czas pozostać przy tym, na przykład na modlitwie. Okazuje się, że doświadczamy wówczas natłoku różnych myśli, wyobrażeń, uczuć, wspomnień itd. I co jest niezmiernie ważne w tym doświadczeniu: nie są one chciane przez nas, bo przecież mamy zamiar (intencję!) o nich nie myśleć, ale skupić się jedynie na tym, na czym chcemy się skupić. Skąd zatem te myśli? Ks. Tischner mówi w tym kontekście: „ktoś mi myśli”! Natręctwo przychodzących do nas myśli i uczuć jest tak mocne, że takie stwierdzenie ks. Tischnera adekwatnie opisuje to doświadczenie. Niestety najczęściej nie potrafimy sobie z tym natłokiem myśli poradzić.

W tym momencie pojawia się pytanie fundamentalne: Jeżeli tak jest nieustannie, to od kogo pochodzą nasze myśli, zamiary, intencje? Czy na pewno od nas, czy naprawdę są nasze?

W takim razie zmienia się zupełnie perspektywa myślenia. Wpierw trzeba nam odpowiedzieć na pytanie: Co jest prawdziwie naszą intencją? Czy to, co przyjmujemy za intencję, rzeczywiście jest autentycznie naszą intencją? Czy to nie jest jedynie nasza naiwność? Czy nie jest tak np. jak w przypadku reklamy, która wzbudza w nas pragnienia kupienia czegoś i z takim zamiarem idziemy potem do sklepu? Czy ten zamiar jest prawdziwie naszą intencją? Ponadto pojawia się zagadnienie dobra lub zła: Co jest dobre, a co jest złe? Na ile to, czego chcemy, jest dobre i zgodne z naszą najgłębszą intencją, czy nie jest słabością wobec pożądliwości? Na ile nasza intencja jest związana z dobrem i prawdą?

Odpowiedź na te pytania nie jest wcale oczywista. Święty Paweł pisał, że nie walczymy z ciałem i krwią, czyli z innym człowiekiem, ale walczymy z mocami ciemności (zob. Ef 6,12). Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że te moce są silniejsze od nas. Zatem właściwie trzeba by powiedzieć, że w omawianym temacie chodzi raczej o oczyszczenie i uczynienie naszej intencji autentyczną. Nie jest to oczywiste samo z siebie, ale wymaga wewnętrznej pracy! Niestety fatalna w tym względzie jest współczesna idea wolności sprowadzonej do swobody, mówiąc żargonowo: „róbta, co chceta!”.

Warto się spytać, co jest autentycznie nasze: czy jest nim to, co robimy pod wpływem pojawiających się spontanicznie pragnień, czy raczej to, co wybieramy po głębszym namyśle i trwamy przy tym, nawet wówczas, gdy jest to dla nas bardzo niewygodne życiowo. Zazwyczaj uważa się, za bardziej autentycznie to, co robimy spontanicznie, jednak takie działania nie są w pełni wolne. Święty Benedykt w Regule bardzo często ostrzega przed pójściem za własnymi chęciami, jakie się pojawiają. Na samym początku podkreśla, że pisze Regułę dla tych, którzy wyrzekają się własnych chęci, a chcą iść za Chrystusem jako królem. Oczekuje od nas dokonania fundamentalnego wyboru i w imię tego wyboru gotowości odmawiania sobie wielu rzeczy, na które spontanicznie mielibyśmy ochotę. Te spontaniczne chęci są nam najczęściej narzucane. Przykładem mogą być wspomniane reklamy, pod wpływem których ludzie koniecznie potrzebują czegoś, o czym wczoraj jeszcze nie słyszeli. Najlepiej to widać u dzieci, kiedy po usłyszeniu o czymś od kolegów lub z reklamy nie mogą bez tego żyć. Widać po tym, jak człowiek jest sterowany.

Bez głębszej refleksji nie wiemy, po co tu jesteśmy i o co nam w życiu chodzi. Jednak niestety w filozofii trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź na pytanie o sens naszego życia. Mówi się nawet czasem, że trudno wymyślić jakąkolwiek tezę dotyczącą życia i jego sensu, której by ktoś wcześniej nie głosił jako prawdę. Jeżeli tak jest, to nawet przy głębszej refleksji można się opowiedzieć za czymś, co jest głupie. Najlepiej podsumował to Kohelet, mędrzec Starego Testamentu, który spróbował wszystkiego w życiu – mądrości i głupoty, rozkoszy i ascezy – i stwierdził, że to marność nad marnościami i wszystko marność. To stwierdzenie jest refrenem, który się powtarza w jego Księdze. Będąc twardym realistą, nie daje on sobie wmówić, że coś jest dobre, kiedy tak nie jest. I w horyzoncie ziemskiego patrzenia jest tak naprawdę. Błąd Koheleta polega na tym, że uważał, iż nic zgoła nowego pod Słońcem. Otóż jest jednak nowego coś pod słońcem. Pisał już o tym prorok Izajasz: oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą (Iz 65,17). Jednak to, co się prawdziwie nowego stało „pod słońcem”, to wcielenie Syna Bożego i Jego dzieło odkupienia objawione w zmartwychwstaniu Chrystusa. To jest absolutna nowość. Bomba, która rozsadza całą historię i jej bezsens, i marność. Jest to jedyna nowość w dziedzinie religii od czasu neolitu, jak to kiedyś powiedział Mircea Eliada, jeden z najwybitniejszych religioznawców XX wieku.


Fragment książki Droga duchowa


Włodzimierz Zatorski OSB – urodził się w Czechowicach-Dziedzicach. Do klasztoru wstąpił w roku 1980 po ukończeniu fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwsze śluby złożył w 1981 r., święcenia kapłańskie przyjął w 1987 r. Założyciel i do roku 2007 dyrektor wydawnictwa Tyniec. W latach 2005–2009 przeor klasztoru, od roku 2002 prefekt oblatów świeckich przy opactwie. Autor książek o tematyce duchowej, między innymi: „Przebaczenie”, „Otworzyć serce”, „Dar sumienia”, „Milczeć, aby usłyszeć”, „Droga człowieka”, „Osiem duchów zła”, „Po owocach poznacie”. Od kwietnia 2009 do kwietnia 2010 przebywał w pustelni na Mazurach oraz w klasztorze benedyktyńskim Dormitio w Jerozolimie. Od 2010 do 2013 był mistrzem nowicjatu w Tyńcu. W latach 2013-2015 podprzeor. Obecnie pełni funkcję asystenta Fundacji Opcja Benedykta.


Fot. Robert Krawczyk

(Visited 233 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij