Umieszczony przez 10:12 Duchowość monastyczna

Z kontemplacji do działania i z powrotem: trudna wędrówka duszy (2)

Nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć prawdy tego założenia – że mianowicie łatwo jest odejść od życia kontemplatywnego do aktywnego, natomiast trudno jest przejść od życia aktywnego do kontemplatywnego…

Nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć prawdy tego założenia – że mianowicie łatwo jest odejść od życia kontemplatywnego do aktywnego, natomiast trudno jest przejść od życia aktywnego do kontemplatywnego, i tego, jakie są przyczyny takiej łatwości bądź trudności – jeśli nie poznamy cech obu stylów życia. Dlatego uważam za rzecz stosowną, żeby omówić cechy obu typów życia, w związku z tym, co zamierzamy powiedzieć, ponieważ opierając się na tych właściwościach, jesteśmy w stanie wyjaśnić przyczyny łatwości odejścia i trudności z wejściem.

Zaczniemy więc od życia kontemplatywnego, ponieważ nie będziemy mówić, jak od życia aktywnego powinien przechodzić do życia kontemplatywnego ten, kto nigdy nie dotknął tego ostatniego, ale powiemy, jak od kontemplacji należy schodzić do aktywności, albo jak z aktywności powinien powracać do kontemplacji ten, kto w zdecydowany sposób postanowił prowadzić życie kontemplatywne. Toteż nie tylko ze względu na swoje dostojeństwo, ale również przez sam porządek rozważania, życie kontemplatywne staje na pierwszym miejscu.

Mówię więc, że jeśli chodzi o życie kontemplatywne, w taki sposób, jak to powyżej opisaliśmy, to jego cechy, czy też raczej należałoby powiedzieć: właściwości, nie wymagają od ludzie prowadzących taki tryb życia nabywania ich bądź chronienia z mozolnym trudem, ale w pewnym sensie pojawiają się spontanicznie, jak liście na gałęziach, żeby chronić od wszelkiej zewnętrznej szkody sam najsłodszy owoc kontemplacji i wszystkie cechy charakterystyczne życia kontemplatywnego, o którym mówimy, towarzyszą mu w taki sposób, że tam, gdzie jest życie kontemplatywne, nie może nie być tych cech, a tam, gdzie ich nie ma, tam nie ma życia kontemplatywnego, ale jest życie, które albo zmierza do życia aktywnego, albo jest bezczynne i leniwe. A tego ostatniego, ponieważ jest wielkim wrogiem zbawienia, należy starannie unikać, o czym powiemy w dalszej części.

Takie więc, zasadniczo, są cechy życia kontemplatywnego.

1. Przede wszystkim wielkie pragnienie samotności, tak wielkie, że unika się kontaktów, nawet rzadkich i krótkich, nawet z ludźmi bardzo bliskimi i żyjącymi w sposób duchowy. Eremita kocha albo samotne przebywanie w swojej celi, albo odwiedzanie, niedaleko od niej, cienistych lasów i ukrytych samotni, a jego największa radość jest wtedy, gdy pojmuje, że jest jeszcze dalej od miejsc zamieszkanych przez ludzi.

2. Kocha głęboką i nieprzerwaną ciszę, tak że nie jawi się przed nim żadna konieczność na tyle paląca, by nie wolał raczej jej znosić niż ją przerwać; ani też gdy nie pojawia się przed nim na tyle wymagająca miłosierdzia okazja, by pomóc bliskiemu, która mogłaby łatwo skłonić go do rozmowy.

3. Jest zupełnie wolny od wszelkiej ciekawości, popychającej go do oglądania jakichś przedmiotów albo słuchania nowości; co więcej, jeśli można tak powiedzieć, nie jest zainteresowany tym, żeby patrzeć albo słuchać. I unika słuchania tego, co dotyczy przyjaciół, rodziny, a nawet miejsca, w którym przebywa, tym bardziej, że wie, iż to, co dotyczy rzeczy znanych, porusza ducha bardziej, niż to co dotyczy rzeczy obcych.

4. Ale uważa również bardzo pilnie, by nie zgadzać się nazbyt łatwo na przyjmowanie listów kierowanych do niego przez kogokolwiek, albo by samemu do nikogo nie pisać. W rzeczy samej, kiedy pojawia się potrzeba, by przeczytać listy od innych albo je napisać, wydaje się, że nie zachowuje się milczenia. Taka właśnie była wyśmienita opinia tego, który pisząc do swego wielkiego przyjaciela, prowadzącego życie zakonne, stwierdził, iż ta „rozmowa”, czyli pisanie listów i odpowiadanie na nie, jest „tak absorbująca, jak i męcząca”. Bowiem „gdy kierujemy słowa do kogoś, kto jest obecny, możemy krótko powiedzieć, co chcemy, ale gdy jesteśmy daleko od siebie, musimy pisać do siebie z wzajemnym szacunkiem. I tak więc, gdy ja, nieobecny, układam list, zapisuję, wysyłam to, co ty, obecny, możesz przeczytać, zadaję pytanie: gdzie jest odpoczynek, gdzie jest spokój ciszy?”.

„Ale, powiesz, wszystko to można robić w milczeniu”. Dziwię się, „jeśli naprawdę myślisz tak, jak mi odpowiadasz. Jakież poruszenie jest przecież w umyśle tego, który tworzy, kiedy powtarza mnóstwo wyrażeń, kiedy mieszają się rozmaite frazy i rozmaitość koncepcji, kiedy często odrzuca się to, co przychodzi do głowy albo próbuje odzyskać to, co odrzucono; kiedy często zwraca się największą uwagę na to, co jest piękniejsze pod względem stylu, co jest bardziej zgodne z sensem, co jest płynniejsze i łatwiejsze do zrozumienia, co należy postawić przed czymś albo po czymś, i tak wiele innych rzeczy, do których uczeni mężowie przykładają wielką troskę w tego typu zajęciach. A ty mi powiesz, że w tym jest jeszcze spokój? Ty nazwiesz to milczeniem, chociaż rzeczywiście język milczy?”.

Dzięki takim myślom człowiek żyjący w sposób kontemplatywny jest wolny od tego typu męczącej konwersacji i niespokojnego zajęcia.

Ale powstrzymuje się również od pisania albo tworzenia czegokolwiek albo, jeśli pisze, nie tworzy tekstów o wielkich rozmiarach, ale raczej drobne, które bardziej sprzyjają pokucie niż erudycji, i pisząc je nie wkłada w nie również wielkiej troski, ale posługuje się raczej stylem prostym i potocznym niż wzniosłym. Ten, kto pragnie życia kontemplatywnego, w rzeczy samej myśli – jak stwierdza w innym miejscu cytowany już wcześniej autor – że „oddając się pisaniu takich rzeczy, zyskuje się niemałą szkodę, ponieważ traci się wiele pobożności”, kiedy zajęcie się pisaniem przerywa modlitwę.

Również i dla mnie, na początku mojego nawrócenia, kiedy moja praktyka skłaniała się bardziej w stronę życia kontemplatywnego niż aktywnego, było rzeczą bardzo ciężką pisanie listów do największego i wyróżniającego się wszelkimi talentami przyjaciela, Wincentego Quiriniego, który później był eremitą w tej samej samotni, pod imieniem Piotr, jako duma wszystkich eremitów, który pragnął rozpocząć życie eremickie; pisałem do niego, żeby zachęcić go do tego właśnie kroku i przedstawić mu charakterystyczne cechy takiego życia: do tego stopnia, że wiele razy modliłem się do Pana, aby uwolnił mnie od konieczności pisania tych listów.

Unikałem również zapisywania niemałej ilości rzeczy, które przychodziły mi do głowy, gdy rozmyślałem albo modliłem się, zagadnień, które radowały mojego ducha i które, jak oceniałem, bez trudu mogłyby podobać się innym i przynieść im korzyść, gdyby je zapisano: i nie wiedziałem, nieszczęsny, jakie nieszczęście spadnie na moją głowę, kiedy niewiele później byłem zmuszony, dla dobra życia zakonnego, pisać do tak wielu osób, do kardynałów, do papieża, a nawet do świeckich panów, a to, czego wcześniej nie chciałem zapisać, zupełnie uleciało mi z głowy. Jeśli natomiast zapisałbym tamte rzeczy, teraz, gdy wracam do tego samego stylu życia, przyniosłyby mi wielką korzyść.

Tak więc życie kontemplatywne, podsumowując to, co powiedzieliśmy, kocha najgłębszą i całkowitą samotność, cieszy się ciszą głęboką i niezmąconą, jest wolne od wszelkiej zaciekawienia patrzeniem i słuchaniem, a im bliższych ludzi są to sprawy, tym bardziej unika tego, by ich słuchać i chcieć zrozumieć. Niechętnie i niełatwo czyta listy od innych. Absolutnie unika pisania listów albo układania traktatów albo oddawania się wszelkim tego typu zajęciom.

Nawet ćwiczenia fizyczne i praca rąk własnych są czymś mało wartościowym dla eremity, chyba że w takiej tylko mierze, która pozwala zachować zdrowie albo ukazać zewnętrzną pokorę, wtedy na krótki czas podejmuje jakąś pracę męczącą albo nędzną i pogardzaną. Albo też czasem, gdy nie w porę opada go senność, aby ją odpędzić, podejmuje jakąś pracę, ale zważa również, by nie odkładać na inną okazję zajęcia, które wydaje się konieczne.

Nie szuka nowych przyjaźni, wprost przeciwnie, niechętnie przyjmuje nawet te, które są mu oferowane, a nawet swych własnych dawnych przyjaźni nie pielęgnuje w inny sposób, jak tylko poprzez wewnętrzną miłość oraz ofiarowywane Panu częste modlitwy za przyjaciół.

Nie oferuje swoich usług nikomu i również niezbyt się troszczy o swoje ciało. Nie podejmuje niczego nowego, co więcej, nawet nie potrafi myśleć o rzeczach nowych. Na ile pozwala mu ludzka słabość, staje się obcy dla świata i dla rzeczy, które są ze świata, i na ile może, ukazuje, że jest ukrzyżowany dla świata, a świat dla niego. Wszystko to idzie wraz z życiem kontemplatywnym i mu towarzyszy.

Jednego tylko unika i nienawidzi o wiele bardziej niż wszystkich rzeczy, jakie wymieniliśmy – a mianowicie lenistwa, inercji, ospałości, złej bezczynności i choćby najmniejszej straty czasu. Jak w rzeczy samej nic nie zagraża życiu kontemplatywnemu w większym stopniu i bardziej podstępnie niż to – bezczynność, lenistwo, gnuśność, ospałość i próżniactwo – tak bez wątpienia nie ma niczego, przed czym bardziej by się strzegło, czego bardziej by się obawiało, bardziej nienawidziło, z większym staraniem starało oddalić od siebie.

Nie jest bowiem nieświadome, że wstydliwszą i bardziej godną potępienia rzeczą jest oddać się bezczynności i lenistwu pod pretekstem życia kontemplatywnego, niż poświęcać się dziełom miłosierdzia i życiu aktywnemu: pierwsza rzecz bowiem to napełniać się pokarmem i napojami, spać do woli, unikać trudu i całkowicie poddawać się bezczynnemu lenistwu; ta druga natomiast, chociaż nie wznosi się na szczyty życia kontemplatywnego, jest jednak ludzka, i to naturalna rzecz – będąc człowiekiem, brać na siebie ludzkie powinności, uważać, że nic co ludzkie, nie jest obce, i zważywszy na to, że nie można poświęcać się dla wszystkich ludzi, oddać się posłudze tym, z którymi się żyje, angażować się w różne dzieła w zależności od tego, jaka pojawia się sposobność.

Ale życie kontemplatywne, które zmierza do wyniesienia człowieka i dość często, jeśli nie zwykle wynosi go nie tylko poza niego samego, ale w ogóle ponad ludzką naturę, samo z siebie unika obu tych alternatyw, obu ich nienawidzi, czyli zarówno zajęć, jak i bezczynności, ale z większą nienawiścią walczy z bezczynnością i czuwa z większą uwagą, aby bezczynność, niczym przyjaciółka kontemplacji, nie zakradła się do niego, i blokuje jej wszystkie drogi dojścia. Nigdy bezczynne, chociaż bez zajęć, wolne od wszelkiego działania zawsze wykonuje jakieś dzieło, nie pozwala, by jakakolwiek chwila mijała mu bezczynnie, uważa za największą szkodę choćby najmniejszą stratę czasu, przeznacza niewielką jego ilość na sen i wyznacza mu granicę w obrębie naturalnej konieczności, a nie tego, czego domaga się ludzka natura. Przyjmując pokarm niezbędny dla życia albo zastawiając stół i przy wszystkich innych posługach niezbędnych dla ciała zużywa tak mało czasu, jak tylko to możliwe. Cały czas, kiedy śpi, je, zajmuje się swoim ciałem, uważa za bezpowrotnie stracony dla siebie, nienawidzi snu i spożywania posiłków, jak gdyby pozbawiały go najcenniejszego skarbu, jakim jest czas.

Ale również we wszystkich tych licznych działaniach, które wykonuje, żeby uniknąć bezczynności, nie pozwala sobie na jakikolwiek bezład albo nieporządek; wykonuje każdą rzecz w określonym czasie i o wyznaczonych porach. Bardzo dobrze zdaje sobie bowiem sprawę, że prowadzenie życia bezładnego i nieuporządkowanego to cecha raczej ducha bezczynnego i leniwego niż pragnącego kontemplacji. Kiedy zobaczysz kogoś, kto dziś rano się modli, w południe czyta, wieczorem śpiewa psalmy, natomiast jutro, zmieniając kolejność, rano śpiewa psalmy, w południe modli się, a wieczorem czyta, łatwo zrozumiesz, że to, czego ten ktoś pragnie, to nie kontemplacja, ale zróżnicowany brak obowiązków i bezczynność, ponieważ taka nieuporządkowana zmiana pór i czynności, zwłaszcza jeśli jest częsta i niestała, zwykle bierze się właśnie z bezczynnego lenistwa i próżniactwa.

Natomiast życie kontemplatywne samo w sobie nie może mieć nic niestałego, nieuporządkowanego i bezładnego, ale zawsze zachowuje tę samą normę postępowania. Układa swoje zajęcia w określonym porządku, którego nie pozwala zmieniać i o nic nie troszczy się bardziej niż o to, by nigdy nie być bezczynnym albo porzucić bądź zmienić, z powodu znużenia, ten porządek życia, który raz został przyjęty, naśladując przez to życie świętych aniołów, którzy chociaż wolni od wszelkiego działania, nigdy nie są bezczynni, ale zawsze zachowują ten sam tryb życia. Chyba że komuś, niezdolnemu ocenić rzeczy zgodnie z ich wartością, wydało by się bezczynnością oddawać się Bogu, zagłębiać w modlitwie, zajmować medytacją i dobrymi oraz świętymi lekturami. Kto by tak mówił, nie zdaje sobie sprawy, że uważa za bezczynnych błogosławione duchy niebiańskie i samego Boga. Oby zawsze spotykała mnie taka bezczynność! To najowocniejsze i najdoskonalsze ze wszystkich zajęć.

Ale, powiesz w takim razie, jakie są zajęcia w tym życiu tak „bezczynnym”, a jednak tak różnym od bezczynności? Proszę bardzo, wyjaśnię ci to w skrócie w wielkich rzeczach: czyta, śpiewa psalmy, medytuje, modli się się.

Czyta, powiadam, nie cokolwiek i nie w jakikolwiek sposób, ale Pismo Święte albo komentarze do Pisma Świętego, albo traktaty Ojców katolickich.

Czyta: i w lekturze ćwiczy się z żarliwością nie dlatego, by stawać się bardziej wykształconym, ale lepszym. Trzyma zawsze w rękach przede wszystkim Ewangelię Chrystusową, jak można przeczytać o dziewicy Cecylii, i nosi na piersi nie książkę, ale zdania z książki, aby nie przystępował do innych nauk Chrystusowych z uszami głuchymi i by nie kontemplował przykładu Chrystusa niewidzącymi oczami.

Na lektury wybiera i uważnie analizuje nie trudne problemy, ale skuteczne napomnienia, a spośród pism chętniej czyta te, które dają sumieniu zbudowanie, niż te, które dają głębszą wiedzę; a spośród świętych tekstów wybiera ze zdecydowanym postanowieniem, by je czytać i do nich wracać, raczej te, które, jak się wydaje, pomagają kształtować życie religijne, niż te, które dostarczają głębokiej wiedzy.

Tekstów, których lekturze się oddaje, nie czyta w sposób przypadkowy, powierzchownie, z bezładną i niepewną przemiennością, skacząc na chybił trafił, tu i tam, ale czyta je z uwagą, w sposób staranny, z pełną uwagi koncentracją umysłu i z silnym postanowieniem, by z tym, co zaczyna czytać, zapoznać się od początku do końca, jak uczy najlepszy ojciec mnichów.

Nie zmienia też zbyt łatwo pory przeznaczonej raz na zawsze na to, by poświęcić się lekturze, ponieważ zdaje sobie sprawę, że korzyść przynosi oddawanie się jej o określonej porze i w precyzyjnym porządku.

Ale zwraca również uwagę na to, żeby nie przystępować do lektury, nie poprzedziwszy jej krótką modlitwą. Istotnie, prosi Pana wszystkich nauk, prosi Jezusa Chrystusa, w którym są ukryte wszystkie skarby mądrości i umiejętności (Por. Kol 2,3), aby był w stanie zrozumieć zgodnie z prawdą i skutecznie wcielić w życie to, co zamierza przeczytać, aby On skierował całe jego zaangażowanie w lekturę nie ku czystej ciekawości, ale ku poprawie życia, i aby w lekturze i we wszystkich innych swoich dziełach nie szukał niczego innego, jak chwały Bożej, troszcząc się o zbawienie własne i bliźniego w nie mniejszym stopniu niż o tę chwałę. Przeznacza nadto na lekturę te godziny, w których żołądek nie jest obciążony posiłkiem, a głowa – sennością. Z wyjątkiem lektur najbardziej wymagających, nigdy nie spożywa posiłku, nie czytając; aby później, gdy usta otrzymują pokrzepienie materialne, umysł nie mógł się skarżyć, że pozostaje głodny, w milczeniu przebiega wzrokiem słowa mistrza, którego książka leży na stole. W podobny sposób nie „opuszcza oczu” przed niezbędnym snem, jeśli wcześniej, leżąc w łóżku, nie zajmie się jakąś lekturą. W tych dwóch momentach czyta raczej żywoty świętych albo ich przykłady, albo pobożne medytacje niż dzieła trudne i skomplikowane.

Ja, żeby jeszcze raz opowiedzieć o sobie samym, który okazałem się szaleńcem, kiedyś zorganizowałem swoje lektury tak, by oddawać się im, zgodnie ze świadectwem Pisma Świętego, wieczorem, o poranku i w południe i wydawało mi się w związku z tym rzeczą bardzo odpowiednią, żeby wieczorem czytać Stary Testament, rankiem świętą Ewangelię, listy Apostołów w południe. W rzeczy samej wydaje mi się, że Prawo i Prorocy są podobni do zachodu słońca, dzięki swoim cieniom, ponieważ przemawiają do nas w obrazach; że Ewangelia jest podobna do poranka, kiedy dane jest nam oglądać, jak wstaje Słońce sprawiedliwości, jaśniejąca jutrzenka wiary; i że w żarze dnia należy czytać teksty Apostołów, ponieważ za ich czasów objawiła się żarliwość wiary.

Tak rozłożywszy lekturę, planowałem przeczytać po kolei całe Pismo Święte w ciągu jednego roku, ponieważ samo życie kontemplatywne wymaga z wielkim naciskiem, żeby, jak nakazuje święty Benedykt, w Liturgii Godzin czytać co tydzień cały psałterz, albo jak naucza św. Romuald, żeby oprócz Liturgii Godzin, co dwa dni odczytywać cały, tak żeby co roku czytać ogółem cały kanon Pisma Świętego; a jeśli tego się nie zrobi, należy uważać, że przeczytano mniej, niż należy.

Eremita często stara się nauczyć na pamięć tego, co przeczyta, albo notuje w odpowiednich zeszytach rzeczy najbardziej odpowiednie i jeśli w czasie lektury przychodzi mu do głowy coś, co chciałby zapamiętać, zapisuje to w krótkiej formie, aby nie wyleciało z głowy i nie przepadło.

Czyta również zawsze w tym samym miejscu, przeznaczonym na lekturę, tak żeby w jej trakcie, ułożywszy w porządku książki i zeszyty, miał na wyciągnięcie ręki to, czego szuka, i aby było do jego dyspozycji to, co potrzebne, by nie trudził się szukaniem, bez jakichś trudności i nieładu. Jest to bowiem bez wątpienia cecha wskazująca na umysł chaotyczny – trzymanie w zamieszaniu i bezładzie albo samych książek, albo jakichkolwiek innych przedmiotów niezbędnych dla życia.

Do lektury przystępuje nie jak do zabawy, ale jak do świętego ołtarza, z wielkim ładem w duszy i ciele, z wielkim szacunkiem […]


Fragment publikacji Pisma, tom 3. Eremita w służbie kościoła. Memoriał do Leona X i inne dzieła


Bł. Paweł Giustiniani (1476–1528). Humanista, wykształcony na Uniwersytecie w Padwie, głęboko przepojony doktryną stoików, wyrzekł się przyjemności cielesnych, aby zwracać się coraz bardziej ku Bogu. W roku 1510 wstąpił do eremu Camaldoli. Świeżo po złożeniu ślubów, przyszło mu reformować cały zakon kamedulski. W 1520 r. opuścił Camaldoli, podjąć życie jeszcze bardziej samotnicze. Wnet dołączyli do niego uczniowie, z którymi założył Towarzystwo Eremitów św. Romualda, które do dziś istnieje pod nazwą Kongregacji Eremitów Kamedułów Góry Koronnej.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment fresku z kapitularza gotyckiego w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 285 times, 1 visits today)


Chcesz być na bieżąco z najnowszymi artykułami, informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia" oraz nowościami wydawniczymi? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij