Umieszczony przez 18:31 Duchowość monastyczna

Nie jest łatwo żyć z innymi…

Od opata św. Benedykt oczekuje podobnie, jak od innych mnichów posłuszeństwa, słuchania Słowa, Reguły i braci.

W drugim zdaniu Reguły mamy myśl „Napomnienia łaskawego ojca przyjmuj chętnie”. Następuje ona zaraz po zdaniu otwierającym Regułę: „Słuchaj, synu, nauk mistrza” i określa je. To zestawienie ma swoją wymowę, wprowadza właściwe odniesienia od samego początku. Jest tutaj władza mistrza pełniona z pełną miłości troskliwością ojca. Tak więc tym, co wyróżnia opata, jest nie jego pozycja jako głowy instytucji, lecz stosunek do synów. Doświadczenie średniowiecza, kiedy opat był coraz mniej kochającym ojcem, a coraz bardziej bogatym, przedsiębiorczym dostojnikiem, administratorem i osobą publiczną, pomaga nam jeszcze bardziej zrozumieć, że tego rodzaju przywództwo wymaga stałego czuwania, jeżeli nie ma być zinstytucjonalizowane, aby struktura nie dominowała nad ludźmi. Nie jest to jednak pozycja pater familias z czasów rzymskich, która dawała głowie rodziny władzę nad życiem i śmiercią niewolników i dzieci. Postrzeganie pozycji i władzy opata w wymiarze związków patriarchalnych oznacza zagubienie tego, co wrażliwe. Dzisiaj, gdy kwestionujemy wiktoriański model ojca, a równocześnie nie potrafimy wciąż znaleźć dla niego odpowiedniej alternatywy, mamy świetną okazję, aby docenić wzór przedstawiony w Regule. Pełny obraz opata może wyłonić się jednak dopiero wtedy, gdy dodamy do tego inne tytuły, które Reguła mu nadaje – mistrz i pasterz, i gdy zobaczymy, jak wypełnia on funkcję lekarza i administratora. Jest tu łagodność, ale równocześnie stanowczość. Ten człowiek, który będzie tak często kierował się miłosierdziem wobec podwładnych, musi wiedzieć, że nie zawsze jest to w najlepszym interesie ani jednostki, ani wspólnoty, jeżeli nie będzie umiał zganić lub powiedzieć nieodwołalnie „dość”. Ci, którzy sprzeciwiają się jego władzy, muszą wiedzieć, jak daleko mogą się posunąć. Bez tego nie ma poczucia bezpieczeństwa, które jest potrzebne w dorastaniu do dojrzałej odpowiedzialności – o czym wiedzą rodzice. Jeżeli będę zbyt pobłażliwą matką, to mogę w pewnym momencie wyświadczyć moim dzieciom „niedźwiedzią przysługę”, kiedy nie będę stanowcza lub nie dam im wzorca rodziny, który wymaga od nich przestrzegania pewnych ograniczeń.

Od opata św. Benedykt oczekuje podobnie, jak od innych mnichów posłuszeństwa, słuchania Słowa, Reguły i braci. W ten sposób jego władza od samego początku jest niejako ukrócona, bo żaden dyktator nie wyrośnie z człowieka ukształtowanego przez wymagania, jakie stawia prawdziwe posłuszeństwo. Co więcej, opat odzwierciedla Chrystusa, którego miejsce zajmuje, tego Chrystusa, który w Prologu proponuje „drogę życia”. Miłość opata jest miłością Chrystusa; nauka, którą ma głosić, jest nauką samego Chrystusa. Co to oznacza, kiedy opat jest nauczycielem, a klasztor szkołą? Najlepszą analogią jest ojciec uczący dzieci lub mistrz swoich terminatorów. Termin „szkoła” w zwrocie „szkoła służby Pańskiej” jest mylący, jeżeli niesie jakąkolwiek sugestię formalnego kształcenia. Pierwotnie słowo to oznaczało pokój lub salę, gdzie ludzie gromadzili się we wspólnym celu, a w Regule oznacza ono grupę osób, która zbiera się dla wspólnego poszukiwania Boga. Tak więc jest to zarówno miejsce, jak i grupa ludzi. Sam proces uczenia się przypomina raczej terminowanie w rzemiośle, gdzie jeden człowiek zdobywa umiejętności przy pomocy drugiego. W starożytności znajomość rzemiosła była przekazywana z ojca na syna, dlatego też nauka rzemiosła nasuwa skojarzenia z relacją ojciec – syn. Jest to związane z naśladowaniem, z długą, cierpliwą obserwacją i kopiowaniem, zdobywaniem wiedzy i z zaangażowaniem obydwu stron, co jest możliwe dzięki życiu we wspólnocie.

Następnie św. Benedykt przedstawia kolejną, subtelną wskazówkę, pokazując, jak delikatny jest proces kształcenia i uczenia się, że jest on znacznie bardziej subtelny niż to, co dzisiaj praktykowane jest w szkołach i kolegiach. Wskazania i nauka opata mają być wprowadzone do świadomości uczniów niemal niepostrzeżenie, tak jak zaczyn, aby mogli uważać, że nauczyli się sami (RB 2,5). Przykład ten jest szczególnie sugestywny dla tych, którzy dzisiaj znów wypiekają własny chleb i znane im jest tajemnicze działanie drożdży, które najpierw same budzą się do życia, a następnie ożywiają masę mąki, aż zostanie przemieniona i staje się czymś zupełnie innym, choć wciąż zachowuje te same składniki.

Nie jest to wiedza teoretyczna, lecz praktyczna znajomość życia, oparta nie na schematach, lecz przekazana w kontakcie osobowym, często w sposób delikatny. Podstawowymi talentami opata są nie tyle zdolności intelektualne i osiągnięcia akademickie, co „wartość życia i mądrość nauki” (RB 64,2). Naucza przy pomocy słowa i czynu, lecz jeszcze bardziej własnym przykładem. Świadectwo jego życia jest bardziej skuteczne niż to, co mówi. Święty Benedykt wyraźnie nisko ceni suchą spekulację teologiczną czy wiedzę akademicką zdobytą przez zgłębianie książek. Również tutaj, podobnie jak przy wielu innych okazjach, pokazuje, jaką wagę przywiązuje do rzeczywistości. Spytajcie kogokolwiek: co naprawdę przyprowadziło go do wiary chrześcijańskiej i umożliwiło żyć w niej i wzrastać? Mało prawdopodobną odpowiedzią będzie „poznanie intelektualne”. Bardziej prawdopodobna jest odpowiedź, że przyczyną stał się czyjś sposób życia lub że praktyka wiary ze wszystkimi jej wymaganiami wprowadziła ich na tę drogę.

Opat jest zatem tym kimś, kogo troską jest ciągłe zachęcanie uczniów do wzrostu, aż osiągną tę nadzwyczajną pełnię stworzenia Bożego. Ponieważ każdy z nas jest inny, zatem pokarm duchowy, słowa pociechy i umocnienia oraz napominanie będą się różnić w każdym przypadku. Mówiąc, że powinien on „kochać w sposób, jaki uzna za pożyteczny dla każdego” (RB 64,14), Reguła odkrywa znaną prawdę. To dobry pasterz zna każdą ze swych owiec i opiekuje się nimi z miłością, uwzględniając potrzeby każdej z nich. Święty Benedykt chętnie używa języka miłości, ale nigdzie nie pojawia się ona z taką siłą, jak w obrazie opata jako dobrego pasterza, dobrego pasterza z Ewangelii św. Jana, który troszczy się o swoje owce.

Tak przywykliśmy do częstego używania słowa „troska”: troska o wspólnotę, dziecko wymagające troski, że trudno nam dotrzeć do jego pełnego znaczenia. Pojawia się ono bardzo często w drugim rozdziale przy opisie roli opata i tam, gdzie Reguła mówi o trosce opata o mnichów w trudnej sytuacji (RB 27 i 28). Obraz dobrego pasterza wydobywa jej sens, gdyż w odróżnieniu od najemnika, który nie dba o owce, zna on owce swoje i one go znają. Bez tego wzajemnego osobowego poznania żadna prawdziwa troska nie jest możliwa. Zakłada ona również leczenie i obowiązkiem opata jest także uzdrawianie – ma być doświadczonym i kompetentnym doktorem. Święty Benedykt bowiem zakłada wspólnotę wzajemnej troski i kiedy we wspaniałym rozdziale 72 pisze w zakończeniu, że „liczy się tylko miłość”, to wskazuje na charakterystyczną cechę każdej wspólnoty troszczącej się o swoich członków. Wie, że jest to ciężka praca i że życie według tej zasady wymaga od braci wysiłku. Nic nie mogłoby być mniej niejasne lub romantyczne niż jego traktowanie w całej Regule sposobu, w jaki rzeczywista miłość ma wzrastać między członkami wspólnoty, a ten wspaniały panegiryk na końcu nie powinien być wyrwany z kontekstu wszystkich pozostałych miejsc, gdzie mówi o miłości w najbardziej praktycznym ujęciu (jak na przykład w przypadku gościnności). Opat, który jest wzorem cnót, jakie wszyscy bracia powinni posiadać, musi przede wszystkim naprawdę być dobry i kochać raczej niż umieć mówić o tym, oraz okazywać jednakową miłość wszystkim. Dopiero w takim bezpiecznym środowisku przepojonym miłością może rozpocząć się gojenie ran, proces trwający przez całe życie, którego każdy potrzebuje. Opat musi wiedzieć, jak leczyć zarówno własne, jak i cudze rany (RB 46,6). Przede wszystkim musi umieć rozpoznawać poszczególne choroby, aby nie upraszczać problemu i nie zalecać tego samego środka każdemu. Reguła z wielkim uporem przypomina, że jednemu potrzebna jest dobroć, innemu surowość i że jeden zareaguje dopiero na naganę, a komuś innemu wystarczy perswazja.

Nie jest łatwo żyć z innymi – znacznie prościej jest być świętym samemu. We wspólnocie, rodzinie lub w parafii czy w grupie przyjaciół jest rzeczą nieuniknioną, że będziemy wciąż ranieni przez innych, niekiedy tak głęboko, że ból trwa przez wiele lat. Bardzo łatwo i szybko ranimy się nawzajem. Reguła św. Benedykta wie, że te małe rany, siniaki, te uderzenia i ciosy, które sobie wymierzamy, mogą wkrótce przemienić się w krwawiące rany, jeżeli nie będziemy się nimi zajmować. Dlatego właśnie nakazuje odmawiać Ojcze nasz dwa razy dziennie, aby prośba „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” przypominała nam ciągle o konieczności przebaczania. Kiedy jak Kain zachowamy w sercu nienawiść do braci, to prowadzi to do katastrofy. Tak więc sercem wspólnoty jest przebaczenie. Tylko dzięki przebaczeniu możemy być uzdrowieni i stać się wolnymi. „Przebaczenie jest najważniejszym czynnikiem wzrostu osoby ludzkiej”. Jest ono jednak wymagające. Jest to ćwiczenie, które wymaga od nas uczciwości i miłości. Stawia nas twarzą w twarz z naszym bólem. Zmusza nas do podjęcia go i radzenia sobie z nim. Święty Benedykt dodałby „im wcześniej tym lepiej”, gdyż rany nie gojone nabrzmiewają i ropieją. Bardzo łatwo jest prowadzić dialog wewnętrzny, rozmyślając nad uszczypliwą uwagą, niezrozumiałym zdarzeniem lub gdy nie mogę zapomnieć czyjegoś lekceważenia i powtarzam sobie w kółko „to niesprawiedliwe”. Wówczas to, co zaczęło się jako drobna uraza czy żal, jest hodowane tak, że staje się olbrzymią chmurą zgryzoty, która rzuca cień na krajobraz mojej duszy lub staje się rakiem, który toczy mnie od wewnątrz. Święty Benedykt jest w tej sprawie absolutnie nieustępliwy. Nazywa to szemraniem lub narzekaniem w sercu i wyraźnie mówi, że musi być ono wykorzenione, zanim wyrządzi nam straszliwą szkodę.

Przede wszystkim niech nigdzie i z żadnego powodu nie dochodzi do głosu to zło, którym jest szemranie, w jakiejkolwiek formie, czy to w słowie, czy to w jakimś znaku (RB 34,6).

Zdaje on sobie sprawę, że szemranie niszczy spokój umysłu, zarówno jednostki, jak i wspólnoty. Pokój jest bezsprzeczną cechą życia benedyktyńskiego i „pax” jest jednym z benedyktyńskich haseł. „Szukaj pokoju, idź za nim” (RB Prol. 17). Brak pokoju wewnętrznego zagraża całej tkance wspólnoty i dlatego właśnie św. Benedykt rozpoczyna od serca jednostki, od naszego wnętrza, gdzie zaczyna się niepokój, od szemrania, które niszczy i rozbija nas. W czasie, gdy tyle uwagi poświęca się sprawie pokoju na świecie, gdy ruchy i ugrupowania działające na rzecz pokoju mnożą się, a dyskusje na temat rozbrojenia stają się coraz bardziej naglące i natarczywe, św. Benedykt przypomina nam o korzeniach – pokój musi rozpoczynać się we mnie. Jakże mogę spodziewać się, że wniosę coś do pokoju światowego, gdy nie potrafię rozwiązać swoich własnych konfliktów? Gdy rozdzierają mnie moje niepokoje? Święty Benedykt mówi jeszcze raz, że muszę brać odpowiedzialność za siebie i jeżeli spodziewam się, że osiągnę coś w sprawie pokoju, to muszę zacząć od pokoju w moim domu, od siebie. Łańcuch przemocy musi być przerwany we mnie. Tutaj właśnie musi rozpocząć się pokój dla świata.

Kiedy życie wspólnotowe kuleje, popełniane są takie lub inne błędy, wówczas nie wolno uciekać od brania odpowiedzialności. Po popełnieniu błędu następuje wyznanie win, a na koniec wybaczenie. Święty Benedykt ilustruje tę sytuację bardzo praktycznie szkodą powstałą w spiżarni.

Kto przy jakiejkolwiek pracy, w kuchni, w spiżarni, usługując przy stole, w piekarni, w ogrodzie, wykonując jakieś rzemiosło albo w jakimkolwiek innym miejscu popełni jakieś uchybienie, coś stłucze albo zgubi, albo jakąkolwiek inną szkodę wyrządzi, powinien przyjść od razu, do winy się przyznać i z własnej woli zadośćuczynić za błąd swój wobec opata i wspólnoty (RB 46,1–3).

Inaczej mówiąc, św. Benedykt nalega na natychmiastowe przyznanie się. Jakże to dziecinne! A jednak oznacza to uznanie wagi naszej odpowiedzialności za swoje czyny, gotowości przeproszenia, chęci przyjęcia przebaczenia. Wiemy, że bez względu na to, kim jesteśmy i w jakim momencie życia, możemy całkowicie liczyć na Bożą akceptację i przebaczenie. Jedna z najważniejszych rad, jakich udziela Reguła, brzmi: „Nigdy nie tracić ufności w miłosierdzie Boże”. Mnich nie jest jakimś nadczłowiekiem, jest taki, jak my. Obraz doskonałego mnicha to powtarzające się nieustannie publiczne wyznanie: Panie, jestem grzesznikiem (Łk 18,13; RB 7,65). Grzechy są przebaczone i przebaczenie może otrzymać darmo każdy szczerze skruszony. Wraz z przebaczeniem przychodzi to wyzwolenie, o którym współczesny opat Mont de Cats mówi, że „ponieważ pochodzi ono od Boga, uznamy je kiedyś za jedyną skuteczną terapię gojącą nasze zaburzenia psychiczne i bezcelowe dążenia naszego społeczeństwa”.

Sposób, w jaki św. Benedykt wyjaśnia sprawę niedbalstwa i naprawiania go, posługując się przykładem wziętym z piekarni i ogrodu, dowodzi jeszcze raz, że Reguła nigdy nie rozdziela świata materialnego i duchowego jako zupełnie odrębnych i niezależnych. Z tego samego punktu widzenia św. Benedykt przedstawia obowiązki administracyjne opata. Właściwe uporządkowanie życia w czasie zawsze wyróżniało benedyktynów, dla opata praktycznie oznacza to wielkie zaangażowanie w sprawy organizacyjne. Nie oddziela ich od reszty życia, byłoby to zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzy. Sprawne zarządzanie zawsze ma służyć ludziom, a jego celem jest formacja synów. Jakkolwiek św. Benedykt bez wątpienia poparłby obecny pomysł na zarządzanie przedsiębiorstwem, na pewno byłby zatroskany, czy jego cele nie przestały odzwierciedlać jego kompleksowej wizji człowieka.

Rola opata nie ogranicza się tylko do spraw duchowych. Odpowiada on również za planowanie i podejmowanie decyzji dotyczących warunków materialnych wspólnoty. Takie wysokie oczekiwania niosą ze sobą niebezpieczeństwo przepracowania, stresów, napięć, zagrożeń dzisiaj dobrze znanych w kręgach kierowniczych. Święty Benedykt podaje dokładny opis człowieka żyjącego w ciągłym napięciu: podniecony, zatroskany, łatwo popadający w skrajności, uparty, zazdrosny, zbyt podejrzliwy i przede wszystkim nie umiejący się zatrzymać. „Taki człowiek nigdy nie zazna spokoju” (RB 64,16). Życie w ciągłym napięciu nie tylko nie pozwala stawiać wymagania samemu sobie, lecz również niesie niebezpieczeństwo wywierania podobnych presji na innych. Jeżeli zmęczę moje stada zbyt uciążliwą drogą, padną wszystkie jednego dnia (Rdz 33,13 Wlg; RB 64,18). Pragnąc zapobiec podobnym sytuacjom, św. Benedykt nalega na umiarkowanie i rozsądek, które uważa za zupełnie podstawowe cnoty. Wnikliwość psychologa, z jaką traktuje całą dziedzinę biznesu i administracji, wskazuje na bardzo zdrowe i trafne zrozumienie ludzkich potrzeb i możliwości.

Dobór osób jest sztuką. Święty Benedykt docenia wagę roli, jaką mają do spełnienia pomagający mu ludzie, „tak, aby opat mógł na nich bezpiecznie złożyć część swoich obciążeń” (RB 21,3) i Reguła zawiera postanowienia dla całego szeregu osób obdarzonych jakimś urzędem, którzy będą dzielić obowiązki opata i pomagać mu w sprawowaniu opieki nad pewnymi grupami we wspólnocie. W każdym przypadku należy dobierać właściwych zakonników do danej pracy; nie należy kierować się wiekiem ani pochodzeniem. Wiele mianowań ma charakter stały, inne mają służyć jakimś określonym celom. Święty Benedykt przewiduje, że opat będzie ostatnią osobą, którą chciałby widzieć mnich mający zamiar opuścić klasztor. Dlatego w tym najdelikatniejszym momencie przekazuje swoją władzę tym, których szanuje ze względu na ich dyskrecję – „starszych i mądrych mnichów, którzy by chwiejnego brata dyskretnie podnieśli na duchu” (RB 27,3). Jest to dowód zaufania, jakim opat obdarza swoich współbraci, proponując mądrą zasadę zajmującym jakiekolwiek stanowiska, którzy mogą wyciągnąć stąd dla siebie naukę: nie tylko olbrzymie znaczenie ma dzielenie się kompetencjami i zaufanie wobec współpracowników, lecz również uznanie, że może zaistnieć odpowiedni moment, w którym należy ustąpić i pozwolić innym przejąć władzę. Na przykład rodzice są najczęściej najmniej odpowiednimi ludźmi, aby opanować bunt młodzieży. Jeżeli jest to sprawa odrzucenia autorytetu ojca, „morderstwo ojca” nie dotyczy tylko rodziny. Z tym problemem należy zmierzyć się w wielu sytuacjach w późniejszym życiu, dlatego potrzebna tu jest odwaga i chęć dzielenia władzy, jeżeli problem ten ma być rozwiązany twórczo.

Skuteczne budowanie wspólnoty ma wiele wspólnego z zachowywaniem morale. Nie przychodzi to bez wysiłku. Święty Benedykt bardzo wyraźnie przedstawia swoje poglądy w tej sprawie, mówiąc o szafarzu klasztornym, mnichu, który praktycznie pełni rolę kwestora. Jest to znakomity przykład wymagań, jakie stawia braciom wzajemna służba z miłością. Reguła przestrzega, aby dostarczał braciom wyznaczoną porcję żywności „bez ociągania się i wyniosłości” (RB 31,16). Święty Benedykt bardzo trafnie zauważa tutaj jedną z pokus biurokracji – jest nią sprawowanie władzy tak, że daje się innym odczuć ich zależność. Środkiem do celu może być nawet coś tak trywialnego, jak narażanie innych na czekanie. Jeżeli szafarz nie może dać tego, o co go proszono, „niech w odpowiedzi obdarzy proszącego życzliwym słowem” (RB 31,13), a kiedy żądania braci będą niemożliwe do spełnienia, niech odmówi, ale w taki sposób, że „nie sprawia proszącemu przykrości traktując go pogardliwie, lecz rozsądnie i z pokorą odmówi spełnienia niestosownej prośby” (RB 31,7), aby nie zasmucić proszącego lub wytrącić go z równowagi. Troska o to, aby unikać niepotrzebnych powodów do irytacji, wydaje się czymś zwykłym, lecz jakże rozsądnie postąpił św. Benedykt umieszczając ją w tym miejscu. Kiedy arogancko odpowiadam lub w moim głosie jest szorstka nuta, gdy rozmawiam przez telefon i mru­kliwie odpowiadam na zupełnie niewinne pytanie, mogłabym równie dobrze przez chwilę pomyśleć o przykrości, jaką to może sprawić drugiej osobie. Naprawdę to tak niewiele – zmiana tonu lub złagodzenie słów. Oczywiście, że czasami powodem może być wyczerpanie, gdy jestem u granic wytrzymałości, a inni zabierają mi mój cenny czas. Lecz tutaj św. Benedykt nie pozwala na żadne wyjątki. To do szafarza należy przestrzeganie ustalonych godzin. „W określonych godzinach należy dawać to, co dać trzeba, jak również prosić o to, o co prosić trzeba” (RB 31,18). Z tego, że jestem osiągalna dla każdego bez końca, nie wynika nic dobrego ani dla innych, ani dla mnie. Jeżeli św. Benedykt każe szafarzowi szanować swój czas, to mogę z tej lekcji wyciągnąć wnioski korzystne dla mnie. Stwierdzam, że Reguła znowu stawia mnie wobec wymagań miłości własnej!

Inni będą szanować moją autonomię, o ile będę poważnie traktować siebie i swoje obowiązki. Oznacza to w swej istocie, że pracuję, aby zachować pokój umysłu i zachować swoje morale. Odwołam się w tym miejscu do łacińskiego zwrotu użytego w Regule – animam suam custodiat. Z tego przykładu widać, jak bardzo potrzebuje odnaleźć swój styl osoba pełniąca odpowiedzialną funkcję w organizacji, tak aby pracować z innymi i dla innych, a równocześnie zachować tyle elastyczności, aby nie spalić się wyłącznie dla nich. Właściwe wykorzystanie swych sił jest wymaganiem równie aktualnym dla każdego, kto dzisiaj kieruje zespołem ludzi, w przedsiębiorstwie czy w parafii, jak było w znacznie mniej skomplikowanych sytuacjach w czasach św. Benedykta.

„Nic nie czyń bez rady, a po uczynku nie będziesz żałował” (Syr 32,24; RB 3,13). Ta zasada ma chronić opata przed nadmierną nerwowością, a braci przed tyranią. Kluczowe znaczenie ma tutaj – oczywiście – ślub posłuszeństwa. Być posłusznym wobec braci (z kolei posłusznymi sobie nawzajem) oznacza wsłuchiwanie się w ich pragnienia i rady, dzięki czemu podejmowane decyzje nie są arbitralne czy autokratyczne. Opat przyjmuje rady od wszystkich, niezależnie od wieku czy godności. Wspólnota jednak nie może być kierowana głosami większości. Święty Benedykt wiedział również o tych subtelnych naciskach, jakie często mogą być wywierane przez słabych i chwiejnych; opat musi być wówczas zdecydowanie czujny wobec ich wymagań. Jest to również rodzaj tyranii, którą słabi i nieszczęśliwi mogą narzucić wspólnocie. Wysłuchawszy każdego, po rozważeniu Reguły i innych sposobów, jakimi Pan może przemawiać, opat musi usiąść i podjąć własną decyzję w każdej konkretnej sprawie. Wymagana jest tu bystrość umysłu i umiejętność rozeznawania, wrażliwość na wolę Bożą, czyli owoc tej mądrości, której św. Benedykt szuka w dojrzałym mnichu. W zupełnie odmiennych, dzisiejszych warunkach podejmowania decyzji cechy te są wciąż niezwykle potrzebne.

Warto zauważyć, że zarówno opat, jak i szafarz nieustannie troszczą się o braci, skupiając się na każdym z osobna raczej niż na wspólnocie en bloc, co jest ideałem, który wydaje się straszyć we współczesnej ideologii. Życie wspólnotowe nigdy nie jest abstrakcją czy idealizmem. Świętemu Benedyktowi z pewnością podobałby się aforyzm Dietricha Bonhoeffera: „Kto kocha wspólnotę, niszczy wspólnotę. Kto kocha braci buduje wspólnotę”. Dlatego też rozpoczyna od braci, od ludzi jako ludzi i nie wyróżnia nikogo. Zawsze jednak są brane pod uwagę osobiste potrzeby każdego. Przy rozdzielaniu dóbr według potrzeb Reguła ostrzega przed oczywistą pułapką, jakoby wszyscy mieli otrzymać tyle samo. Żąda raczej dojrzałości i zrozumienia ze strony członków wspólnoty. „Nie chcemy przez to powiedzieć, że należy mieć wzgląd na osoby – co nie daj Boże! – lecz że trzeba brać pod uwagę słabość ludzi. Ten, kto mniej potrzebuje, niechaj dziękuje Bogu i niech się nie smuci. Ten zaś, kto ma większe potrzeby, niech się upokorzy z powodu swej słabości, a nie wynosi z racji okazywanego mu miłosierdzia. I w ten sposób wszyscy będą w pokoju” (RB 34,2–5). Chęć rozdzielania wszystkim po równo jest czymś bardzo naturalnym i dopiero w miarę osiągania przeze mnie dojrzałości, gdy uznaję nie tylko swoje mocniejsze strony, ale i słabości oraz akceptuję je u innych, zaczynam rozumieć intencje św. Benedykta. Zdawał on sobie jednak sprawę, jakie znaczenie ma jedność we wspólnocie, którą św. Paweł przedstawia jako Ciało Chrystusa, całość, która nie niszczy członków. Chodzi o to, że życie wspólnotowe jest odzwierciedleniem jakości stosunków pomiędzy osobami, które tworzą wspólnotę.

Benedyktyńska wizja życia wspólnotowego opiera się na czterech zasadach, które oznaczają niebywale ludzkie zrozumienie tego, jak najlepiej wspólnie pracować. Pierwszą z nich jest solidarność, która mówi, że w każdej dziedzinie życia, czy to liturgicznego, społecznego, czy ekonomicznego każdy człowiek jest jednakowo zainteresowany i odpowiedzialny, nie ma wybierania lub odrzucania kogokolwiek. Nie chodzi jednak o ślepy konformizm, gdyż następną zasadą jest pluralizm, który uznaje najwyższą wartość każdego człowieka i dlatego dozwala na różnorodność potrzeb i zdolności, które z tym się wiążą. Zasada pełnienia władzy wymaga, aby opat i ci, którym on ją powierzył, wykonywali ją, pamiętając o ostatniej zasadzie – pomocniczości. Oznacza to, że jeżeli ktoś potrafi zrobić coś sam, nie powinien powierzać tego komuś innemu jako „wyższej władzy”. W ten sposób osiągana jest równowaga współzależności i odpowiedzialności, która zapewnia osiągnięcie maksymalnego rozwoju zarówno jednostki, jak i wspólnoty.


Fragment książki Szukanie Boga. Droga św. Benedykta


Esther de Waal, córka anglikańskiego pastora, po studiach historycznych w Cambridge pracowała naukowo w Leicester Uniwersity oraz w Newnham. Po wyjściu za mąż w 1960 r. uczyła w Cambridge i Nottingham. Od kiedy jej mąż został dziekanem, rozpoczęła pracę na Kolegium Teologicznym Lincolna. Po przeprowadzce do Canterbury łączyła obowiązki żony I matki czterech synów z intensywną pracą naukową. Od 1971 r. kierowała pracą studentów na Uniwersytecie Otwartym i uczyła historii w seminarium pastorów w Canterbury. W roku 1982 z grupą Amerykanów rozpoczęła „doświadczenie benedyktyńskie”.


Fot. Jacek Sędkiewicz

(Visited 24 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij