Umieszczony przez 10:10 Duchowość monastyczna

O pewnym kapłanie, który sprawował Boskie obrzędy w niegodny sposób

Chociaż powinien był opamiętać się po tym upadku i jak najszybciej z niego się podnieść, długo zwlekał ze zmianą postępowania, zadowolony z własnego zepsucia.

Podobnie w ziemi teutońskiej w zasadzkę odwiecznego wroga wpadł pewien kapłan, który prowadził, jak się wydawało, pobożne życie i sprawował prawie codziennie święte obrzędy Mszy. Nie będąc dość ostrożnym, powodowany cielesną przyjemnością dostał się w haniebną, ale ukrytą, pułapkę grzechu. Wpadł w nią, przychodząc do pewnej mniszki zrazu pod pozorem odwiedzin, w końcu, uwiedziony ciągłym trwaniem na rozmowie i nieostrożną zażyłością. Chociaż powinien był opamiętać się po tym upadku i jak najszybciej z niego się podnieść, długo zwlekał ze zmianą postępowania, zadowolony z własnego zepsucia. Grzech dodając do grzechu, z grzeszenia uczynił codzienność. Splótł z niego długi sznur, który tym mocniej na sobie zaciskał, im częściej grzeszył. I chociaż nurzał się w błocie występku, nie bał się jednak przystępować do ołtarza Pańskiego, okazując tym samym brak szacunku, i znieważać tajemnice naszego odkupienia, celebrując tak często Mszę. Zapomniawszy o strachu przed Bogiem, nie lękał się tego czynić przez długi czas, dlatego doświadczył na sobie w cudowny sposób gniewu Pana na równi z miłosierdziem. Pokazują to poniższe przykłady.

Skoro zarówno nie zaprzestał dopuszczania się występku, jak i dotykał nieczystymi rękami świętości Bożych, o czym kilka razy była mowa, pewnego dnia zdarzyło się, że kiedy doprowadził zgodnie z porządkiem liturgii całą Mszę aż do przyjmowania świętego Ciała Chrystusa i sam już był gotów do Jego przyjęcia, nagle Ciało i Krew Chrystusa, nie mogąc dłużej znieść tak nieczystego miejsca, zniknęły z rąk, które już prawie Je trzymały. Zakończywszy Mszę jak najszybciej, odszedł w zdziwieniu i osłupieniu od ołtarza. I chociaż rozpoznał w tak wyraźnym znaku niełaskę Pana, którą na siebie ściągnął, chcąc się jednak co do tego upewnić, przystąpił po raz drugi do sprawowania Mszy. Wszystko czynił jak poprzednio i kiedy przyszło do przyjęcia Ciała i Krwi Chrystusa, wszystko jak wcześniej w jednej chwili zniknęło. Tym razem, co jest zrozumiałe, ogarnęła go niemała trwoga i niepokój. Żeby, usunąwszy wszelką wątpliwość, nabrać niezachwianej pewności co do powtarzania się cudu, nie bał się także po raz trzeci doświadczyć tego, co się zdarzyło już dwukrotnie. Uczynił wszystko jak przedtem. Kiedy jednak z większym przejęciem patrzył na to, co stało przed jego oczami, dotykał tego rękami, usta przygotowywał do przyjęcia Ciała Chrystusa, wszystko to nagle zniknęło po raz trzeci, zabrane w niewidzialny sposób sprzed oczu, z rąk i ust. W końcu więc kapłan, poruszony tak oczywistym cudem, zrozumiał, nie mając żadnych wątpliwości, że postępował bardzo źle i że ściągnął na siebie straszny gniew Pana. Odmienił serce i zaczął z zatroskaniem myśleć, jak mógłby wybrnąć z tak wielkiego niebezpieczeństwa.

Wiedząc zatem, że ostatecznym ratunkiem dla grzeszników jest skrucha, ku niej zwrócił się całym sercem. Przyszedł do swojego biskupa i cały we łzach wyjawił mu wszystko, co uczynił i co się wydarzyło. Odbył nałożoną przez niego pokutę tak pobożnie, jak wytrwale, całą siłą ducha. Bo przecież pamiętając słowa Apostoła, poskramiał rozwiązłe zwierzę, to znaczy swoje ciało, postami i czuwaniami, także biczowaniem i różnymi cierpieniami. Ten, który folgując swoim pożądliwościom, został odrzucony, wzgardziwszy nimi w sobie samym, starał się zostać włączony do grona wybranych. Żył przez długi czas w takim umartwieniu ciała i serca, aż spokojniejsze już sumienie skłoniło go do myśli o łasce. Przyszedł do biskupa, oznajmił, co czynił, i poradził się, czy może się odważyć przystąpić do odprawiania Mszy, jak miał to wcześniej w zwyczaju. Ów bojąc się, że nie jest on jeszcze w pełni pojednany z Bogiem, zachęcił go do dalszej pokuty; jeżeli pokaże Bogu godne owoce pokuty, będzie mógł, bardziej oczyszczony i spokojny, przyjmować w odpowiednim czasie sakramenty ołtarza nie dla potępienia, ale dla wiecznego zbawienia. Posłuszny tej zbawiennej radzie, powrócił do przedsięwziętej pokuty. Całą mocą ciała i ducha kołatał do drzwi Bożej miłości. Starał się skruszonym duchem i żałosnym płaczem przemienić gniew Pana w zmiłowanie.

Cóż więcej? Przepędził ponownie szmat czasu na czynieniu pokuty, po czym udał się do biskupa. Wyznawszy mu wszystko na osobności jak ojcu, pokornie błagał o łaskę uczestniczenia w sakramentach. Biskup zgodził się na jego powrót do wykonywania obowiązków kapłańskich. Zarówno bowiem to, co od niego usłyszał, jak i w nim zobaczył, dawało pewność, że przemiana sposobu życia kapłana jest przyjemna Bogu. Tamten, pokładając ufność w dobroci Pana i świadectwie sumienia, starał się je wykonywać już nie z pewnością siebie, lecz z oddaniem. I tak przystąpił do ołtarza, ofiarowując siebie całego Bogu ze łzami i skruchą w sercu. Czyniąc wszystko we właściwy sposób, doszedł do chwili przyjęcia Ciała Chrystusa. I oto wydarzył się nowy cud, o jakim jeszcze w naszych czasach nie słyszano, mianowicie cud trzech hostii ze wspomnianych trzech Mszy. Hostie, które wcześniej zostały zabrane temu, który miał je spożyć, będąc niegodnym, zostały teraz z nieba zwrócone. Pojawiły się na ołtarzu przed tym, który z wyroku Boga stał się już godny ich przyjęcia. A kiedy spojrzał na kielich, zobaczył, że jest napełniony po brzegi krwią, której przybyło tyle, ile ubyło w czasie tamtych Mszy. Zdumiony dziękował Bogu z całą radością wewnętrznego człowieka. Poznając, że pokuta została przyjęta, a majestat Pana przebłagany, upewnił się co do Jego miłosierdzia. Przygotował jedną hostię, a w radosnym uniesieniu przyjął cztery, ale ma się rozumieć, jedno Ciało Chrystusa i Krew. To także opowiedział mi w obecności wielu osób wspomniany już biskup Clermont-Ferrand.


Fragment dzieła O cudach (De miraculis)


Piotr Czcigodny (1092 lub 1094–1156), dziewiąty opat Cluny w latach 1122–1156, jeden z najwybitniejszych kluniackich intelektualistów. W czasie pełnienia urzędu wyprowadził opactwo z podwójnego kryzysu, doprowadzając zarówno do rozwiązania toczących wspólnotę konfliktów wewnętrznych, jak i odnowienia klasztornych obyczajów. Broniąc w licznych pismach tradycji swoich wielkich poprzedników stał się najpełniejszym wyrazicielem dojrzałej kultury i teologii kluniackiej.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment jednej z kaplic w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 393 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij