Umieszczony przez 10:59 Duchowość monastyczna

O przyczynach trudności na modlitwie

O, gdybym mógł poznać, co stoi na przeszkodzie, bym całkowicie oddał się modlitwie! Nie dla próżnej bynajmniej ciekawości, lecz dla pozyskania tej oto korzyści: usunąwszy utrudnienia, powrócić do modlitwy w ten sam spontaniczny sposób, w jaki powraca się do aktów natury zmysłowej przynoszących miłe wrażenia.

Myśl: Dlaczego zdarza się, że dusza znajdując w modlitwie tyle osobistego upodobania, przystępuje do niej z wielką trudnością, a przecież nie tak samo jest z innymi rzeczami, które sprawiają nam przyjemność.

Zastanawiałem się często, z czego wynika fakt, że do wszystkich tych rzeczy, które człowiek kiedyś wykonał z przyjemnością, powraca łatwo i chętnie, przyciągnięty urokiem, któremu uległ; podczas gdy do modlitwy, w której dusza znajduje bez porównania większe zamiłowanie, niż w jakimkolwiek innym ćwiczeniu fizycznym czy duchowym, powraca trudno, ciężko i prawie wbrew swojej woli.

Chciałbym zauważyć, że wszyscy, którzy przynajmniej raz zaznali jakiejś zmysłowej przyjemności, rozkoszy podniebienia czy usłyszeli dźwięk dobrej muzyki lub zobaczyli coś godnego podziwu, chociaż z czasem osłabnie siła fascynacji, to jednak z łatwością są ponownie pociągani do jej przedmiotu jakimś niezatartym wspomnieniem albo niezwykłym wrażeniem doznanym przy tej okazji.

Do modlitwy natomiast – zdolnej przysporzyć tyle rozkoszy i przy tym wznieść umysł tak bardzo blisko Boga, iż zaczyna się smakować rzeczy Boże, przerastające jakąkolwiek cielesną przyjemność – nawet po tym, gdy już spróbuje się raz czy więcej razy tej przyjemności, nie powraca się łatwo i chętnie (jak do innych rzeczy, które sprawiły nam przyjemność), ale z tak wielką uciążliwością i z niechęcią – i to nie tyle fizyczną, lecz wręcz duchową – że (jeśli mogę mówić o sobie samym) wyznaję, iż do spożywania posiłków – ze względu na przyjemność, której od czasu do czasu doświadcza dusza dzięki takiej czynności – przystępuję tak łatwo i niemal naturalnie (mimo że nie jestem zmuszony ani głodem, ani obecnością pokarmów), iż zaczynam jeść, nawet nie myśląc o tym, ani nie zdając sobie z tego sprawy.

Ale, jak mówiłem, do modlitwy, do aktu, w którym (poprzez miłosierdzie mojego najdroższego Jezusa Chrystusa Pana) niejednokrotnie czułem radość tak wielką i nieporównywalną z wszystkimi rozkoszami, jakich kiedykolwiek doznałem – albo z takimi, które, jak sądzę, można zaznać – wracam z tak wielkim trudem, że jeżeli się nie pobudzę, nie wysilę i siebie nie przymuszę, wydaje mi się, że nie będę już mógł do niej powrócić; i to mimo tego, że jestem pewien – z własnego doświadczenia – iż nawet najmniejsza satysfakcja płynąca z modlitwy napawa głębszą rozkoszą, niż wszystkie możliwe cielesne i zmysłowe przyjemności, jakich kiedykolwiek doświadczyłem.

O, gdybym mógł poznać, co stoi na przeszkodzie, bym całkowicie oddał się modlitwie! Nie dla próżnej bynajmniej ciekawości, lecz dla pozyskania tej oto korzyści: usunąwszy utrudnienia, powrócić do modlitwy w ten sam spontaniczny sposób, w jaki powraca się do aktów natury zmysłowej przynoszących miłe wrażenia.

Zbadawszy powyższe problemy, ustaliłem różne powody takiego stanu rzeczy i sądzę, że to właśnie one – albo wszystkie razem, albo któryś z nich – są przyczyną tej osobliwości.

Otóż wydaje mi się, że jako iż ciało jest substancją – by tak rzec alegorycznie – nieokrzesaną i nadto materią grubiańską i surową zaś dusza – wręcz przeciwnie – reprezentuje substancję szlachetną, subtelną i delikatną, nie należy się więc dziwić, że dusza stosunkowo łatwiej przyswaja wrażenia, uczucia i przyjemności pochodzące od ciała, niż ciało gotowe jest asymilować wrażenia pochodzenia duchowego. Ponieważ przyjemne doznania rodzą się w ciele, stąd też bez napotykania trudności wdzierają się do duszy, ona zaś, pozostając pod ich miłym wrażeniem, akceptuje je, jak by była już w ich posiadaniu, czyli bez sprzeciwu przystaje na to, by ciało dzieliło się z nią swoimi rozkoszami.

Natomiast ze względu na to, iż przyjemności płynące z modlitwy rodzą się w duszy, czyli w części najbardziej odległej pod względem natury od ciała – materii twardej i tępej – nie jest ono w stanie swobodnie doznawać wrażeń, które są udziałem duszy; i dlatego kiedy dusza rozmiłowana w rozkoszy zaczerpniętej na modlitwie chciałaby do niej powrócić, ciało – nie zaznajomione ze smakiem takiej przyjemności – nie zgadza się z duszą, gdyż chodzi o działanie, co do którego ciało i dusza są sprzeczne; z tego powodu dusza łatwiej powraca do ubaw cielesnych i zmysłowych, ponieważ nie sprzeciwia się temu ciało, podczas gdy ma trudności z powrotem do radości nadziemskiej modlitwy właśnie przez opór stawiany jej przez ciało.

Z tego powodu – posłużmy się tu obrazowym porównaniem – zobaczymy, że kiedy wola [dusza] pragnie zejść z góry, dokonujemy tej czynności bez trudności, gdyż natura ciała, które jest ciężkie, jest w harmonii z zamiarem woli; lecz gdy nasze pragnienie skłania się do wejścia pod górę, ciało z racji na swój ciężar pozostaje zdecydowanie przeciwne woli i dlatego wspinamy się ociężale i niezbędne jest, żeby dusza zmuszała ciało; i ten przymus, w jakiejkolwiek formie by się przejawiał, przysparza duszy przykrości, gdyż cierpi, znajdując się w opozycji do ciała.

Dlatego w czasie modlitwy, z tej przyczyny, że dusza zmuszona jest do wywierania silnego nacisku na ciało, rodzi się tak wielka przykrość zarówno dla ciała, jak i dla duszy, że oboje uciekają od radości, której doświadcza się później w czasie modlitwy, gdyż ta przyjemność związana jest z przykrym doznaniem.

Nie inaczej jest w przypadku osoby, która dobrze wie o tym, że gorzkie lekarstwo wybawi ją z choroby; i chociaż pragnie odzyskać zdrowie – które jest jej wielce miłe – z powodu goryczy leczniczego napoju przyjmuje go nie z przyjemnością, ale z wielką odrazą. Zakosztowanie jego goryczy pogrążyło w smutku nie tylko ciało, ale i duszę, która niezwykle łatwo poznała nieprzyjemny smak doświadczony przez zmysły i z tej przyczyny cierpi wielkie udręki.

Dlatego, mimo że dusza przywabiona wyjątkowością i wspomnieniami przyjemności, jakie odczuwała w czasie modlitwy, gotowa jest do niej powrócić, to jednak dla ciała ten akt stanowi pewną formę przemocy, prawie – jak przy umieraniu – odłączenie się od niego duszy, więc ta z przykrością wspomina smutek i przemoc, jakie znosi ciało – z którym jest przecież zjednoczona – jak również i inne gwałtowne jego odczucia. A dusza, która odbiera takie odczucie – bolesne nie tylko dla ciała, ale również dla niej samej, a które poprzedza akt modlitwy – w sposób silniejszy niż wspomnienie o przyjemności, sprzeciwia się samej sobie; i uciekając od tego smutku, który poprzedza modlitwę, rezygnuje z przyjemności, którą znalazłaby w jej podjęciu.

Podobnie bywa, gdy ktoś – przeciwnie – odmawia sobie przyjemności z uwagi na wywoływane później przez nią niepożądane efekty. Pocieranie zagojonej już prawie rany wywołuje miłe swędzenie; lecz zdając sobie sprawę, że następstwem tego będzie znoszenie bólu, bo rozjątrzona blizna przestanie się goić, powstrzymuje się od jej drażnienia, by nie ponieść z tego powodu bolesnych konsekwencji. Ilu jest takich, którzy chętnie spożywają miód, dlatego że jest słodki; lecz na skutek nieprzyjemnego bólu, jaki powoduje w żołądku, rezygnują z teraźniejszej przyjemności, żeby później uniknąć bólu!

Mówię zatem, że, dla przeciwieństwa, dusza z powodu obecnego smutku – który jest odczuwany głównie przez ciało, a skutkiem tego również przez duszę – wynikającego z rozłąki z ciałem – a to jest właśnie ten smutek, którzy poprzedza akt modlitwy – ucieka od niej, choć jest przekonana, iż mieści się w tym akcie pełnia rozkoszy; a większą ma nad duszą władzę aktualny smutek, jakkolwiek nieznaczny, niż istniejąca w wyobraźni przyszła radość, jakkolwiek znacznie większa.

Należy w tym miejscu dodać, że skłonność do przyjemności cielesnych i duchowych jest w pełni naturalna i rzeczy, które są zgodne z naturą, łatwo jest wykonać bez sprzeciwu ze strony tak ciała, jak i duszy. Natomiast przyjemne poruszenia duchowe wywołane przez modlitwę odbiegają tak znacznie od zjawisk natury, że – nie mówię: są przeciw naturze – ale na wskroś je przerastają; ponieważ takich działań (aktów) dusza nie może podjąć własnymi siłami, musi zostać pociągnięta szczególnym darem Bożym. A ponieważ działań przeciw naturze lub przerastających ją ani ciało, ani dusza, same, o własnych siłach nie zdołają dokonywać, zakłada się, że takie działanie jest prawie przemocą, słusznie określone pojęciem: „ciągnięcie”; stąd trudne bywa do kontynuowania i związane jest z udręką; choć doprowadzone ostatecznie do skutku napawa najwyższą rozkoszą.

Oprócz tego wszystkiego uważam, że zasadniczą przyczynę tego rodzaju trudności stanowi przede wszystkim brak koniecznych ćwiczeń. Wiem doskonale, że takie praktyki, choć łatwe, okazują się uciążliwe dla tych, którzy nie są w nich zaprawieni, a każda rzecz, jak by nie była trudna, ukazuje się łatwą i przyjemną dla tych, którzy są w niej dobrze wyćwiczeni i z nią oswojeni.

Osobiście spędzam cały dzień na czytaniu i pisaniu i czynię to nie tylko bez jakiegokolwiek znużenia, ale wręcz z zamiłowaniem, bo jestem do tego wdrożony i weszło mi to w nawyk; osobie zaś nie mającej w tym zajęciu żadnego obeznania wydawałaby się ona bardzo dziwna i nie do zaakceptowania.

Z namiętnościami cielesnymi mamy bezustannie do czynienia na co dzień, jesteśmy z nimi zżyci, rozpalają się przeto w nas bez przeszkód, podczas gdy w czynnościach duchowych, do jakich należy modlitwa, zaprawieni jesteśmy bardzo niedoskonale, wobec tego rozbudzają się w nas z wysiłkiem. Jedna z sentencji pogańskich filozofów głosi, że człowiek powinien obrać drogę doskonałą, nawet gdy jest ona trudna, bo korzystanie z niej uczyni ją łatwą i obfitującą w słodycz.

Twierdzę z pewnością: omawiana tu trudność, w jakiejkolwiek formie by się objawiła, jakąkolwiek przyczyną byłaby wywołana, nie może zostać pokonana przez żaden inny potężny, niezawodny i zbawienny środek, jak tylko przez ustawiczne odbywanie ćwiczeń, intensywnych i ciągłych tych czynności; gdyż takie zabiegi sprawią, że dusza nabierze ochoty do nich, a w ślad za nią także ciało. Ten akt przymusu czy też przerastający naturę dzięki ćwiczeniom stanie się jakby wrodzony, a przyjemność – nie tylko ta oczekiwana, ale także obecna – doświadczana w sposób częstszy przyciąga nas z większą siłą i zmniejsza uczucie smutku, jaki odczuwa się w trakcie dochodzenia do celu.

Dlatego – żeby podsumować mój wywód – mówię, że żadna rzecz nie stawia nam większego oporu i nie utrudnia ćwiczeń duchowych i umysłowych – i przede wszystkim świętej modlitwy – jak brak ćwiczenia; jednocześnie żadna rzecz nie czyni nas bardziej skłonnymi i gotowymi do takiego działania jak ciągłe ćwiczenie.

Otóż, kto pragnie modlić się bez przeszkód, niech modli się ustawicznie. Kto pragnie zakosztować słodyczy na modlitwie, niech do niej nawyknie częstymi i długimi praktykami, a ona stanie się dla niego łatwa i znajdzie w niej upodobanie. Ale nie należy się dziwić, że dla tych, którzy modlą się rzadko – jak ja – trudne i męczące jest oddawanie się modlitwie z powodu powyższych utrudnień i przede wszystkim dlatego, że niedostatek koniecznych ćwiczeń, w jakiejkolwiek rzeczy, rodzi zawsze opór i przeciwności.

Jeśli wszystko to wprowadzone zostanie w czyn przeze mnie, który to napisałem, albo przez innych, którzy to przeczytają, okaże się może, że podjęte tu przeze mnie wysiłki zostały poczynione nie dla próżnej ciekawości i nie będą bezużyteczne, ale przyniosą korzyść i pewną przyjemność; ponieważ mając świadomość, że tego typu trudność rodzi się zasadniczo z powodu braku ćwiczeń w modlitwie, będzie się w niej ćwiczyć, aby, często ją praktykując, można było już bez trudności do niej przystępować, bo jest ona pełnią wesela. Nie dlatego, by celem modlitwy była przyjemność, jakiej się doznaje, ale dlatego, by ta przyjemność mogła być środkiem, aby wznosić się wyżej do Boga, węzłem, by silniej związać się z miłością Bożą, sprowadzając zawsze każdą rzecz do Jego chwały. Koniec.


Fragment publikacji Pisma, tom 2. Rozważania o modlitwie i o miłości Boga


Bł. Paweł Giustiniani (1476–1528). Humanista, wykształcony na Uniwersytecie w Padwie, głęboko przepojony doktryną stoików, wyrzekł się przyjemności cielesnych, aby zwracać się coraz bardziej ku Bogu. W roku 1510 wstąpił do eremu Camaldoli. Świeżo po złożeniu ślubów, przyszło mu reformować cały zakon kamedulski. W 1520 r. opuścił Camaldoli, podjąć życie jeszcze bardziej samotnicze. Wnet dołączyli do niego uczniowie, z którymi założył Towarzystwo Eremitów św. Romualda, które do dziś istnieje pod nazwą Kongregacji Eremitów Kamedułów Góry Koronnej.

(Visited 461 times, 1 visits today)


Chcesz być na bieżąco z najnowszymi artykułami, informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia" oraz nowościami wydawniczymi? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij