Umieszczony przez 11:23 Małgorzata Borkowska OSB wyjaśnia...

Przykład Pana posłusznego

Niektórzy usiłują z Chrystusa zrobić rewolucjonistę. To jest tak, jakby próbować zredukować wieloryba do szprotki; to jest po prostu nie z tej klasy. On miał o wiele ważniejsze zadanie niż porządkowanie politycznych ustrojów ludzkich.

Skoro nam samym potrzebne jest rozczłonkowanie treści naszego nawrócenia na kolejno rozważane aspekty, poszukajmy tych aspektów także w przykładzie Pana. Otóż mamy w Ewangeliach przede wszystkim obfite uzasadnienie obrazu Jezusa posłusznego i to się zaczyna wedle intuicji autora Listu do Hebrajczyków od samego Wcielenia: Oto idę, żebym pełnił wolę Twoją (Hbr 10,7) Potem mamy świadectwo dziecka, to znaczy kiedy trzynastoletni Jezus mówi, że musi być w tym co należy do jego Ojca; w domu Ojca, w interesach Ojca, w sprawach Ojca, w działaniu Ojca musi On być (por. Łk 2,49). Widzimy cały czas, przez wszystkie kolejne wydarzenia i nauki, że dla Niego nie ma nic ważniejszego niż właśnie pełnienie dzieła Ojca. Ja mam pokarm, mówi, którego wy nie znacie. – Czyżby mu ktoś coś przyniósł do jedzenia? Oni poszli kupić chleba, a On, okazuje się, już się najadł? Nie: On mówi o czymś zupełnie innym (J 4,32–33). Dla niego pełnie woli Ojca jest tak ważne, jak dla ciała pokarm. On by po prostu inaczej nie mógł żyć, On musi nieść ludziom słowo Ojca, nieść im poznanie Ojca, On musi spełniać dzieła Ojca, a jednocześnie traktuje całe swoje życie jako przykład: Aby świat wiedział, że ja miłuję Ojca. W rezultacie od swojego człowieczeństwa żąda – no, nie powiemy „za wiele”, skoro spełnił to, czego zażądał; ale już blisko granicy sił. To widać w scenie w Ogrójcu, kiedy On sam przecież pragnie złożyć z siebie ofiarę, On sam jako Syn Boży jest autorem tej idei, współautorem tej idei, ale jednocześnie jako człowiek dochodzi do granicy swoich możliwości. Niemniej chodzi Mu o to, żeby nie stawiać intencjonalnych granic swojej pełni wyboru. Posłuszeństwo Jezusa względem Ojca płynie z miłości tak głębokiej, tak pełnej, że ona właściwie jest istotą jego życia; i z wyboru tej miłości, wyboru Ojca tak pełnego, że nic nie może temu wyborowi stanąć na przeszkodzie. On raduje się tym, co Ojciec działa, swoją radość czerpie z tego, jak Ojciec działa: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi (Łk 10,21).

Oczywiście nasze posłuszeństwo, kiedy my nie mamy kontaktu wprost z Ojcem, kształtuje się nieco w innych warunkach. Tu jest ta jakby przegroda, przewodnik (w sensie elektrycznego przewodnika); i ten przewodnik pomiędzy nadającym swoją wolę Ojcem a nami jest ludzki: to drugi człowiek. A będąc ludzki, ma wszelkie możliwe prawa ludzkie, w tym także prawo do błędu, prawo do jakiejś wady, prawo do nieradzenia sobie samemu ze sobą. Tu jest ryzyko, które podejmuje człowiek śmiertelny, każdy człowiek, kiedy chce naśladować Pana w jego posłuszeństwie. To ryzyko jest konieczne, dlatego że Bóg tak stworzył świat, że my nie mamy zmysłu, który by nam pozwalał komunikować się z Bogiem bezpośrednio, takiej gorącej linii; nie mamy, nie została nam dana. Sam Jezus przyszedł do nas i mówił nam ludzkimi słowami, używając pojęć, które wszystkie (jak cały język ludzki i całe myślenie ludzkie), wszystkie płyną z doświadczenia ziemskiego. Czasem myślę, że to tłumaczenie z języka Bożego na język ludzki, nie powiem, że było dla Niego trudne, bo dla Niego nic w końcu nie jest trudne, ale wymagało pewnego jakby poświęcenia. Bo my możemy mówić „ofiara” i coś przez to rozumiemy, ale to nie jest dla nas jednocześnie ten cały pęd do dania siebie i wszystkiego swojego, ten pęd, który w Starym Porządku wyrażał się prawem, przepisem o ofierze pierworodnych (i o konieczności ich wykupywania, bo przecież jednak muszą żyć). Ale jest ta ofiara pierworodnych, i jest składanie ofiar Bogu ze swojego majątku, ze wszystkiego. Bo taki pierworodny musiał jednak pamiętać, że został Bogu ofiarowany i wprawdzie z łaski Bożej wykupiony, ale faktycznie to on się Bogu należy. Nie żeby go natychmiast zabijać, albo żeby sam miał się zabijać, ale jest jednak własnością Bożą, nawet więcej niż kto inny. I to wszystko w Starym Prawie rozjaśniało się pomału, i prowadziło jedno do drugiego, aż w końcu dostajemy u Izajasza tekst o ofierze Sługi Jahwe (Iz 52,13–53,12); tekst zresztą całkowicie zignorowany przez wszystkich późniejszych autorów biblijnych Starego Testamentu: odkryją go dopiero Ewangeliści, bo dla mędrców i proroków był zbyt inny, zbyt trudny dla ich pojęć o Bogu. A jednak i w nim są zwyczajne, ludzkie słowa. „Sługa”: każdy wie, co to jest sługa. „Cierpienie”: każdy wie, co to jest cierpienie. Ale już „zwycięstwo” – jak je zrozumiale przedstawić? Może przez „ujrzy potomstwo”: to jest na pewno wielkie zwycięstwo dla ówczesnego Izraelity, który uważałby się za przeklętego, gdyby umarł bezpotomnie. Skoro więc jakoś trzeba pokazać to zwycięstwo, mówi Izajasz, że „ujrzy potomstwo”. I że „przedłuży dni swoje”: tak, to też jest wielkie zwycięstwo dla ludzi, którzy uważali, że życie kończy się ze śmiercią, i koniec, nie ma nic dalej. Dopiero później narastało przekonanie, że jednak jest coś dalej, coś poza jakimś nieokreślonym bytowaniem w Szeolu, o którym lepiej w ogóle nawet i nie myśleć. Ale to dopiero znajdziemy w tych najpóźniejszych księgach, jak mądrościowe i Druga Machabejska.

Więc Boże treści muszą być wyrażane ludzkimi słowami, ludzkimi pojęciami, bo nie dano nam języka anielskiego, to znaczy języka, który by był dla nas zrozumiały, a zarazem operował pojęciami takimi, jakimi operuje Bóg, albo choćby aniołowie. Prawda, że był taki pomysł, jeszcze na pustyni egipskiej, że mnisi usiłowali stworzyć nowy język i to miał być właśnie język aniołów. Ale nie bardzo to wychodziło, a ponieważ byli w większości analfabetami, więc nawet nie zapisali tych prób, i pomysł w ten sposób upadł. Zresztą byłby to i tak jeden więcej ludzki domysł, a nie żadne objawienie. Zauważmy, że ilekroć się zjawia jakiś prawdziwy mistyk w Kościele, to jest mu bardzo trudno cokolwiek ze swoich doświadczeń innym przekazać. On ma swoje przekonania; ale kiedy zacznie tłumaczyć to, co zrozumiał, na język ludzki, ma wielkie trudności, żeby to zmieścić w pojęciach, którymi ludzie się posługują. W końcu czerpie najczęściej z obiegowych obrazów po prostu.

Cały ten ekskurs był po to, żeby wrócić teraz do sprawy naszego posłuszeństwa, które, jak wszystko w naszym życiu, musi się odbywać w warunkach ludzkiej, stworzonej, psychofizycznej rzeczywistości. Dlatego musimy podjąć to ryzyko, że nasze posłuszeństwo będzie szło przez filtry; to znaczy, zlecenie Boże będzie do nas szło przez filtry, i że nie zawsze dojdzie czyste. Tu są różne niebezpieczeństwa dodatkowe. Nie wolno pomylić filtru, przewodnika, tego drutu, że tak powiem, z nadawcą: a to się zdarza, jeżeli komuś w zakonie przyjdzie do głowy uprawiać kult przełożonego, albo jeszcze (nie daj Boże) jeżeli przełożonemu przyjdzie chętka robić z siebie przedmiot kultu. To jest typowa pomyłka logiczna, umysłowa, ale błąd umysłu bywa źródłem tragicznych pomyłek życiowych. Z drugiej strony nie można też odrzucać przewodnika, tak żeby się próbować obyć bez niego. Sam Chrystus nam to pokazał. On posłuszny Ojcu, a mający do Niego cały czas kontakt stały, mimo to był posłuszny ludzkim nakazom, ludzkim prawom, ludzkim władzom nawet.

Niektórzy usiłują z Chrystusa zrobić rewolucjonistę. To jest tak, jakby próbować zredukować wieloryba do szprotki; to jest po prostu nie z tej klasy. On miał o wiele ważniejsze zadanie niż porządkowanie politycznych ustrojów ludzkich. Panie powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem… – A któż mnie ustanowił sędzią i rozjemcą nad wami? (Łk 12,13–14). On tu nie przyszedł robić porządek społeczny, On przyszedł, by robić porządek duchowy, z którego to porządku dopiero może wypłynąć prawdziwy porządek społeczny, ale jeżeli nie wypłynie, to i tak żadną inną drogą się go na trwałe nie ustali. Dobre wysiłki, dobrzy ludzie mogą tu i tam stworzyć na jakiś czas, jakieś mniej lub więcej sprawiedliwe społeczeństwo, chociaż i tak zawsze będą ludzie, którzy znajdą się akurat w pozycji ofiary: jak nie jedni, to drudzy. Ale prawdziwy, wielki ład, trwały ład to nie jest ład osiągany społecznymi środkami, przy pomocy walki klas albo walki partii, jakiejś agitacji i tak dalej; to jest ład wewnętrzny, duchowy. Królestwo Boże jest w was (Łk 17,21b); i jeżeli to Królestwo Boże, które jest w nas, nie objawi się poprzez nas, to żadnego uczciwego królestwa na tym świecie nie skonstruujemy.

Więc jak mówię, to jest ryzyko, które my musimy podjąć. Oczywiście zdarza się, że trzeba jakiemuś tyranowi powiedzieć stop; oczywiście jeżeli się znajdzie ktoś tak śmiały, że powie, i jeżeli ten tyran nie wyeliminował ze swego otoczenia wszystkich takich, którzy by mu to mogli powiedzieć; bo w takim razie razem z całym swoim władztwem pędzi na zgubę. Ale powiedzmy: może istnieć potrzeba, ale rzecz w tym, że trzeba umieć rozpoznać potrzebę rzeczywistą, a nie zaliczać do takich każdej naszej prywatnej urazy, co też się zdarza. Kto nam to ma powiedzieć? Sumienie; sumienia, jasnego i dobrze urobionego, nic nie zastąpi. Poza przykazaniami Bożymi nic nie jest tak powiedziane – oprócz jednej rzeczy, oprócz miłości do Ojca – nie jest nic tak powiedziane, żeby było zawsze wiadomo, że tylko tak a nie inaczej za każdym razem trzeba zrobić. W ramach miłości do Ojca mogą być wybory, jak postąpić. Nie wszystko jest na tym świecie, mnogim i bardzo, bardzo rozczłonkowanym na szczególiki, nie wszystko jest zawsze jasne. Niemniej to ryzyko my musimy podjąć w imię właśnie naszego posłuszeństwa i to nie jest jakaś straszna ostateczność, konieczna tylko dlatego, że się nam nie udało inaczej: to jest nasz przyrodzony świat, i tak ten świat jest skonstruowany, że my w takim właśnie mamy żyć i taki właśnie świat ma przez nas służyć Panu i wielbić Ojca.


Fragment książki Nasze śluby


Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora honoris causa. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment polichromii z kaplicy Opactwa Benedyktynów w Tyńcu. Autor polichromii: Michał Szwarc.

(Visited 326 times, 1 visits today)


Chcesz być na bieżąco z najnowszymi artykułami, informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia" oraz nowościami wydawniczymi? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.

Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij