Umieszczony przez 10:00 Święty Benedykt i jego Reguła

Stać przed obliczem Pana Boga. O dwunastym stopniu pokory

Dwunasty stopień pokazuje na zewnątrz, to co jest w środku – wisienka na torcie. Z drugiej strony, konstrukcja tej dziwnej drabiny jest taka, żebyśmy zdali sobie sprawę z tego, że już na początku, czyli w tym doświadczeniu wiary, o którym mówi pierwszy stopień, mamy wszystko.

Jeżeli mnich nie tylko w sercu, ale także w samej postawie okazuje zawsze pokorę oczom ludzi, a mianowicie w czasie Służby Bożej, w oratorium, w klasztorze, w ogrodzie, w podróży, na polu, czy gdziekolwiek indziej, bez względu na to, czy siedzi, chodzi, czy też stoi, zawsze niech ma spuszczoną głowę i oczy skierowane ku ziemi. Czuje się bowiem w każdej chwili winnym grzechów swoich i uważa, że już staje przed straszliwym Sądem. Powtarza też sobie zawsze w sercu to, co mówił ze spuszczonymi ku ziemi oczami ów ewangeliczny celnik: Panie, ja grzeszny, nie jestem godzien podnieść oczu moich ku niebu; a także z Prorokiem: Schylony jestem i poniżony ciągle (Ps 38[37],7–9; Ps 119[118],107) (RB 7,62–66).

Dwunasty stopień pokory, w pewnym sensie, pokrywa się ze stopniem pierwszym, który św. Benedykt utożsamiał przede wszystkim z życiem w Bożej obecności, z modlitwą nieustanną, z bardzo głęboką wiarą. Istota dwunastego stopnia polega na tym, że człowiek już w tej chwili uważa, że jest przed Bożym Sądem, czyli że stoi przed obliczem Pana Boga. Pierwszy stopień może był bardziej ogólny, natomiast tu jest konkretnie: moment spotkania z Chrystusem-Sędzią następuje teraz, w mojej codzienności.

Co możemy jeszcze powiedzieć o dwunastym stopniu pokory? Po pierwsze, bardzo często możemy mieć taką pokusę, żeby od tego stopnia zaczynać nasz rozwój duchowy. Skupiamy się na zewnętrznych gestach: oczy spuszczone, myślenie i mówienie o sobie źle… Zwróćmy uwagę, że Benedykt pokazuje to jako pewnego rodzaju finał biegu. Człowiek na jakimś etapie dochodzi do takiej dojrzałości, że właśnie w taki sposób zaczyna się zachowywać. Wynika to raczej z wewnętrznej potrzeby serca, a nie zewnętrznych norm. Ciało automatycznie pokazuje to, co jest w środku, a nie my rozkazujemy ciału, żeby pokazywało to czego w środku nie ma.

Są takie osoby, które zdawałoby się nic wielkiego nie robią, a jednak czujemy, że w sercu tego człowieka jest wielka świętość. W Znaku Jonasza albo w Siedmiopiętrowej górze Merton opisuje śmierć pewnego brata konwersa, który umarł w takiej właśnie opinii świętości. Merton pisał, że poszedł do opata i zapytał go, gdzie tkwi jego tajemnica? A opat powiedział, że ten brat był cały dla braci, cały dla wspólnoty, że jak się go wysyłało na pasienie krów, to nie dość, że krowy napasł, to jeszcze wracał z wiadrami pełnymi malin. Kiedy go ktoś o coś prosił, to nigdy nie odmawiał, tylko zawsze pomagał. Zwyczajne codzienne życie, zwyczajna codzienna dobroć, ona nas do Pana Boga najbardziej upodabnia. To jest pierwsza rzecz.

Dwunasty stopień pokazuje na zewnątrz, to co jest w środku – wisienka na torcie. Z drugiej strony, konstrukcja tej dziwnej drabiny jest taka, żebyśmy zdali sobie sprawę z tego, że już na początku, czyli w tym doświadczeniu wiary, o którym mówi pierwszy stopień, mamy wszystko. Pan Bóg nie czeka ze swoimi darami, tylko zostawia je w formie „nasionka”, które dopiero musi wykiełkować, ale to wszystko już w nas jest.

To, co w tym tekście może nas zastanawiać, a może nawet i przerażać, to sprawa związana z sądem: „czuje się winnym grzechów i wie, że staje przed straszliwym sądem”. Sąd Boży może nas przerażać, to prawda. Mówiłem już o apoftegmacie, w którym pewien brat wyrzekał się stu solidów. Na koniec mistrz powiedział do niego, że on się modli, aby dach celi, w której sam mieszka, jak najszybciej zawalił się na niego. Zapytamy: po co? Właśnie po to, by stanąć przed Bożym Sądem. W języku greckim krisis oznacza „podział”, nie tylko sąd. Sąd to rozdzielenie dobra od zła, ostateczne wyzwolenie. Mamy taki trening przed sądem, kiedy robimy rachunek sumienia lub kiedy się spowiadamy. Próbujemy wtedy rozdzielić zło od dobra w naszym życiu. Oceniamy czyny, myśli, pragnienia, potem porządkujemy je, żeby w przyszłości do zła nie wracać. Wiemy, że średnio nam to wychodzi, bo spowiadamy się w kółko z tego samego. Czasami nie jesteśmy w stanie rozgraniczyć czy nazwać rzeczy po imieniu, nie potrafimy się ostatecznie odciąć. Sąd Boży to będzie cięcie toporem, zostaniemy uwolnieni ostatecznie od zła. To, co nas dręczyło, z czym nie radziliśmy sobie całe życie, wreszcie zostanie usunięte i będziemy wyzwoleni ostatecznie, czego zapowiedzią jest sakrament pokuty. Patrząc na to w taki sposób, sąd rzeczywiście może się jawić jako coś upragnionego: „Niech wreszcie to się stanie, niech Chrystus-Sędzia przyjdzie! Chrystus Król niech wreszcie mnie uwolni, bo ja całe życie próbuję, próbuję i nie udaje mi się. Wiem jednak, że kiedy On przyjdzie, ostatecznie oddzieli mnie od tego, co złe!”.

Przypominamy sobie św. Pawła, kiedy do Koryntian pisze z dumą: Pan jest moim sędzią (1 Kor 4,4). Właśnie nie ludzie, którzy nie rozumieją, nie wiedzą, nie znają do końca naszych motywacji, tylko Bóg, który zna nas dogłębnie, nawet lepiej niż my samych siebie i dokładnie wie, dlaczego postępujemy tak a nie inaczej. Zna nasz charakter, zna wszystkie nasze dobre i złe pragnienia i przez swój sąd potrafi dźwignąć do góry to, co dobre i zniszczyć to, co złe, aby człowiek był naprawdę sobą. Dwunasty stopień pokory mówi nam również o bardzo głębokim pokoju. W rozdziale 4. znajdziemy narzędzie, które koresponduje z dwunastym stopniem pokory: „swoje dawne grzechy codziennie na modlitwie ze łzami wyznawać Bogu, a na przyszłość poprawić się z tych grzechów”. Święty Augustyn powiada, że tym, którzy kochają Boga, wszystko dopomaga ku dobremu. Wszystko, nawet grzech. Ostatecznie, jeśli człowiek rzeczywiście Pana Boga miłuje, to nawet przyzywanie w skrusze mojej złej przeszłości może być momentem, kiedy mocniej zwrócę się ku miłosierdziu Boga.

Ten stopień również jest opatrzony odpowiednią ikoną biblijną, a jest nią przypowieść o faryzeuszu i celniku, którzy przyszli do świątyni, aby się modlić (zob. Łk 18,9–14). Święty Benedykt kończy opis dwunastu stopni właśnie tym obrazem, żeby swoim uczniom, swoim uczennicom, pozostawić przypomnienie, że w życiu klasztornym mamy do wyboru dwie drogi: pierwsza ta droga celnika, a druga to droga faryzeusza. Droga faryzeusza to droga człowieka, który ufa własnym czynom, który zawsze mówi: „Inni to robią, to dlaczego ja mam tego nie robić?”. Wiemy dobrze, że czasami mamy pokusy, żeby powiedzieć, że tylko nas się upomina, a inni robią gorsze rzeczy. Tymczasem celnik jest skupiony przede wszystkim na Panu Bogu, nie na słabościach innych ludzi. Jest świadomy, że zrobił dużo złego, ale nie traci ufności w Boże miłosierdzie. Ta postawa ma nam przypomnieć, że usprawiedliwieniem naszego życia nie są złe czyny innych ludzi, ale Krew Chrystusa za nas przelana. Jeśli mamy tendencję do usprawiedliwiania naszego niedbalstwa tym, że inni też są niedbali, to jest to bardzo smutne, w żadnym wypadku nie przypomina to chrześcijaństwa ani monastycyzmu. Tym bardziej, że dwunasty stopień pokory akcentuje to, że przed Panem Bogiem każdy stanie sam i będzie odpowiadał za swoje życie, nie za życie innych ludzi, tylko za swoje własne. W związku z tym trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Boże miłosierdzie nas wspiera, ufamy w to i tak dokładnie jest, ale jeśli szukamy pomocy, ratunku, usprawiedliwienia, radości, to przede wszystkim w ofierze Chrystusa, a nie w tym, że inni ludzie też są źli. Oby celnik był zawsze nam bliższy niż faryzeusz!

W ten sposób kończymy naszą podróż po drabinie, która przypomina koło. Zaczynamy naszą pracę od początku, czyli od praktyki głębokiej wiary. Chciałem polecić bardzo piękną książkę, wydaną już ponad 20 lat temu w naszym wydawnictwie, jaką są Gliniane naczynia Gabriela Bunge. Ta książka opowiada przede wszystkim o praktyce wiary, czyli o pierwszym stopniu pokory. Bunge mówi, że wiara dziś zamiera, bo nie jest praktykowana, a podstawową formą praktyki wiary jest życie wewnętrzne, życie modlitwy. Wychodząc od pism naszych Ojców, zwłaszcza Ojców egipskich, ale nie tylko, wykłada po kolei podstawowe gesty modlitewne, podstawowe praktyki modlitewne. Jest to rodzaj elementarza, słownika. Kiedy człowiek go przeczyta, to lepiej też będzie rozumiał różnego rodzaju teksty źródłowe. Warto się z nią zapoznać, żeby zobaczyć, jak ważna jest praktyka wiary, a ona prowadzi nas do prawdy o nas samych i o Panu Bogu, czyli do tego, co św. Benedykt w swojej Regule określił mianem pokory.


Fragment książki Fundamenty duchowości benedyktyńskiej


Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Wykłada w Kolegium Teologiczno-Filozoficznym oo. Dominikanów. Autor książki na temat ośmiu duchów zła Pomiędzy grzechem a myślą oraz o praktyce modlitwy nieustannej Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment mozaiki ceramicznej przedstawiający „Maiestas Domini” z kaplicy w opactwie tynieckim. Wykonanie: Borys Kotowski OSB.

(Visited 817 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.
Zamknij