Umieszczony przez 12:10 Święty Benedykt i jego Reguła

Uwagi mniszki #2 O małomówności

Człowiek gadatliwy jest po prostu przekonany, że Bóg mu dał usta po to, żeby mówił. Zapomina, że Bóg dał mu także rozum, żeby wiedział, co warto i trzeba powiedzieć, a czego nie. Człowiek gadatliwy uważa, że cokolwiek mu na myśl przyszło, to i na głos można i trzeba wypowiedzieć…

Postępujmy tak, jak mówi Prorok: Rzekłem: Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem; nałożyłem wędzidło na usta, oniemiałem w pokorze i powstrzymałem się nawet od [mów] dobrych (Ps 38,2–3 Wlg). W ten sposób chce nam Prorok wskazać, że jeśli powinniśmy się niekiedy powstrzymywać od mówienia rzeczy dobrych ze względu na milczenie, tym bardziej musimy unikać mówienia złych rzeczy z obawy przed karą za grzechy / Reguła św. Benedykta, rozdział 6

Człowiek gadatliwy jest po prostu przekonany, że Bóg mu dał usta po to, żeby mówił. Zapomina, że Bóg dał mu także rozum, żeby wiedział, co warto i trzeba powiedzieć, a czego nie. Człowiek gadatliwy uważa, że cokolwiek mu na myśl przyszło, to i na głos można i trzeba wypowiedzieć, byleby tylko mieć do kogo. I czytamy w Księdze Przysłów, że więcej nadziei w głupim niż w takim (Prz 29,20). Dlaczego? Dlatego, że bieg naszych myśli i skojarzeń w dużym stopniu nie zależy od nas, ale od tego, co akurat dookoła nas widać i słychać, i co nam to przypomina, i co nam z kolei to, co się przypomniało, przypomina… Można w pięć minut objechać takimi skojarzeniami pół świata i dużą część jego literatury, ale naszym zadaniem jest, w życiu monastycznym, wyrywać naszą świadomość z tego wiru, jak Dawid wyrywał owce z paszczy lwów i niedźwiedzi (por. 1 Sm 17,35), i zwracać ją modlitewnie ku Bogu; a nie pomnażać przy jej pomocy hałas i tak panujący na świecie. Albo hałas w duszy słuchacza, który ma własną myśl do ratowania, i własną stację zagłuszającą, a my mu jeszcze dodajemy swoje trzaski. Tak zwane „głośne myślenie” na pewno nie jest praktyką monastyczną; mnich myśli po cichu. A zanim się odezwie, zadaje sobie pytanie: czy ta informacja jest komukolwiek potrzebna? Naprawdę potrzebna? Gdyby to pytanie konsekwentnie zadawać, nasze mówienie spadłoby mniej więcej do dziesięciu procent obecnej praktyki.

Wartość milczenia jest w tym, że ono umożliwia i przedłuża nasz modlitewny kontakt z Bogiem. A przecież to dla tym większego umożliwienia sobie tego kontaktu jesteśmy tutaj; i nie ma sensu właśnie tutaj, w klasztorze, robić to, co go z natury utrudnia. Św. Benedykt ustawia tę sprawę zupełnie jednoznacznie: dla niego każde użycie mowy jest powiązane z niebezpieczeństwem, a w każdym razie wymaga od mówiącego usilnej samokontroli; a w dodatku może mieć bardzo daleko idące skutki, dla mówiącego i dla słuchaczy:

Dlatego też ze względu na ważność milczenia, nawet na rozmowy dobre, święte i budujące należy rzadko pozwalać uczniom dojrzałym, bo jest napisane: Nie unikniesz grzechu w gadulstwie (Prz 10,19) i gdzie indziej: Życie i śmierć jest w mocy języka (Prz 18,21). Wypada bowiem, by nauczyciel mówił i uczył, uczeń zaś powinien milczeć i słuchać / Reguła św. Benedykta, rozdział 6

Ciekawe, że Reguła Mistrza wręcz zachęca mnichów, żeby przy ręcznej pracy rozmawiali o rzeczach duchowych. A św. Benedykt, przeciwnie, uważa to za rzadki wypadek, wymagający specjalnego pozwolenia; on woli raczej, żeby mnisi w sercu mówili z Panem. I ciekawe jest użycie słowa „dojrzałym”: w oryginale to brzmi perfectis, doskonałym, w każdym razie już wyćwiczonym w cnocie. Można by się spodziewać, że właśnie takim to już będzie wolno mówić, ile by chcieli, bo będą chcieli zawsze dobrze. Tymczasem tu mamy sugestię, że ostatecznie można się pozwolić czasem wygadać niedoskonałym, początkującym, bo dla takich to jest nieraz rzeczywista potrzeba; ale doskonałym nie. Cóż, św. Benedykt nie ma złudzeń co do naszej doskonałości i wie, że nieraz ją trzeba podpierać przepisami, bo inaczej mogłaby nie ustać prosto. I wie, że dobrzy uczniowie przyjmą takie podpórki z wdzięcznością, bo także nie mają zaufania do własnej cnoty. Osobny przypadek to „nauczyciel”: ten musi mówić, bo taka jest jego rola i powołanie, ale tym bardziej i on potrzebuje samokontroli. Zwłaszcza, że to, co on mówi, może mieć bardzo daleko idące skutki co do duchowego życia albo śmierci.

A dlaczego nie unika się grzechu w gadulstwie? Im mniej człowiek mówi, tym lepiej panuje nad tym, co mówi, i tym łatwiej mu poddawać swoją mowę na bieżąco Bogu. A im więcej mówi, tym mniejszą ma kontrolę nad tym, co mówi. W pośpiechu używa słów mylących albo przesadnych i szybko przestaje robić sobie za to wymówki: przecież i pan Zagłoba „koloryzował rzecz swoją”… Ale po panu Zagłobie czytelnik już od pierwszej z nim sceny aż do końca książki spodziewa się tego i traktuje jego słowa jako żart, nie jako informację; a po mnichu słuchacz spodziewa się rzetelnej prawdy. Nie przesady, nie koloryzacji, a już zwłaszcza nie jakiejkolwiek dezinformacji. Nie kłamstwa, nie pozorów, nie półprawdy. Ale tak, to tak; nie, to nie (por. Mt 5,37). Żeby sprawdzać nie było trzeba. Bł. Kolumba Gabriel posuwała tę zasadę bardzo daleko, a miała do czynienia z nowicjuszkami Włoszkami, które uczyła nie używać nawet przesadnych zwrotów mowy („sto razy ci to mówiłem…”); i przyjmowały to od niej z przekonaniem.

Toteż kiedy mamy prosić o coś przełożonego, należy prosić z szacunkiem pełnym pokory i uległości. Nie dopuszczamy zaś nigdy do niestosownych żartów oraz do gadania pustego i pobudzającego do śmiechu; potępiamy je zawsze i wszędzie. Nie pozwalamy uczniowi otwierać ust do takich rozmów / Reguła św. Benedykta, rozdział 6

Zapis, żeby do przełożonego zwracać się grzecznie, przenosi nas w dziedzinie mowy od problemu „czy w ogóle się odzywać” do problemu: „jeżeli już, to jak”. Kultura mowy to pochodna miłości; i dlatego po mowie ludzkiej tak dobrze widać, na przykład, czy płynie z życzliwości, czy z pogardy. Szczególnie sroży się św. Benedykt przeciw mowie „pustej i pobudzającej do śmiechu”. O beztreściowym gadaniu dla gadania, o przelewaniu z pustego w próżne, już tu była mowa, ale co z tym śmiechem? Trzeba pamiętać, że ówczesny styl „humoru” miał w sobie bardzo dużo okrucieństwa; śmiano się z karłów, z kalek, z chorych umysłowo… Śmiech służył jako wyraz triumfu człowieka zdrowego, że sam taki nie jest; wyraz własnej wyższości. Tego już, na szczęście, dzisiejsza kultura nie zna. Natomiast zna śmiech cyniczny, który działa na tej samej zasadzie: człowiek wyśmiewa jakieś powszechnie uznane dobro, po to, żeby udawać wyższość, udawać takiego, co wie lepiej. To jest groźna choroba, bo zaraźliwa: ktoś, kto by chciał zaatakowanego dobra bronić, naraża się także na śmiech, więc niejeden w tej sytuacji milczy i udaje, że i jego to bawi. A wiadomo, że co człowiek udaje, tym się też w końcu staje. Istniał też zawsze, i także w naszych czasach istnieje, śmiech złośliwy, wyrażający radość, że komuś się coś nie powiodło; blisko stąd do zazdrości i do wrogości. Jest więc przed czym się pilnować w kwestii śmiechu, i nie możemy tego przepisu odstawić zupełnie do lamusa jakby pochodzącego z ciemnej epoki.

Niemniej istnieje także obszerna dziedzina wesołości, w tym i śmiechu, która służy Królestwu Bożemu: u podstaw takiego śmiechu leży radość z dobra i wzajemna ludzka życzliwość. Przez dobry żart można nieraz rozładować napięcie i zmienić atmosferę, nawet na ponurej sali szpitalnej; żart, śmiech i zwłaszcza uśmiech służą do wyrażania swojemu towarzystwu aprobaty i serdeczności. Wiadomo także od dawna, że śmiech jest ważnym środkiem higieny psychicznej, po prostu dlatego, że uczy proporcji, zwalcza przesadę i wszelkie robienie tragedii. Dlatego w każdej grupie ludzkiej skarbem są tacy, którzy nie tylko żartują z innych, ale i z siebie bez problemu pozwalają żartować. „Pisz pan i o mnie, sam się chętnie pośmieję” – mówił Borchardowi kapitan Maciejewicz. I od dawna wiadomo, że poczucie humoru, jeśli obejmuje śmiech z siebie samego, znakomicie zwiększa szansę mnicha na życie spokojne, pożyteczne dla niego i dla otoczenia. I chyba św. Benedykt także o tym wiedział, chociaż tego wyraźnie nie mówi, bo sam pisze w rozdziale dotyczącym Wielkiego Postu, żeby wtedy żarty ograniczyć, ale nie każe ich zupełnie wykluczyć; to znaczy, że jednak nie każdy śmiech uznawał za grzeszny. W sumie: tak niekonieczna informacja, jak i żart mogą być dobre, jeśli wzmacniają miłość, jeśli stwarzają serdeczną atmosferę – pod warunkiem jednak, że to się nie sprzeciwia monastycznemu skupieniu. Istnieją tak czasy, jak i miejsca, w których skupienie jest ważniejsze. Noc na przykład, albo właśnie Wielki Post, albo pomieszczenia regularne, albo koniec czasu przeznaczonego na rekreację. I wtedy trzeba rozumieć, że świat będzie odrobinę lepszy, jeśli przerwę zdanie choćby w połowie, niż jeśli koniecznie dojadę aż do kropki. Ale wszędzie i zawsze najważniejsza jest miłość, a ta nie potrzebuje do wyrażenia się ani długiej gadaniny, ani opowiadania kawałów: wystarcza żywy uśmiech, a czasem nawet sam sposób, w jaki przechodzimy obok drugiego człowieka.


Fragment książki Nad Regułą św. Benedykta. Uwagi mniszki


Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora honoris causa. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

(Visited 1 027 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij