Umieszczony przez 10:23 Święty Benedykt i jego Reguła

Uwagi mniszki #3 O mierze posiłku i napoju

Zadbano już o zdrowie ciała, więc i zdrowie ducha domaga się troski! Opat powinien tak wypośrodkować, żeby mnisi mieli skąd czerpać siły i zdrowie, ale z drugiej strony nie wpadli w obżarstwo.

Sądzimy, że na główny codzienny posiłek, czy to w porze Seksty, czy w porze Nony, wystarczą dla każdego stołu – biorąc pod uwagę niedomagania różnych braci – dwie potrawy gotowane, aby ten, kto jednej jeść nie może, posilił się drugą. Tak więc dwie potrawy gotowane powinny wystarczyć wszystkim braciom; jeśli są także owoce albo świeże jarzyny, można dodać i trzecią. Jeden hojnie odważony funt chleba jest dostateczną porcją na cały dzień bez względu na to, czy bracia jedzą tylko jeden posiłek, czy też dwa, w południe i wieczorem. Jeżeli mają jeść także wieczorem, szafarz zachowa jedną trzecią tego funta, aby ją podać do kolacji / Reguła św. Benedykta, rozdział 39

Na pustyni egipskiej pewnie by powiedziano, że to jest dobre dla zamożnych mieszczuchów (jeszcze i wybór dany!) – a nie dla mnichów. W Rzymie powiedziano by może, że to wystarcza z konieczności ubogim rzemieślnikom, ale wstyd byłoby tak nędznie jeść pełnoprawnym obywatelom. Wszystko zależy od punktu widzenia, od realiów miejsca i otoczenia. Św. Benedykt zakłada jako normę sposób żywienia w swoim kraju; i wyrzekając się takiego standardu, jaki niewątpliwie miał w rodzinnym domu, stara się z drugiej strony nie pogrążać swoich braci w nędzy. Jeszcze i w tym jest zresztą typowym Rzymianinem, że „owoce i młode jarzyny” każe podawać jako trzecią potrawę gotowaną, a nie na surowo; surówki nie były w modzie w ówczesnej kuchni. Akceptuje poza tym możliwość, że ktoś potrzebuje lżejszej diety niż inni, podobnie jak poprzednio akceptował konieczność dodatkowych posiłków dla starców i dzieci.

Funt chleba to mniej więcej nasze pół kilo, więc dla pracujących fizycznie mężczyzn raczej dodatek do posiłku, niż główny posiłek. Ale co w takim razie było tym głównym źródłem dziennego dopływu kalorii, co było w tych dwóch gotowanych potrawach? Zapewne przede wszystkim zeszłoroczne jarzyny, skoro tylko młode mogły być dodatkowym daniem; a więc bób oraz inne rośliny strączkowe, rzepa, kapusta włoska, buraki. Oczywiście ryby. A z mącznych potraw na pewno kasza: jęczmienna i jaglana, albo polenta z mąki kasztanowej; oraz różne kluski, które do dzisiaj należą we Włoszech do tradycyjnej kuchni. Jajka i sery raczej jako dodatki; kasztany prażone; oliwa do zapraw i do smażenia. Mięso zwierząt czworonożnych było wykluczone, przynajmniej dla zdrowych; tu współdziałały zgodnie tradycja pustyni egipskiej i realia życia krain śródziemnomorskich, w których (a zwłaszcza w Grecji i w Italii) łatwiej i taniej  było zawsze nałowić ryb niż wyhodować barana. Ale co z mięsem ptaków, zwłaszcza drobiu? Wprawdzie w Italii hodowano drób od wieków, ale to był delikates dla bogaczy, i raczej należy przypuszczać, że św. Benedykt, skoro już i tak zabronił mnichom jeść wołowinę, uważał za niepotrzebne nawet wspominać o czymś o wiele droższym i lepszym.

Jeśliby praca była bardziej wyczerpująca, opat ma władzę coś jeszcze dodać, skoro uzna to za stosowne. Trzeba jednak przede wszystkim unikać braku umiaru, aby nigdy żaden mnich się nie przejadał. Nic bowiem nie jest tak sprzeczne z życiem chrześcijańskim jak niepowściągliwość. Pan nasz powiada przecież: Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa i pijaństwa (Łk 21,34). Młodszym chłopcom należy dawać nie taką samą porcję jak dorosłym, lecz mniejszą, zachowując umiarkowanie we wszystkim. Mięsa natomiast zwierząt czworonożnych nie powinien nikt w ogóle jadać oprócz chorych, którzy są szczególnie osłabieni / Reguła św. Benedykta, rozdział 39

Zadbano już o zdrowie ciała, więc i zdrowie ducha domaga się troski! Opat powinien tak wypośrodkować, żeby mnisi mieli skąd czerpać siły i zdrowie, ale z drugiej strony nie wpadli w obżarstwo. Ponieważ jednak trudno byłoby wymierzać co dzień od nowa każdemu według jego indywidualnych i czasem zmiennych potrzeb, mnisi mają tu duże pole do działania dla własnej odpowiedzialności, i to tak w sprawie miary jedzenia, jak i w sprawie smaku. Raz jeszcze chodzi o wolność dzieci Bożych, która jest wprawdzie duchowa, ale człowiek może ją zmarnować równie dobrze przez łakomstwo, jak przez zazdrość albo ambicję, jeśli cokolwiek poza dążeniem do Boga uzna za priorytet.

A nawiązując raz jeszcze do sprawy mięsa: pustelnicy egipscy mawiali Lepiej ci jest jeść mięso i pić wino niż opowiadać o swoich postach. Bo wprawdzie jeść mięso i pić wino to już była w ich środowisku ostateczna degradacja, ale pycha jest jeszcze gorsza. Mamy tu do czynienia z tą samą zasadą, na której oparty był (w rozdziale 7) „ósmy stopień pokory”: że lepsze jest małe umartwienie niż wyróżnianie się umartwieniami wielkimi. Więc gdyby na przykład brat chory, kiedy mu przyniosą rosół ze skrzydełkiem kurczaka, odmówił zjedzenia tak luksusowej potrawy w imię monastycznej cnoty postu, byłoby to jeszcze gorsze, niż gdyby jakiś zdrowy brat zjadł ją z łakomstwa. To jest oczywiste dla każdego normalnego mnicha. Tak samo, jak nie jedzenie mięsa było oczywiste dla każdego normalnego mnicha w basenie śródziemnomorskim, ponieważ założył on, że będzie żyć ubogo.

Ale co z piciem wina? I to w Italii, gdzie nie mówiąc już o wielkich i sławnych winnicach, ma swoją winniczkę (świadkiem Don Camillo) każde najskromniejsze nawet chłopskie gospodarstwo?

O mierze napoju

Każdy otrzymuje własny dar od Boga, jeden taki, a drugi taki (1 Kor 7,7), dlatego też tylko z pewnymi zastrzeżeniami ustalamy ilość pożywienia stosowną dla innych. Mając jednak wzgląd na słabość chorych sądzimy, że jedna hemina wina na dzień wystarczy dla każdego. Jeśli zaś ktoś z łaski Pana może się bez wina obejść, niech wie, że otrzyma szczególną nagrodę. Gdyby warunki miejscowe, praca albo skwar letni kazały pić więcej, niech decyduje o tym przełożony zwracając wszakże uwagę, by nie dochodziło nigdy do przesytu lub zgoła pijaństwa. Czytamy wprawdzie, że picie wina w ogóle mnichom nie przystoi, ale skoro w naszych czasach nie można o tym mnichów przekonać, zgódźmy się przynajmniej na to, że należy pić mało, a nie aż do przesytu, gdyż wino przywodzi do upadku nawet mądrych (Syr 19,2). Gdzie zaś warunki miejscowe są tego rodzaju, iż nie można znaleźć nawet wyżej określonej miary wina, lecz tylko znacznie mniej lub nawet wcale, niech ci, którzy tam mieszkają, błogosławią Boga i nie szemrzą. To zalecamy przede wszystkim, by nigdy nie było szemrania / Reguła św. Benedykta, rozdział 40

Hemina to najprawdopodobniej około pół litra, na pewno więc nie jest to cała dzienna porcja płynów. Rzecz w tym, że wina w codziennym życiu nie piło się nierozcieńczonego; co innego – jak świadczy Horacy – podczas pijatyk, ale normalnie do dziś miesza się je z wodą, i wody jest w tej mieszance więcej. To właśnie radził św. Paweł Tymoteuszowi: Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości (1 Tm 5,23). Wodę piło się przecież surową, a chociaż o mikrobach jeszcze nie słyszano, doświadczenie uczyło od dawna, że odrobina alkoholu działa na nią, jak byśmy dziś powiedzieli, odkażająco. Jeśli więc wypadało dziennie na każdego brata, powiedzmy, po trzy litry wody, zmieszane z tą heminą wina, otrzymywał on dość dużo płynu, i to zdrowego i całkiem bezpiecznego; tym się upić nie sposób.

W tej, jak i w innych sprawach, św. Benedykt jest gotów zawsze uwzględnić jakieś szczególne potrzeby, czy to stałe, czy też chwilowe. Niemniej wyznacza miarę z wahaniem, widzi w niej odejście od pierwotnego, egipskiego ideału i bardzo mu zależy na tym, żeby mnisi, którzy albo potrafiliby się obejść bez tej domieszki, albo nie mają jej skąd wziąć, przyjęli to jako łaskę Bożą, a nie jako ciężar albo dowód prześladowania. Każdą sprawę należy odnosić do Pana i z Nim ją omawiać; skoro to Jemu tutaj służymy. Inaczej zatonęlibyśmy bez ratunku w drobiazgach doczesności.


Fragment książki Nad Regułą św. Benedykta. Uwagi mniszki


Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora honoris causa. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

(Visited 535 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij