Umieszczony przez 11:56 Święty Benedykt i jego Reguła

W przedszkolu miłości braterskiej

Wydawałoby się, że w naszych demokratycznych czasach grzeczność należy do zbędnych dodatków, do zwyczajów minionych wieków…

Znamy wszyscy podwójne przykazanie miłości: Będziesz miłował Pana Boga twego całym sercem swoim, całą duszą swoją i ze wszystkiej myśli swojej, a bliźniego swego jak siebie samego. Z doświadczenia wiemy, że zachowanie tego przykazania to wielka sztuka.

Nie chodzi tu o zwykłą, pospolitą, ludzką miłość, gdzie dużą rolę grają zmysły i uczucia. Człowiek prawdziwie miłuje nawet wtedy, gdy nad zmysłową żądzą góruje rozum i wola. Taka miłość staje się najwyższą cnotą, jeżeli jej przedmiotem i celem jest Bóg. To nie przeszkadza jednak, że i uczucie gra tu poważną rolę. Miłość prawdziwa nie daje się improwizować – ona wymaga przygotowania. Istnieje nawet stopniowanie, nie zawsze widoczne – może być instynktowne, spontaniczne u niektórych – niemniej jednak, zanim zacznie się biec z niewymowną słodyczą drogą przykazań Bożych, musi się najpierw zdobyć kilka skromniejszych cnót.

A więc:

1. Grzeczność czyli uprzejmość. Wydawałoby się, że w naszych demokratycznych czasach grzeczność należy do zbędnych dodatków, do zwyczajów minionych wieków, a jednak życie wspólne, czy to w rodzinie, czy w klasztorze, nie da się pojąć bez zasadniczych reguł grzeczności. Tam, gdzie się ich nie zachowuje, gdzie walec dziejowy wyrównał nie tylko warstwy społeczne, ale i wszystkich osobników bez względu na ich osobistą godność, wiek czy zasługi, tam warunki życia stają się nieznośne. Wystarczy przypomnieć piekło obozów hitlerowskich.

Kiedy św. Benedykt pisał swoją Regułę, miał za sobą kulturę grecko-rzymską, doświadczenie pierwszej fundacji monastycznej w Subiaco i szereg lat przełożeństwa w Monte Cassino. Nie bez powodu w 63 rozdziale pisze, że „bracia mają zachować porządek w klasztorze według czasu nawrócenia” i że „opat nie powinien zamieszania sprawiać wśród trzody sobie powierzonej”. I św. Benedykt wchodzi w szczegóły: „według porządku niech przystępują do pocałunku pokoju, do Komunii, do intonowania i do stania w chórze”. Że św. Benedykt lubi porządek, to jasne, ale kiedy pisze, że „opat nie powinien sprawiać zamieszania wśród swojej trzody”, wiedział na pewno, że to mogłoby spowodować kwasy i spory.

W tym samym rozdziale czytamy jeszcze:

A gdy do siebie przemawiają, żadnemu nie będzie wolno drugiego samym tylko imieniem nazywać, ale starsi młodszych braćmi, młodsi zaś starszych swych wielebnymi ojcami niech mianują.

A dalej:

Gdziekolwiek się spotkają bracia, niech młodszy starszego o błogosławieństwo prosi i miejsca mu do siedzenia ustąpi: niech się sam siadać nie poważy, aż by mu starszy powiedział.

To prawda, żyjemy w innych czasach. Wtedy na Monte Cassino byli wśród mnichów ludzie nieokrzesani, którzy potrzebowali elementarza dobrego wychowania. Myślę jednak, że te polecenia św. Benedykta nie straciły nic ze swojej aktualności. Zapewne, same oznaki grzeczności można by inaczej przedstawić, lecz zasada pozostaje nienaruszona.

Grzeczność wymaga pewnej ascezy, czyli ćwiczenia, panowania nad sobą, walki z egoizmem. Życie wspólne w klasztorze suponuje pewne kontakty między ludźmi posiadającymi odmienne temperamenty, charaktery, wykształcenie, uzdolnienia, zainteresowania. Trzeba z tym wszystkim się liczyć, aby nikogo nie urazić i z każdym zachować spokój.

2. Szacunek. Grzeczność powinna być szczera, nie obłudna. Stanowi ona jednak stronę zewnętrzną w stosunkach ludzkich – szacunek natomiast wchodzi w głąb. Każdy człowiek przez to samo, że jest istotą rozumną, której dusza nieśmiertelna stworzona została na obraz i podobieństwo Boże, zasługuje na szacunek, obojętnie kim on jest: bogaty czy ubogi, sympatyczny czy antypatyczny, stary czy młody, dobry czy zły (Bóg jest jedynym Sędzią); nawet dziecko ma prawo do szacunku. Z własnego doświadczenia wiemy, jak człowiek jest drażliwy na punkcie swego honoru. Przypominam sobie pewną scenę z czasów, gdy jeszcze chodziłem do szkoły powszechnej: nauczyciel mając strofować winnego ucznia, ciągnął go za ucho przez całą klasę, by go stawić przed katedrą i tu upokorzyć przed wszystkimi kolegami. Nigdy podobnego postępowania nie mogłem znieść, uważałem to za ohydny żart. Nie ma wielkich korzyści z upokarzania drugich, zwłaszcza w obecności innych. Nierzadko kryje się w tym pewnego rodzaju sadystyczne wyładowanie.

To prawda przełożony ma nieraz obowiązek upomnieć, a nawet ukarać delikwenta, ale raz i drugi ma czynić to tajemnie (RB 22). A w rozdziale 64. przestrzega: „Swoją własną ułomność niech ma opat na baczeniu i pomni, że się trzciny nadłamanej kruszyć nie godzi”. W rozdziale 78. czytamy:

Aby ułomności swe na ciele, bądź w obyczajach jak najcierpliwiej znosili, i aby jeden drugiego we wzajemnym uprzedzał uszanowaniu.

Powinniśmy również szanować zdanie drugich. Ileż to zbytecznych dyskusji, ileż złośliwych słów, ileż rozmów krytycznych powoduje brak szacunku dla drugich. Są tacy, co nie potrafią wysłuchać do końca czyjegoś zdania. Wystarczy jedno słowo rozmówcy, niezgadzające się z ich opinią, a już przerywają i przylepiają mu etykietkę. Niestety zdarza się to i w klasztorach, i to najczęściej bez słusznego powodu. Ojciec Henri Leclercq powiedział, że w klasztorach etykietki pozostają niezatarte.

Umieć słuchać to zaleta Anglosasów. Oni nie przerywają podczas dyskusji, dają rozmówcy możność i czas wypowiedzenia swojego zdania, potem dopiero wyrażają swoją opinię. Istnieje szacunek chrześcijański, dzięki któremu widzimy w drugim człowieku żyjącego Chrystusa. Listy Apostolskie wymownie i często o tym mówią. Święty Benedykt kilkakrotnie o tym wspomina, np. w rozdziale „O chorych braciach”:

Przede wszystkim i nade wszystko powinno troszczyć się o chorych, aby im prawdziwie tak służono jak Chrystusowi, albowiem On sam powiedział: Byłem chory, a nawiedziliście Mnie… Coście uczynili jednemu z tych najmniejszych moich, Mnieście uczynili.

I dodaje:

I takich cierpliwie znosić trzeba, bo przez nich obfitszą dostaniemy zapłatę… Dla chorych powinien być posługacz bojący się Boga, pilny i pieczołowity…

3. Jak reagujemy na przyjęcie interesanta nie w porę? Wspólnota zakonna suponuje wiele kontaktów między członkami domu: niektóre z nich są oficjalne i urzędowe, inne osobiste, prywatne. Człowiek jest istotą towarzyską. Nikt nie jest samowystarczalny. Potrzebuje pomocy drugich. W klasztorze wielu zakonników sprawuje różne urzędy, które (siłą rzeczy) powodują częstsze kontakty. Kto puka do drzwi, pragnie być przyjęty. Przyjęcie kogoś wymaga specyficznej postawy. Jak przyjmujemy pukającego do drzwi? Może on przyszedł nie w porę… Jesteśmy zajęci, musimy się śpieszyć, bo robota jest pilna… Albo czytamy książkę niezmiernie interesującą… Jaka będzie nasza reakcja – bo przecież on przeszkadza… Zmusza nas do przerwania zajęcia – a może jego sprawa nas nie interesuje…

Mam na sumieniu, niestety, że nieraz, będąc w Tyńcu, kiedy ktoś do mnie pukał, reakcja moja nie zawsze była dość opanowana, bo byłem właśnie w trakcie przygotowywania jakiejś nauki czy konferencji i moje Ave wyszło dość szorstko. Jest to okazja do panowania nad sobą, natomiast pokazując swoją nerwowość i niezadowolenie, utrudniamy szczery kontakt, bo ten brat czy ta siostra czuje, że nie jesteśmy przystępni, przygotowani do dialogu.

Dlaczego w klasztorze unikamy spotkania z niektórymi osobami? Bo doświadczenie nas nauczyło, że nie wiadomo, jaka będzie reakcja z ich strony – i tak się zdarza, że w zgromadzeniach są zakonnicy, którzy miesiącami, a nawet latami, nie rozmawiają ze sobą.

Możliwe, że osoba, która się do nas zwróciła, przyszła z błahostką, jak się nam wydaje; niemniej jednak ona potrzebowała naszej pomocy, jakiegoś wyjaśnienia, czy choćby słowa zachęty. W rozdziale 31. „Jaki ma być szafarz klasztorny”, czytamy cenne przestrogi na ten temat, np.:

Jeśli się który brat czego nieroztropnie domaga, nie ma go pogardliwą odmową zasmucać, ale rozsądnie a pokornie oddalić niebaczną prośbę… Pokorę przede wszystkim niech posiada, a komu nie ma co dać, niech dobrym słowem odpowie, jako napisano: Dobre słowo lepsze, niż datek najlepszy.

4. Serdeczność. Kiedy chodzi o serce, instynktownie skłonni jesteśmy do zachowania postawy nader ostrożnej. Na miłość Boską, nie mieszajmy szczerej serdeczności z ckliwą uczuciowością i czułostkowością. Nie bójmy się okazywać, że oprócz rozumu posiadamy serce. Pięknie powiedział Antoni de St. Exupery: „Dobrze widzi się tylko sercem”53. Taka była postawa Pana Jezusa wobec każdego potrzebującego Jego pomocy. Owszem, przepisy zakonne nas ostrzegają przed niebezpieczeństwem partykularnych przyjaźni – ale nieraz to dochodzi do unikania wszelkiego wyrażenia serdecznego, życzliwego… Bez wątpienia to się sprzeciwia życiu braterskiemu. Jesteśmy przecież ludźmi, a nie robotami. Nie na próżno w Piśmie św., a zwłaszcza w Ewangelii, tak często jest mowa o przyjaźni i miłości: Przyjaciel kocha w każdym czasie (Prz 17,17); Wierny przyjaciel – potężna obrona, kto go znalazł – skarb znalazł. Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia.

W rozdziale 72. Reguły, św. Benedykt pisze: „aby czystą miłość braterską ku sobie mieli”. Nieraz pod pretekstem, że miłujemy Boga, nikogo nie kochamy. Ale Pan Jezus jest stanowczy, kiedy chodzi o wzajemną miłość: Miłujemy Boga, ponieważ Bóg pierwszy nas umiłował… Jeśli ktoś mówi: Miłuję Boga – a brata swego nienawidzi, jest kłamcę, albowiem nie miłuje brata swego, którego widzi (1 J 4,19–20).

Oczywiście wyraz „nienawidzi” nie odpowiada zwykłym warunkom klasztornym, dzięki Bogu, ale istnieje nieraz inna postawa: obojętność względem drugiego. Myślę, że występuje ona wyraźniej w klasztorach męskich. Mężczyzna z natury jest bardziej samodzielny: on ma swoje zajęcia, swoje książki, swoje pole działania i apostołowania, i… lubi spokój: stąd, o ile to od niego zależy, unika sporów – lub, praktycznie biorąc, usuwa ze swego widnokręgu tych, którzy go nudzą, czy też z którymi nie ma wspólnego zainteresowania. Właściwie tacy dla niego nie istnieją. W klasztorach żeńskich sprawa przedstawia się inaczej – ale nie potrzebuję tu wchodzić w szczegóły.

Jeden duch i jedno serce ożywiało wszystkich wierzących – czytamy w 4. rozdziale Dziejów Apostolskich. Oto wymarzona, jedyna atmosfera, która powinna panować w klasztorze. I dodaje św. Łukasz: Trwali oni w nauce apostołów, we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie (2,42). Nie trzeba dużo słów na uwydatnianie tego ostatniego aspektu życia w zgromadzeniu. Tu właśnie bierze początek to, co nazwałem „przedszkolem miłości braterskiej”. Tutaj tkwi sedno tajemnicy tej cnoty teologicznej. I kiedy śpiewamy w chórze: Oto jak dobrze i jak miło braciom zamieszkać społem (Ps 132), „myśl nasza niech się zgadza z głosem” (RB 19).

Kogo to nie ma w klasztorze?

Można śmiało twierdzić, że w każdym klasztorze panuje między członkami wspólnoty podobieństwo rodzinne: un air de famille, lecz to nie przeszkadza w tym, że każdy z nich zachowuje swą odrębną osobowość, najczęściej mocno uwydatnioną: wady i zalety, bo ani obserwa ani posłuszeństwo nie potrafią ukuć na jedno kopyto ludzi i robić z nich robotów. Każdy człowiek jest istotą jedyną, i psychicznie, i fizycznie. Stąd klasztor, siłą rzeczy, zawiera wielką rozmaitość typów ludzkich.

Oto jak opisuje ten wachlarz typów jeden Opat Generalny Trapistów:

Opactwo podobne jest do orkiestry. Czegóż to tam nie ma? Skrzypce grające unisono, instrumenty dęte, które interweniują przy każdej okazji, jest też i saksofon, a w kącie człowieczek trzymający trójkąt, który nie wiadomo do czego służy!

W opactwie znajduje się mnich ospały, mnich gderliwy, mnich pedant, jeśli chodzi o regulamin. Jest mnich roztrzepany i brat nader pobożny. Jest człowiek do wszystkiego, którego inni wykorzystują; jest i także usłużny, którego wyzyskują, i uczony, jego też wykorzystują. Jest powszechny naprawiacz, jest zapaleniec, nieco naiwny, ba! – trochę głupi, ale jaki jest sympatyczny! Znajduje się również mnich z problemami, stale potrzebujący, aby inni nim się zajmowali i który pod różnymi pretekstami zaczepia Pawła i Piotra, aby udzielić pewnych informacji!

Jest i zrzęda, do wyczerpania uczynny. Jest też wiecznie i wiernie oddany, ale tak strasznie niezręczny i który się martwi, gdy go o pomoc nie poproszą. Jest także ten, który sobie znalazł jakiś job, który ojciec opat toleruje, chcąc unikać czegoś gorszego, ale wiadomo, że ów job do niczego wspólnocie nie służy. Jest niepoprawny maruda, jest wybuchający, który się rozgniewa i natychmiast tego żałuje. Jest i wiecznie nadąsany!

Zdarzają się nieporozumienia i w warunkach milczenia, duch ciemności szepta, że ojciec ten i ten ma uraz do ciebie. Jest ten, który się oburza na wszystko, co wychodzi z linii przepisów i objawia to zanadto widocznie! Jest ten, który owszem z dobrym zamiarem przywłaszcza sobie jakieś narzędzie, jakąś książkę dla własnego użytku. Znajduje się tak samo gmatwacz, który niczego nie zdoła postawić na własnym miejscu.

Ten obraz zastał spisany w roku 1976. Tak musiało to być w klasztorach średniowiecznych i tak jest i w obecnych. U każdego zakonnika znajduje się jakiś brak, jakaś wada, oścień dla ciała (2 Kor 12,7). Oścień może być widoczny, a może być ukryty, ale nieraz to trwa całe życie.

To nam pozwala trochę lepiej pojąć czym jest życie codzienne tych ludzi, skupionych w klasztorze. To życie we wspólnocie, które zmusza zakonnika do znoszenia, i to w dodatku, cierpliwie i w milczeniu, braków, wad, ułomności wszystkich i każdego, które niezawodnie się powtarzają i drażnią każdego dnia przez całe życie! Lecz jest to życie codzienne, codziennie przeżyte, jeden z aspektów walki, którą zakonnik ma prowadzić w każdej chwili przeciw sobie, przeciw swoim niecierpliwościom, swoim oburzeniom, swoim gniewom i rozdrażnieniom, zanim dojdzie do śmierci siebie samego!


Fragment publikacji O duchu benedyktyńskim


Karol Filip van Oost OSB (ur. 1899, zm. 1986), belgijski benedyktyn, mnich opactwa św. Andrzeja na przedmieściach Brugii (Zevenkerken), jako przeor wznowionego opactwa tynieckiego (1939–1951) odnowiciel życia benedyktyńskiego w Polsce. Pierwsze śluby zakonne złożył wobec bł. Kolumby Marmiona w 1918 r. Posłuszny woli przełożonych pełnił gorliwie rozmaite funkcje zarówno w rodzimym klasztorze, jak i poza jego murami (m.in. posługiwał jako: nauczyciel w szkole przyklasztornej, misjonarz, wizytator klasztorów żeńskich, dyrektor internatu, refektariusz). Był cenionym rekolekcjonistą i kaznodzieją. Dzieło jego życia stanowi tyniecka fundacja, której rozwój, po zakończeniu przełożeństwa, śledził z wielką troską. Odznaczał się głębokim wyczuciem życia wspólnego i charyzmatem duchowego ojcostwa. Autor książki Komentarz do Reguły Świętego Ojca naszego Benedykta.


Fot. Archiwum Opactwa Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 152 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij