Umieszczony przez 10:06 Małgorzata Borkowska OSB wyjaśnia...

Wszyscy uciekamy przed Panem Bogiem. Nawet w modlitwę…

Mój Pan ma prawo żądać ode mnie służby o suchym pysku. Nie musi mnie cały czas marchewką pociągać czy trzymać mi tej marchewki przed nosem, żebym szła.

Igor Borkowski: Nim porozmawialiśmy o książkach i ich bohaterach, zostawiliśmy żywych ludzi gdzieś w momencie wielkiej zmiany, którą była decyzja, by wstąpić do Opactwa Benedyktynek w Żarnowcu. Zanim zapytam o to, dlaczego akurat tam, bo nie zapytam o to, dlaczego w ogóle, wydaje mi się, że jak ktoś ma powołanie, to ma i się nie da wyjaśnić ludzkim słowem, dlaczego w ogóle, więc będzie pytanie z innej bajki. Ale zanim to… Jakie to były czasy, jaki był wtedy nastrój? To wszystko jakoś kojarzy się z reformatorskim fermentem soborowym.

Małgorzata Borkowska OSB: Bo to i były czasy soborowe. Zanim o nich, a może to też jest o nich? – taka historia: w pewnym momencie stało się dla mnie jasne, że wszyscy uciekamy przed Panem Bogiem. Tę właśnie sprawę usiłowałam wytłumaczyć jakiejś pani w Zawoi w czasie eskapady narciarskiej… (Miałam ze 22 lata, i nawet udawało mi się czasem zjeżdżać na stojąco.) Ludzie nieraz spędzają całe życie na baniu się Pana Boga, żeby czegoś nie zażądał, prawdę mówiąc, wszyscy przed Nim uciekamy, nawet w modlitwę.

Trudno się dziwić, że tak zwani katolicy chrzestno-ślubno-pogrzebowi też uciekają.

A On woła. To jest cudowne.

Znasz? Cadyk miał wnuczka, który się bawił w chowanego. Czekał, by go ktoś znalazł. Nikt go nie szuka. Pędzi więc do dziadka. Nikt mnie nie szuka!… Przynajmniej jesteś w dobrym towarzystwie – słyszy na pocieszenie. – Bóg także mówi: ja się chowam, a oni mnie nie chcą szukać.

Człowiek może sobie skutecznie wmawiać, że szuka gorliwiej, niż jest naprawdę.

Pierwszy krok robi zawsze Bóg, i zrobił to dawno. On nas prowadzi, wydarzenia, które zarządza, układają się w taki ciąg, że widzisz z perspektywy lat, że byłeś prowadzony.

Jakoś trzeba starać się dać prowadzić, tu ogromną rolę gra sumienie. Ono stoi przed wyborem, gdy zawsze będziesz wybierał najwygodniejsze rozwiązanie, to z wygody zrobisz sobie jedyny wybór.

Czasem żelazna konsekwencja jest zgubna, a suma wyborów dyktuje zmianę.

A poza tym jest jeszcze tak, że ten element naszej postawy, że chcemy mieć niebo za pół ceny… Nic nowego, chcieli go już przecież robotnicy w przypowieści.

Dzisiaj też tak jest, a zapłata jest tak wielka, że wszystkie różnice giną. Gdyby ci, którzy pracowali świadomie dla Boga długie lata, mieli zazdrościć tym, którzy pracowali, w ich ocenie oczywiście, mniej lub krócej, to pokazaliby, że nie rozumieją, jaką pełnię dostali. Nie mówiąc o tym, że zazdrość w żadnym spisie cnót się nie pojawia. Jeżeli dwóch dostojników, dwóch partyjniaków, dwie pensjonarki kołaczą do Boga, to jak tu szukać kryteriów sprawiedliwego podziału odpowiedzi i darów? Ale to według myślenia ludzkiego. Bóg wie, że Go wystarczy dla wszystkich.

Podobnie w sprawie różnicy wyznań. Ja jestem kundel ekumeniczny, przecież wiesz. Innowierca to dla mnie nigdy nie był człowiek z kosmosu; to było zwyczajne, że tata z nami nie chodzi do kościoła. Bardzo trudno wypośrodkować między ogromną akceptacją „ich”, jako ludzi, a niepełną akceptacją ich tez (nie używajmy tu słowa „dogmaty”). Zresztą tradycyjna polska formacja religijna była tak nieteologiczna, jak tylko możesz sobie wyobrazić.

Sobór. Było widać, że to będzie wydarzenie historyczne; dla tych, którzy się orientowali w sprawie, w nastrojach, także w konieczności zmian, ten rodzący się ferment był bardzo dobrze widoczny. Było wiadomo, że to nie będzie jeden z wielu soborów, jak to zwykle wtedy się zdarzało u nas przy okazji zjazdów partii. Nie masz pojęcia, co to było, kiedy w gazetach każdy kolejny zjazd partii przedstawiano jako historyczny. Nikt potem nie pamiętał, co się na którym działo. Były to zdarzenia tak historycznej wagi jak w wierszu Gałczyńskiego, co to „a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistość, uządzono historycną urocystość”. One tak były historyczne.

Było strasznie dużo tematów w Kościele, które już nabrzmiały; w naszych studenckich sferach to się o tym dużo nie wiedziało, ale jednak. Zwłaszcza studiując na KUL-u. W środowisku KIK-owskim mówiło się o tym bardzo dużo, był autentyczny ferment reformy.

Jakiekolwiek mógł mieć zasługi Pius XII, był zbyt bojaźliwy, by nawiązywać kontakty z ludźmi. Jan XXIII się po prostu nie bał, był tak otwarty, że natychmiast zdobył życzliwość ludzką, sama zmiana papieża już była niemal jak przewrót, od razu był przełom, a to była tylko różnica charakterów. A może nie tylko?… Niemniej podziałała ogromnie.

No nic, Igor, ja już muszę iść, bo zaraz nieszpory.

Czyli do pracy.

Tak, do pracy. „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło…” Ty wiesz, to był pierwszy film, który ja widziałam, zaraz po wojnie, Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków, ojej. Wpadnę do ciebie tak przed kolacją. A jeszcze kawał. Aktualny, bo z tych czasów, o których rozmawialiśmy.

Kawał: facet opowiada dowcipy polityczne w pociągu. Tajniak chce go zatrzymać, przecież ma świadków, ale ludzie mówią zgodnie, że nic nie słyszeli; więc facet stwierdza, że teraz już wie, co to jest Front Jedności Narodu! To jeden z tych kawałów, które sobie na kartce napisałam po grecku, żeby nie zapomnieć, a i przed pogranicznikami treść ukryć, gdy w latach 80. podróżowałam do Anglii. Rozumiesz, ściąga z kawałami.

Jak to się dzieje, że ma się wykształcenie wielorakie, polonistyczne, filo­zoficzne, teologiczne i nagle wstępuje się do klasztoru i to jeszcze klauzurowego, który akurat w Polsce nie cieszy się opinią dobrą. Bo po co w ogóle istnieje. Nie lepiej na pielęgniarkę albo do dzieci, katechizować?

Mam Cię! O tak… to jest ślad Józefa II na naszej psychice, niewątpliwie tak, i Oświecenia: użyteczność, i to użyteczność publiczna.

Ukąszenie, nie heglowskie, tylko józefińskie?

W Polsce religia tam, gdzie był wpływ Habsburgów, podpadła pod ideowe i systemowe „reformy” właśnie józefińskie: przekonanie, że Kościół i religia (o Bogu to oni w ogóle nie mówili) ma pomagać robić więcej wygody na świecie, czyli jeżeli jakaś instytucja religijna jest użyteczna, to może zostać, a jeśli nie, to precz. Na tej zasadzie skasowano w Austrii, więc i u nas w Galicji, klasztory kontemplacyjne.

Likwidowano klasztory, które nie mogły udowodnić, że robią coś na zewnątrz, nawet takie, które z natury i nawet długowiecznej tradycji były czynne. Myślę tu na przykład o duchaczkach lwowskich, które były czynne, ale też na swoje nieszczęście były świeżo uposażone, i było co im zabrać. Nic nie pomogło, że mają szpital, że się zajmują chorymi, że od wczesnego średniowiecza taka jest ich reguła, styl i cel życia. To jest ten utylitaryzm świecki, któremu poddaje się Kościół, i to niewątpliwie w Polsce też jakoś zadziałało najpierw w tej części, która była pod bezpośrednim wpływem józefińskim. Ale rzecz ciekawa, akurat w tej części przetrwało najwięcej życia zakonnego, na jakiej zasadzie i jakim kosztem przetrwało, to mniejsza, i tak przetrwało, jak przetrwało… ale jednak. Nic dziwnego, że galicyjskie pojęcia utrwalane przez stulecie, zdołały jakoś się rozejść i na resztę Polski też. Jakimś przecież pokłosiem, jakimś śladem tego utylitarnego myślenia jest wciąż obecne podejście do spraw zasadniczych, do motywacji: uczy się modlitwy jako proszenia o coś, jak automat do cukierków. To wygląda jak z wizytą w urzędzie, idę, załatwiam, potem o nim nie myślę: taki sam jest stosunek do Boga.

Podobne procesy zachodziły np. w Belgii, to był kraj Habsburgów, wprawdzie w XIX wieku się uniezależnili, ale też już zdążyli łyknąć tego bakcyla, że rozumiane i akceptowane jest życie czynne, a nie kontemplacyjne. Przeciwnie zaś we Francji, gdzie masowo wymierają klasztory czynne, a kontemplacyjne się trzymają, okrojone i nie wszystkie, ale jednak się trzymają. Pamiętam, gdy byłam z wizytą w klasztorze w Pradines koło Lyonu i siostry ubolewały, że jest ich już tylko 80, a one pamiętają, jak ich było 120. Może jest ich teraz tylko 60, ale porównaj z naszymi wspólnotami…

W tej chwili popularność św. Teresy z Lisieux spowodowała, że zakłada się w Polsce Karmele wciąż nowe. Tam, prawda, nie może być więcej jak jakiś limit, 21 sióstr, więc kiedy widać, że przybywa i będzie ich więcej, to trzeba zakładać nowe wspólnoty. No, ale my w tej chwili nawet do 21 nie dociągamy w większości naszych wspólnot. Benedyktynki polskie są w zdecydowanym dołku liczebnym. Nic nie szkodzi, tych dołków było już wiele. To tak jest, jakbyś chciał napisać jakąś książkę, ale napisać ją naprawdę dla Boga, no to Jego rzecz jest, czy On jej powstania chce, czy nie chce. Jeżeli On jej chce, to będę umiała ją napisać. Jeżeli Bóg chce naszej służby, to nas odrodzi, bo już wiele razy nas odradzał. Jeżeli nie, to Jego wola, Jego chwała. W końcu nie przyszłyśmy tu dla siebie, ani żeby podtrzymać przy życiu jakąś instytucję. Owszem, jesteśmy do tej instytucji przywiązane, owszem ona jest naszym światem. Trudno nawet powiedzieć, jak bardzo człowiek czuje się u siebie w klasztorze, w którym na co dzień przebywa. Doświadczam tego zawsze, będąc sama klauzurową zakonnicą i przyjeżdżając do innego klasztoru. Człowiek ten świat rozumie, rozumie go od środka.

Tak mi się skojarzyło, gdy gdzieś się pojawiają informacje przy okazji dnia życia konsekrowanego czy innych tego typu zdarzeń, zwykle zaraz w ślad za nimi idzie publikacja raportów pełnych danych statystycznych dotyczących dorobku zakonnego. I on zwykle gdzieś w tytule ma słowa: zakonnice robią tyle dobrego… i jest wyliczanką, ile przedszkoli, ile szkół, ile zakładów opieki, ile w katechizacji, ile na misjach… To się da policzyć, zmierzyć, wykazać tę produktywność, sprawozdanie napisać i coś udowodnić – światu, może też sobie.

Trafne. Naszego dobra nie da się udowodnić. Były epoki, które o to nie pytały, to było zrozumiałe samo przez się.

To jak z tym wstąpieniem było?

Zwykle na początek pada najgłupsze możliwe pytanie, na które ja odpowiadałam już ileś razy, a ty go na szczęście nie zadałeś.

To może ja posłucham i zadam gdzie indziej i kiedy indziej?

No to ja ci na nie odpowiem, i ty go już nigdzie nie zadasz. To najgłupsze z możliwych brzmi: czy siostrze vel siostrom nie żal tego wszystkiego, co odrzuciły, że to odrzuciły?

A nie, to takiego bym nie zadał, nie…

No widzisz, no widzisz, odpowiedź jest taka: wyobraź sobie człowieka, który przyszedł do restauracji, zamówił swoją ulubioną potrawę, dostał ją i zamiast wcinać ze smakiem, to on się rozczula nad całą resztą jadłospisu, której nie wybrał. Takiego właśnie człowieka robi się z nas, posądzając, że nam żal dokonanego wyboru. Przecież człowiek wybiera w każdej chwili, nawet jak je śniadanie, to wybiera rodzaj chleba czy cokolwiek; wybiera studia, wybiera żonę. I co to by był za student, który zamiast zająć się nauką, rozpamiętywałby, co inni robią i jak fajnie byłoby tam na innym kierunku. Albo co by to był za mąż, który zamiast ożenić się z wybraną, cały czas zastanawiałby się, czy może która inna nie byłaby lepsza. W końcu nic by z tego nie było. Coś zawsze trzeba wybrać. W naszym wypadku Kogoś.

Dla nas jest to wybór Kogoś, a nie odrzucenie czegoś innego: tu jest cały sens. I teraz, pytanie tak stawiane, jak nam ludzie stawiają, wynika stąd, że nie rozumieją, że myśmy wybrały, a nie odrzuciły. I to nawet ludzie wierzący w ten sposób stawiają sprawę, ludzie, którzy jakoś znajdują miejsce dla Boga w swoim własnym życiu, ale nie rozumieją, że można tylko Jego wybrać. No jak Go wybrać, jeśli się Go nie widzi? A jednak można Go wybrać, i wtedy nie myśli się o tym, co się porzuciło. A jeśli się myśli? Co wtedy? Wtedy widać, że taki ktoś może raczej powinien stąd odejść, bo nie rozumie, po co tu jest. Dlatego też potrzeba okresu formacji, czyli zarazem i próby: żeby się zorientować, czy ten ktoś naprawdę otrzymał łaskę, by dokonać takiego wyboru i wytrwać w nim. Oczywiście mogą przyjść trudności. Ale ten podstawowy wybór jest rzeczą absolutnie jasną, a u jej podstaw leży wybór pozytywny. Nie negacja. Żadną negacją żyć się nie da.

Dostałam kiedyś do recenzji książkę Pustelnicy i demony Ryszarda Przybylskiego. Ślicznie wydane przez Znak, na pięknym papierze, piękne okładki, ilustracje, jednym słowem de luxe. Bo to o Ojcach Pustyni; ale co o Ojcach Pustyni? Słuchaj, w tej całej książce raz tylko zjawiało się imię Jezus i to w jakimś ubocznym kontekście. I strasznie dużo o tym, co odrzucili, ale ani słowa o tym, co przyjęli, dlaczego tak się stało, jak ten ich wybór był motywowany czy choćby jak motywowany być mógł.

Rozumiem i chyba też pamiętam tę rzecz: że nie jedli, że nie rozmawiali, nie chodzili.

Ponieważ nic innego autor nie znalazł dla uzasadnienia swojej tezy o idei ruchu pustelniczego w owych czasach, to uzasadnił to w ten sposób, że to wpływ Platona. Śmiech na sali, trzeba wiedzieć, że większość z pierwszych pustelników egipskich, ich były tysiące, to byli analfabeci, nie odróżniali Platona od kanapki z szynką, może nie z szynką, ale niech będzie. Posądzać ich o jakieś -izmy to już… Oczywiście, mogli być platonikami, nie wiedząc o tym, bo to w powietrzu po prostu wisiało. Ale jest druga strona tej sprawy: nie da się żyć negacją. Żadną negacją żyć się nie da. Długo. Można zapalić się do jakieś negacji, ale trzeba mieć mnóstwo afirmacji na boku. Kto próbuje żyć wyłącznie negacją, wpadnie w nihilizm, sekciarstwo albo na zasadzie skoku na drugą stronę, wpadnie w… oj, jak ja nie lubię tych -izmów, no w każdym razie w życie konsumpcyjne, bo ta negacja musi się jakoś skompensować jakąś choćby cielesną afirmacją.

Kto by na pustyni próbował żyć negacją, Igor, to by z niej wiał, aż się będzie kurzyło za nim. Bo tam rzeczywiście już nie ma nic, więc jak żyć. Nic uchwytnego nie ma!

Albo była taka książka niejakiego pana Léo Moulina, to był Belg, frankofoniczny, specjalista od historii średniowiecza, zwłaszcza monastycznej, znawca ogromny wszelkich procedur elekcyjnych, który dał się namówić na napisanie książki Życie codzienne zakonników w średniowieczu X–XV wiek. I ona u nas wyszła, wydał ją PIW. Cała bieda w tym, że autor był człowiekiem niewierzącym i po prostu nie rozumiał, skąd oni się tam w tych klasztorach wzięli, czego oni tam w tych klasztorach chcą i jaki to ma sens. To jemu się nie układa w żaden czytelny związek przyczynowy. I śmiech powiedzieć, jak bardzo wyraźnym odbiciem tego chaotycznego pojęcia o życiu zakonnym jest chaotyczny układ tej książki, zupełnie tam nic nie wychodzi jedno z drugiego, o tak mniej więcej, jak my skaczemy z tematu na temat w tej naszej długiej rozmowie.

Z tym, że może nam się to jakoś poukłada, to znaczy ty ułożysz, bo ja mam inne sprawy na głowie, a jemu to się nie układało i nie ułożyło ostatecznie w żadną całość; skacze, powtarza wielkie partie tekstu, sprawa jakichś ciasteczek powtarza się trzy czy cztery razy w tekście, choć pies drapał ciasteczka! To jest jedno wielkie niezrozumienie, to jest tak, jakby on, nie on jeden zresztą, do życia monastycznego podchodził jak do zamkniętego budynku coraz to z innej strony, myśląc, że go gdzieś w końcu którędyś wpuszczą. Ale nie dostaje się do środka żadnymi drzwami, wszystkie są pozamykane. Musiałby wiedzieć, kto mieszka w środku, ale on tego nie wie.

Ta książka wyszła pierwotnie w jakimś wydawnictwie francuskim, w serii, w której te książki we francuskim cyklu nie mają ilustracji, natomiast w naszym zawsze ilustracje chcieli mieć, wobec tego dodali. Podpisy pod tymi ilustracjami: zwłaszcza jeden pamiętam. Wyobraź sobie inicjał, litera chyba H, która ma być pierwsza słowa Hieronymus, na niej jest jedną kreską postać papieża, drugą Hieronima, łącznikiem zaś jest książka, którą jeden drugiemu podaje. Chodzi o to, że papież Damazy kazał Hieronimowi tłumaczyć Pismo Święte. No pięknie, tylko że w podpisie z Damazego zrobiono Damiana, a z faktu, że średniowieczny iluminator pokazał Hieronima jako mnicha w aktualnie istniejącym habicie z epoki tego iluminatora, to jest w habicie cysterskim, wysnuto wniosek, że oto papież wręcza Biblię do tłumaczenia św. Hieronimowi, mnichowi z Cîteaux. Co tam sześćset lat różnicy między epoką życia Hieronima a epoką Cîteaux… Wspominam o tym dlatego, by wyjaśnić, jak odległe jest od powszechnej świadomości życie kontemplacyjne, nawet w jego najbardziej manifestacyjnych i jasnych przejawach, jak trudno się w nim zorientować i jak łatwo bez gruntownej znajomości rzeczy się pomylić.

To dla mnie czytelne. Fakty faktami, te porządny redaktor i korektor powinni zweryfikować. Kluczowa jest chyba nieumiejętność, a może po prostu niemożność pojęcia i akceptacji, przyjęcia do wiadomości akceptującej, tak powiem, relacji duchowej, nie tyle nawet tej odnoszącej się do dat, faktów, stroju. Bardziej duch niż materia.

Zrozumiałeś! Nie żyje się negacją, żyje się afirmacją. Ale żeby była afirmacja, to trzeba mieć Kogoś, Kogo się tak mocno afirmuje, że właśnie chce się żyć dla Niego. Nie mam zielonego pojęcia, jak to się dzieje, nie jestem mocarzem ducha ani miłości, ja wiem, PO PROSTU wiem, że dla mnie to ma sens, ta służba, to oddanie, że głową i nogami bym w to wlazła, gdyby się dało wleźć cieleśnie, ale nie można, to się włazi jakoś duchem.

Bóg, ponieważ jest Bogiem, to Mu się należy totalna służba. Gdyby nie grzeszność naszej natury, bylibyśmy wszyscy, w jakimkolwiek stanie kto by się znajdował, duchowo mnichami, w tym sensie, że całe nasze życie byłoby dla nas totalną służbą. Nie byłoby potrzebne specjalne życie zakonne, każde życie byłoby tak samo oddane. Ale w tej sytuacji, która istnieje, skoro grzeszność nas zaślepia, to należy się Bogu przynajmniej od niektórych jak najbardziej totalna służba. I to jest istota sprawy. Należy Mu się. Nie, że mnie to się podoba, że ja chcę, że mnie to przekonuje, albo mi sprawia przyjemność i ja chcę; to też fakt, ale nieistotny. Istotne, że Bogu się należy.

Oczywiście, człowiek do sprawy wchodzi pomału, porządkuje ją w sercu, odkrywa. Tylko jest jeszcze jedna rzecz: możesz się założyć, że odkrycie, które robisz w wieku 40 lat, zrobiłeś już w wieku 20 lat, tylko że teraz rozumiesz to jeszcze pełniej i wydaje ci się to rzeczą zupełnie nową.

I jeszcze jak się ma 70? Na nowo?

Oczywiście, i teraz nareszcie rozumiem. Może jakbym dożyła 90, to jeszcze raz i znowu na nowo? Jeszcze lepiej wtedy wszystko pojmę, a przynajmniej tak by mi się wydawało, gdybym dożyła i gdyby to odkrycie się ponowiło.

Tak, jak teraz, odpowiadając na te twoje pytania, gdy przeglądam swoją przeszłość, też widzę, że różne sformułowania są dla mnie bardzo stare, a jednocześnie już parę razy były jakby autentycznym, nagłym odkryciem. Czy to znaczy, że krążę w kółko? A niech będzie, co mi to szkodzi, mogę krążyć w kółko, bylebym trwała w służbie Pańskiej!

Na co Mu ta służba? Zupełnie niepotrzebna, w sensie dokonania czegoś. Po nic. Po nas widać, że w sensie tych policzalnych dokonań, wymiernych, no to nie ma z czym do ludzi. Nie ma czym się chwalić, to jest czysty dar Boży i nic więcej.

Jest w Ewangelii, przypomnij sobie, mamy mówić: jesteśmy słudzy nieużyteczni. No tak, ale zobacz: słudzy nieużyteczni, ale bardzo szczęśliwi, że służyć mogą, że im wolno, bo to jest łaska i szczęście, że mogą! Nie to, że Pan Bóg przez nas czegoś wiekopomnego, historycznego, przełomowego dokona, że będzie w kronikach zapisywane na wieczną rzeczy tej pamiątkę, że się da ująć w tabele; ja nie mam nic przeciwko temu, co się mierzy w tabelach, ale nie o to chodzi. Ktoś kompletnie wyczerpany tą naszą nieprzydatnością i rwący włosy z głowy, by jakoś tę naszą użyteczność uzasadnić, no bo inaczej to co z nami robić? – to ci będzie wynajdował, że przynajmniej dajemy świadectwo prymatu Boga – dobrze, niech mu będzie, ale nam nawet nie o to chodzi. Nam o Boga samego chodzi.

A poza tym trzeba przypomnieć, że sam Pan Jezus nie miał ochoty ani planu przekonywać takich, którzy nie są zdolni pojąć. Kto może pojąć, niech pojmuje, a kto nie, ten może i obejdzie się bez. No i dobrze.

A, jeszcze pytanie: co my z tego mamy? No jak, no co my z tego możemy mieć?

Ciche wygodne życie. Jeść dadzą, do pracy nie trzeba chodzić, użerać się, bać o dzieci i ich przyszłość, zgryzać z tą obcą kobietą, znaczy synową, która chodzi po kuchni. Długo można wyliczać. Nawet nie trzeba się zastanawiać, w co się ubrać. I do tego zbawienie duszy na gwarancji…

Masz pełną rację, tak jest postrzegane od zewnątrz nasze życie. Bo fakt, że my musimy, jak każdy człowiek, zarobić na siebie, na ogół nie mieści się ludziom w pojęciach. Tak tak, patrzący z daleka nie pojmują: jak to, Kościół was nie żywi? No, już widzę, jak nas Kościół hierarchiczny będzie żywił…

Często też myśli się, że ktoś do klasztoru wstąpi, ofiarę złoży z siebie, życie modlitwy ma wspaniałe i niezmącone niczym. Nieprawda. Wszyscy jesteśmy nędzni ludzie i trzeba nas wychowywać. I Pan Bóg nas wychowuje. Nie przychodzi to wychowanie ani przez ciągłe rozkosze duchowe, ani nawet przez częste rozkosze duchowe, ani przez sjestę. Zapewniam.

Mój Pan ma prawo żądać ode mnie służby o suchym pysku. Nie musi mnie cały czas marchewką pociągać czy trzymać mi tej marchewki przed nosem, żebym szła.

Są chwile, oczywiście chwile, ja bym to nazywała chwile zrozumienia, jakieś jaśniejsze, owszem są. Tyle że one są daleko od siebie. To jest tak jak tankowanie benzyny. Nie tankujesz co pięć minut, tylko jedziesz na tej zatankowanej benzynie kawał drogi i dopiero po ujechaniu jakiegoś odcinka potrzebujesz następnego zatankowania.

Pamiętam, to, co ci przedtem mówiłam, że w sytuacji bezgrzeszności wszyscy bylibyśmy jak mnisi i nie byłoby potrzeby wyodrębniać życia monastycznego jako Bogu oddanego, bo każde byłoby Bogu oddane. Wiesz, kiedy ja na to wpadłam? To mi przyszło do głowy, gdy latem byłam na plaży, więc było to jeszcze za świeckich czasów, za studenckich czasów.

I to na plaży nachodzą takie myśli?

No, a gdzie, i czemu nie na plaży, a co ci plaża w tym wadzi? Jeśli człowiek jest czymś intensywnie zajęty, to może i na plaży czy gdzie indziej dokonać rozmaitych spostrzeżeń i dojść do różnistych wniosków. Utkwiło mi to w pamięci, jako skojarzenie, że to wtedy się stało. Wiesz co, to tak jakbyś mnie zapytał, czy człowiek zakochany może myśleć o kochanej osobie na plaży.

Wracając do tej mnisiej wygody i pytania o korzyści z powołania. Zakładamy idealistycznie, że w klasztorze występuje stan bezgrzeszny.

To jest tak idiotyczne założenie, że niewiele jest głupszych. Ale się zdarza czasami.

Przychodzi kandydatka głęboko przekonana, że jak na próg wejdzie, aureola wyrasta. Jeszcze się drzwi za nią dobrze nie zamknęły, a ona już się maca za uszami. I potem zamiast dostrzegać, że jakoś ta aureola nie wyrosła, zauważa, że tym innym zakonnicom, co są tu rok, dziesięć, pięćdziesiąt lat, też jakoś nie wyrosła… i gorszy się strasznie, jaki zły przykład! Jej mistrzyni mówi, że ma robić tak i tak, a widzi właśnie, że jakaś zakonnica robi inaczej, bo ktoś gada na schodach, a to grzech, na schodach absolutnie nie wolno! Albo nie w tym czasie gada; albo jeśli się pokłócą stare mniszki. Nowicjuszki jedna przez drugą pędzą do swojej mistrzyni z ciężkim doświadczeniem, jakie to są zgorszone. A same się potrafią kłócić w nowicjacie, że hej! – Bo tamte już tu są tak długo! – Posiedź, zobaczysz, czy się zmienisz.

Siedzi się dla zmiany?

No, między innymi też. Jeżeliby człowiek nie wzrastał, nie przemieniał się, to kiepska byłaby ta służba. Z tym jednak, że absolutnie nie wolno sądzić nikogo, a już zwłaszcza, gdy w klasztorze jest się tak blisko jedna od drugiej czy jeden od drugiego. Bo sądzi każdy według własnych standardów. Gdzie on się umie opanować, tam każdy powinien… a nigdy nie wiesz, od czego ta druga osoba startowała, jakie ma podłoże, dziedzictwo, co z domu wyniosła, gdzie i jak się wychowywała, jakie ma geny wreszcie.

Nie ma żadnego prawa nikt osądzać, czy ten drugi idzie w służbie Bożej szybko, bo nie wie, jakie są jego siły, jaki jest punkt wyjścia. To jest to, co św. Paweł pisze – jeden drugiego brzemiona noście. To nie dość mi własnego ciężaru? Figa z makiem. Właśnie nie o to chodzi. No, ale jeśli się widzi własny ciężar, to już jest dobrze. Ale ostatecznie to nawet dla własnego dobra nie powinno się chodzić tylko z własnym ciężarem; jeśli nie ma innej lepszej motywacji, to choćby dlatego.

W klasztorze to się chyba wie, a może wiedziało się, może teraz jest inaczej. Często spotykam w archiwach dawne wzorniki rozmów, takie formacyjne… Jak spędzić czas na duchowej przechadzce, o co ma pytać mistrzyni, jak ma odpowiadać nowicjuszka. Kiedy pyta nowicjuszka, co odpowiada mistrzyni. Sztywne to jest i odtwórcze. Ale to chyba dzisiaj już wyłącznie taka archiwalna ramota?

Dopiero epoka potrydencka wprowadziła jako prawo w polskich klasztorach to, co średniowiecze wiedziało już dawno: że aby coś zrozumieć, trzeba przetłumaczyć to na nasz rozum, wytłumaczyć tak, by każdy zobowiązany zrozumiał.

W XVI wieku intelektualne podejście do spraw wiary jest dla wielu odkryciem, te pytania i odpowiedzi jako wzory rozmów, to była niegdyś absolutna nowość… I dlatego pytań i odpowiedzi powstawało mnóstwo. I bardzo dla tego czasu dobrze, tylko jeżeli masz odpowiedzieć na pytanie nowicjuszki, to musisz poczekać, aż ona je postawi. Inaczej ty gadasz o jednym, a ona myśli o drugim; twojego tematu nie odczuła, nie jest to jej problemem. Psu o gwiazdach w tej sytuacji gadać.

Z jednej strony trzeba wprowadzić jakieś podstawy; sama się nad tym głowię, jak metodycznie w formacji zakonnej to dzisiaj powinno być ustawione. Teoria życia monastycznego, trochę jest, trochę jej nie ma, jakieś wprowadzenie do życia monastycznego byłoby konieczne, ale za stara jestem, żeby to zrobić. Tych zobowiązań jest tak wiele, ale kiedy, na litość Boską, kiedy? Sześć prawd wiary, które rozpisałam i wyszło drukiem, one wynikały z konieczności, z przymusu chwili. Bracia przynajmniej przechodzą kurs teologii, a siostry, bo dla nich jako taki minipodręcznik formacji to przygotowałam – i to nie. O nowicjuszce często myśli się, że jeśli się jakoś z Panem Bogiem dogadała, jeśli usłyszała głos powołania i poprawnie na to wołanie odpowiada, to dalej już będzie dobrze… A nie będzie, jeśli ona wyląduje w całkowitej pustce motywacji. Stąd ta próba zasugerowania podstaw teologii dogmatycznej i moralnej, w jakimś ich połączeniu i odpowiedniości. Tego zawsze było trzeba i tego trzeba dzisiaj także. Popatrz, napisałam tam tak: „Przyjmując kogoś do klasztoru, akceptując kandydatkę, zakładamy, że skoro jej serce jakoś «dogadało się» z Bogiem, ma ona pojęcie o prawdach wiary, czerpane z nauki religii w szkole, z życia liturgią w parafii czy w grupach modlitewnych, oraz z lektury Pisma Świętego”. To jest bardzo ryzykowne, bo na wejściu zakłada, że wszystko już się stało, że ani czego zmieniać, ani szukać, ani pracować, ot być.

Szuka się po omacku?

Czasem tak. Wielkie odkrycie mojego pokolenia to był powrót do Ojców Pustyni, do korzeni naszej tożsamości. I zabawne, wiesz. Jeszcze w XVIII wieku entuzjastycznie ich czytano w przekładzie Sebastiana Piskorskiego, kanonika krakowskiego z końca XVII wieku: Żywoty ojców abo dzieje duchowne, powieści starców, zakonników, pustelników wschodnich. Tenże przekładał z przekładu łacińskiego tekstu greckiego, więc to już było trzecie piętro! Dziś nikt by nawet nie chciał spojrzeć na takie coś. Wtedy to było jedyne dostępne, więc czytano i korzystano obficie. Różne dziwne rzeczy tam się działy. Ogromne tomisko. Tę książkę spotkasz we wszystkich bibliotekach klasztornych i poklasztornych. Gdziekolwiek byłam, zawsze znajdowałam ją w stanie absolutnego zaczytania, w niepierwszej oprawie, z ubytkami stron, niektóre kartki tak zużyte, że margines już nie istniał, ta książka była najwyraźniej ulubioną lekturą. Obok na półce mogło stać coś, czemu nawet stron nie rozcięto. Bardzo wyraźnie widać, że niektóre publikacje bywały wśród zakonnic niepopularne, choć pobożne bardzo.

Potem zapomniano Ojców Pustyni tak dokładnie, że w ogóle nie wchodziły te treści w naszą formację, mojego pokolenia. No owszem, było wiadomo, że byli jacyś pustelnicy, ale za naszych czasów zaczynało się dopiero od św. Benedykta. A fakt, że on zbiera ich doświadczenia i dokonuje bardzo wyraźnego wyboru, niektóre nurty przyjmuje, niektóre odrzuca, to nikogo nie obchodziło.

Jak zwykle zadziałał tak zwany przypadek, Twój ulubiony. Jakiś gość zagraniczny był u nas w Żarnowcu, nie pamiętam już kto, w każdym razie gość jednorazowy. I pytał nas, czy my otrzymujemy z Francji jakieś książki. No nie, ależ skąd.

Sources Chrétiennes? No nie, nie mamy. To taka ogromna seria wydawnicza, w każdym tomie oryginał grecki lub łaciński plus przekład francuski. Gość zatroszczył się i przysłano nam między paru innymi pozycjami tom konferencji św. Doroteusza z Gazy. Autor późnawy, odrobinę nawet późniejszy od Benedykta, tyle że w Palestynie. Tekst grecki i przekład. Kiedy zaczęłam czytać, wpadłam w zachwyt. I natychmiast… są takie teksty, że nie możesz obok nich przejść, tylko musisz się nimi podzielić, więc jeśli są w języku obcym, to je tłumaczysz. Wszystko idzie w kąt, tylko to musisz zrobić. Zaczęłam je tłumaczyć na użytek kongregacji benedyktynek polskich. Byłam tak w połowie przekładu… Jednocześnie byłam już wtedy przewodniczką po skarbcu w Żarnowcu. Czasem grupy gości były tak duże, że się w dwóch autokarach mieściły, czasami przychodziła pojedyncza osoba. Raz zjawił się jakiś nieznany ksiądz, jak się okazało, Marek Starowieyski, młodziutki wtedy jeszcze, wyglądał zgoła na kleryka. Coś zaczął mówić o lekturach patrologicznych. Ja mu powiedziałam, że tego Doroteusza odkryłam i tłumaczę. Strasznie się przejął, obiecał wydać, więc i wzięłam się tym pilniej do tego przekładu. W 1980 roku wyszło to tłumaczenie Św. Doroteusz z Gazy, nauki ascetyczne w wydawnictwie Akademii Teologii Katolickiej. Żeby było śmieszniej: to pierwsze wydanie to jest wydanie powielaczowe. Nie miał kto zapłacić za lepsze.

Ksiądz Starowieyski przysłał mi potem inną śliczną rzecz, ilustrowane greckie wydanie Księgi Starców – najwcześniejszy dokument życia pustyni. Przetłumaczyłam. Wyszło w Znaku jako Gerontikon – Księga Starców w 1983 roku, i Znak się zapalił, to była wielka nowość. Pierwsze wydanie ukazało się tak ładnie, jak tylko mogli to wtedy wydać, z inicjałami, rysunkami. To się nazywało „książka specjalnej troski”. Od tego czasu, od 1983 roku, i Tyniec, i Wydawnictwo M, wydały to także. Kupić sobie dzisiaj Księgę Starców to jak splunąć, w pierwszym kramie, albo prawie. Natomiast dla nas to było odkrycie, jak zejście do swoich korzeni; wiele rzeczy nam się wyjaśniało w naszej regule przez ten kontakt z Księgą Starców. Zresztą kiedy się coś w jeden logiczny ciąg składa, to dla mnie jest zawsze wielka radość. Wiesz, że tak to przeżywam.

Były to czasy, gdy patrologia w Polsce dopiero się zaczynała. Lata 70., 80., jeden czy drugi przekład, i już się liczyłam do grona patrologów polskich… choć o patrologii nie miałam zielonego pojęcia. Teraz to jest normalna gałąź nauki, mnóstwo przekładów i studiów, jedni z drugimi dyskutują, przebijają jedni drugich jakimiś nowymi ujęciami, odkryciami. Ale wtedy były dopiero początki. Więc jako niby patrolog, w 1980 roku pojechałam do Wrocławia na zjazd jubileuszowy, bo to było 1500-lecie przypuszczalnych urodzin św. Benedykta. Miałam mówić o dziedzictwie Ojców Pustyni w regule św. Benedykta. No i pięknie, wylądowałam w tym Wrocławiu o 4. rano, na dworcu pełnym pijaków, wzięłam taksówkę, kazałam się wieźć do seminarium. Dotarłam na miejsce. Taksówka pojechała, ja stoję, dzwonię, dzwonię i nic. Skwerek, drzewka szumią, październik, nie tak bardzo zimno, ale i nie ciepło. Nikogo nie ma. Jakieś gmaszyska dookoła. Dzwonię, nic. Co tu robić? Usiąść na ławce można, ale się zdrzemnę, bo bardzo jestem śpiąca, a wtedy się zaziębię: nie ma sensu. Można by odmawiać pacierze, ale ciemno. Stanęłam pod najbliższą latarnią i mówiłam brewiarz. Co parę psalmów szłam dzwonić, wracałam i mówiłam dalej. Wreszcie koło 5.30 otwiera mi drzwi zaspany kleryczek. Co się okazało… Posadzono dwóch kleryków, żeby przez całą noc wpuszczali ewentualnych gości. Obaj zasnęli twardo, natomiast wszystkie moje dzwonki od pierwszego do ostatniego słyszał ze swojego pokoju organizator zjazdu, który dopinał jeszcze wszystko na ostatni guzik i nie spał; ale myślał, że to co jakiś czas ktoś kolejny przyjeżdża, dzwoni i jest wpuszczany. W pewnym momencie zorientował się, że coś tych gości jest za dużo, bo tyle to on nie naspraszał, ile tych dzwonków już było. Poszedł na dół sprawdzić, co się dzieje, i zastał tych chłopaczków śpiących smacznie… A mnie pod drzwiami. Sam się oddalił, kazał mnie wpuścić. Przerażony i zaspany kleryk załamywał ręce. Ale co ja z siostrą zrobię, siostra tu nocować nie może, to jest seminarium – usłyszałam. No nie, ja nie chcę tu nocować, bo już jest rano, ja chcę tylko w waszej rozmównicy usiąść na kanapie. I nic więcej. W końcu mnie wpuścił… Zdrzemnęłam się na tej kanapie i tak się przygoda skończyła, z małym wyjątkiem: strasznie się wymięłam. Byłam oczywiście w całym rynsztunku. Nie ośmieliłabym się zdjąć nawet tylko welonu w tym świętym przybytku męskiej pobożności. Kiedy poszłam do sióstr, u których miałam zamówiony nocleg, by się rozpakować, to postanowiłam wyprasować welon i z tej senności wypaliłam dziurę jak dłoń. Tak musiałam go upiąć, żeby za bardzo nie było widać. Do dziś mam welon z łatą na widocznym miejscu. Korzyść była z tego taka, że w ogóle nie miałam czasu, żeby się denerwować wystąpieniem. Zresztą nigdy nie denerwowałam się własnymi wystąpieniami publicznymi, one były tak rzadkie, jakby w ogóle mnie nie dotyczyły. Gdy się zdarzały, myślałam o sobie: To jest jakaś pani, która ma coś tam mówić, ale co mnie do niej. Niech sobie kobita gada. Na moje normalne życie to i tak nie wpłynie, kariery naukowej nie robię, nie zależy mi na tym, jak to będzie przyjęte i nie mówię w końcu takich rewelacji, żeby było warto się przejmować.

To była dygresja od Ojców Pustyni.

Też się przecież było na pustyni, niby na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu, ale poniekąd to była pustynia.


Fragment książki Porozmawiajmy jak Borkowska z Borkowskim


Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora honoris causa. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

Igor Borkowski, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, praktyk i teoretyk dziennikarstwa, pisał reportaże, teraz pisze o reportażu. Zagląda za klasztorną kratę, by przyjrzeć się życiu mniszemu. Lubi czas i jego zmienność, dlatego sporo uwagi w swoich badaniach i publikacjach poświęca tanatologii.

(Visited 2 249 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij