Umieszczony przez 15:11 Duchowość monastyczna

Zasady walki z namiętnościami / część 3 /

Bitwa skończona. Dziękuj Panu za wybawienie od klęski, lecz nie oddawaj się zbytnio radości z ocalenia, nie dopuszczaj do beztroski, nie osłabiaj gorliwości…

Bitwa skończona. Dziękuj Panu za wybawienie od klęski, lecz nie oddawaj się zbytnio radości z ocalenia, nie dopuszczaj do beztroski, nie osłabiaj gorliwości – wróg bowiem często pozoruje tylko swoją porażkę, aby łatwo powalić cię atakiem z zaskoczenia, gdy oddasz się poczuciu bezpieczeństwa. Nie zdejmuj zatem zbroi i nie zapominaj o zasadach bezpieczeństwa. Bądź zawsze trzeźwym i czujnym wojownikiem. Lepiej usiądź i przelicz zdobycz; rozważ cały przebieg bitwy – jej początek, rozwinięcie i wreszcie to, co było jej przyczyną, co doprowadziło do jej szczególnego nasilenia i co położyło jej kres. Będzie to swoista kontrybucja ściągana z pokonanych, która nadzwyczaj ułatwi przyszłe zwycięstwa nad nimi. W ten sposób nabywa się duchowej mądrości i doświadczenia ascetycznego. Nie mów nikomu o zwycięstwie, bo to mocno rozwścieczy nieprzyjaciela, a ciebie pozbawi sił. Próżność, której przy tym uniknąć nie sposób, otworzy bramę zamku duszy – i po zwycięstwie nad jednym wrogiem trzeba będzie się zmagać z całym ich tłumem. Jeśli natomiast zostaniesz pokonany, okazuj skruchę, lecz nie uciekaj od Boga, nie upieraj się, spiesz, by zmiękczyć swe serce i doprowadzić je do skruchy (raskajania). Nie da się uniknąć upadku, lecz kiedy się upadnie, można i trzeba powstawać. Ten, kto biegnie w pośpiechu, jeśli nawet potknie się o coś, szybko wstaje i znów podąża do celu – więc naśladuj go. Pan nasz podobny jest do matki, która prowadzi dziecko za rękę i nie opuszcza go, choćby wielokrotnie potykało się i upadało. Zamiast trwać w bezczynnym zniechęceniu, lepiej jest zmobilizować się do nowych czynów, a z upadku wyciągnąć lekcję pokory i roztropności, by nie chodzić tam, gdzie jest ślisko i nie można uniknąć upadku. Jeśli nie zgładzisz grzechu szczerą skruchą, to zbuduje on niejako w tobie swą fortecę i niechybnie ściągnie cię w dół, na dno grzesznego morza. Grzech weźmie nad tobą górę, a ty znowu będziesz musiał rozpoczynać od pierwszej bitwy; jeden Bóg wie, czy będzie to możliwe. Być może oddawszy się znów grzechowi, przekroczysz granicę nawrócenia; być może potem nie znajdzie się już żadna prawda zdolna poruszyć twoje serce; być może nie będzie ci nawet dana taka łaska. Wówczas już tutaj należeć będziesz do grona skazanych na wieczną mękę. Na temat zasad walki należy powiedzieć ogólnie, że w istocie nie są niczym innym jak tylko zastosowaniem uniwersalnej broni w konkretnych przypadkach, i że w związku z tym nie sposób ich wszystkich przedstawić. Kwestia walki wewnętrznej jest niepojęta i ukryta, jej formy nieskończenie zróżnicowane, a prowadzące ją osoby zbyt liczne: to, co dla jednego stanowi zgorszenie, dla innego nie znaczy nic, co jednego szokuje, na to drugi pozostaje całkowicie obojętny. Dlatego zdecydowanie nie da się ustalić dla wszystkich jednej zasady. Najlepszym wynalazcą zasad dla każdego jest on sam. Doświadczenie wszystkiego nauczy – trzeba tylko mieć żarliwe pragnienie, by przezwyciężać siebie. Pierwsi asceci nie uczyli się z książek, a jednak stanowią dla nas wzorce zwycięzców. Poza tym nie powinno się zbytnio polegać na samych tylko zasadach – stanowią one jedynie zewnętrzną ramę. To, co jest istotą, każdy pozna jedynie z doświadczenia, gdy zacznie walczyć naprawdę. W tym dziele jako przewodnik zostaje tylko własny zdrowy rozsądek i powierzenie się Bogu. Wewnętrzny bieg życia chrześcijańskiego w każdej osobie przypomina starożytne, podziemne tunele, nadzwyczaj skomplikowane i tajemnicze. Wchodząc do nich, adept otrzymuje tylko kilka ogólnych wskazówek – w jednym miejscu masz uczynić to, w drugim tamto, tu poruszać się według takiej wskazówki, tam – według innej, a potem pozostaje wśród mroku sam, czasami ze słabym światełkiem lampki oliwnej. Całe jego powodzenie zależy od przytomności umysłu, roztropności i przezorności oraz od niewidzialnego kierownictwa. Podobna tajemniczość właściwa jest także wewnętrznemu życiu chrześcijańskiemu. Tu każdy idzie sam, mimo że ma wokół siebie mnóstwo reguł. Tylko ukształtowane uczucia serca, a zwłaszcza sugestie łaski pozostają dla człowieka stałymi, niezawodnymi i nieodłącznymi kierownikami w walce – reszta go opuszcza.

Taki jest przebieg walki z każdą namiętnością, żądzą i myślą. Podobnie jak namiętności i żądze, również myśli wszystkie są sobie równe. Nie ma więc specjalnej potrzeby szczegółowego rozpatrywania, jak zwalczać każdą myśl. Uczynimy tylko kilka uwag:

Myśli bywają subtelne i arcysubtelne lub też proste i prostackie. Te ostatnie każdy może zauważyć nawet sam; pierwsze natomiast są niezauważalne, gdy przebywają w sercu, a ujawniają się później – w uczynkach i na dodatek raczej innym ludziom niż nam. Jest to zachęta, by w najmniejszym stopniu nie ufać swojemu spokojowi, dobroci i czystości, lecz zawsze mieć je w podejrzeniu. Trzeba uważnie śledzić przebieg swoich praktyk i przyglądać się, jakie myśli im towarzyszą i je kończą, aby potem osądzić, co tkwiło wewnątrz na początku. Najlepiej zresztą jest mieć do pomocy jakąś inną, zaufaną osobę. Wprawne oko zaraz dojrzy z zewnątrz, co się w nas kryje, choćbyśmy sami tego nie dostrzegali. Mówiąc o myślach najsubtelniejszych, nie chodzi nam wyłącznie o myśli duchowe. Trafiają się myśli tego rodzaju również ze strony ciała i duszy. Ich cechą wyróżniającą jest niezauważalność, głębokie ukrycie, tak że człowiek sądzi, iż postępuje w sposób czysty, bez domieszki namiętności, a w rzeczywistości kieruje się tą ostatnią. Przyczyną tego jest jeszcze nie utrwalona czystość serca lub – innymi słowy – nieukształtowana umiejętność oddzielania tego, co naturalne, od tego, co nabyte. Kiedy to nastąpi, wtedy to, co subtelne i najsubtelniejsze, stanie się proste i prostackie, doświadczenie bowiem wyostrzy uwagę i uczucia serca nauczą się rozróżniać dobro i zło.

Istnieją myśli, pragnienia i namiętności, które przychodzą w postaci nagłych ataków i krótkotrwałych wzburzeń, i istnieją też ciągłe, trwające dniami, miesiącami i latami. Pierwsze są łatwe do odparcia, ale lekceważyć ich nie należy. Trzeba uważnie obserwować nie tylko je same, lecz także ich porządek. Wróg jakby z zasady nie od razu zaczyna od namiętności, lecz od myśli, i często ten zabieg powtarza. Za pierwszym razem przepędzony gniewem, za drugim i trzecim może zostać przyjęty bardziej życzliwie. Potem zrodzi się żądza i namiętność, a stąd jeden krok do zgody i czynu. Myśli długotrwałe są ciężkie i zabójcze; to głównie im przysługuje miano kuszących. Wiedzieć o nich trzeba, że pochodzą od wroga, a nie z naszej natury, chociaż dotyczą tego, co jest naturze właściwe, i że Pan dopuszcza je zgodnie ze szczególnym zamiarem dotyczącym naszego oczyszczenia, aby doświadczyć i umocnić naszą wierność, wiarę, stałość i umiejętność budowania człowieka wewnętrznego. Należy zatem znosić je z łagodną cierpliwością, choćby nawet były bardzo gorszące dla nowego serca, uświęconego przez łaskę – jak bluźnierstwa, rozpacz, niewiara. Najważniejsze, by przez cały czas nie skłaniać się ku nim, nie przyswajać ich sobie i utrzymywać serce wolne od nich, myślą i wiarą oddalając je od siebie i strzegąc swojej wolności.

Myśli, z którymi trzeba walczyć, nie zawsze są złe, a często nawet na pozór dobre i bardzo często moralnie obojętne. Co do złych – jest jedna zasada: natychmiast je przepędzać, natomiast te ostatnie wymagają badania czy zastanowienia. Do tego odnosi się wychwalana przez wszystkich umiejętność rozróżniania myśli: jakie realizować, a jakie odrzucać. Zasady tu zaproponować nie można. Niech każdy uczy się z własnego doświadczenia, bowiem człowiek tu do człowieka podobny nie jest, tak aby cudze mu pasowało. Lepiej będzie postępować w ten sposób: porządek spraw został ustano­wio­ny, więc stosuj się do niego, a wszystko, co przychodzi nowego, jakkolwiek dobre by się wydawało, odrzucaj precz. Jeżeli w myśli nie ma nic złego – ani w niej samej, ani w jej konsekwencjach, to nie skłaniaj się do niej natychmiast, lecz poczekaj, by nie postąpić pochopnie. Niektórzy pięć lat czekali, nie spełniając zamiarów. Podstawową zasadą jest nie ufać swojemu rozumowi i sercu, a z każdej myśli zwierzać się swojemu kierownikowi. Naruszenie tej zasady zawsze było i pozostaje powodem wielkich upadków i złudzeń.

Zła myśl kusi, a pozornie dobra zwodzi. Kto daje się zwabić pierwszej, o tym mówi się, że popełnił grzech, że upadł; kto zaś om­a­miony został przez drugą, ten zwie się zwiedzionym. Czy da się przedstawić wszystkie złudzenia, według ich początków i właściwości? Do właściwości stanu zwiedzenia należy przede wszystkim to, że człowiek uważa się za takiego, jakim nie jest – na przykład za osobę powołaną do tego, by pouczać innych, zdolną do niezwykłego życia itd. Źródłem takiego stanu jest arcysubtelna myśl, że oto jestem osobą znaczącą, znaczącą niemało… Nędzarz mniema o sobie, że jest kimś. Do tej głęboko ukrytej wyniosłości przyczepia się wróg i oplata człowieka. Zresztą każda subtelna, zła myśl, nie zauważona przez nas, utrzymuje nas w stanie zwiedzenia; myślimy wówczas, że kierujemy się myślą dobrą i pobożną. Można rzec w związku z tym, że nie ma chwili, w której nie bylibyśmy jakoś zwiedzeni, chodzimy jakby wśród omamów, opętani przez nie to w tej, to w innej formie. Dzieje się tak dlatego, że zło wciąż jeszcze pozostaje wewnątrz, nie ulotniło się, a dobro trwa na powierzchni; z tego powodu mamy w oczach jakby mgłę od oparów.

Co się tyczy każdej konkretnej myśli, to dobrze jest uprzednio zbierać o nich wiadomości, czyli mieć pojęcie o nich, o źródłach ich pochodzenia oraz o sposobach ich odpędzania. Będzie to magazyn zapasów, bardzo przydatny na wypadek walki. Kiedy bowiem myśl nie została odpędzona przez nienawiść i zaczęła się rozmnażać, nęcąc i przekonując, wtedy trzeba przeciwstawić jej coś, co obala te argumenty. Ale by to uczynić, trzeba mieć myśli w zapasie. Odnośnie do tego święci ojcowie wybrali osiem głównych namiętności i opisali je jako wzór, z czego może korzystać każdy poszukujący. Nie są to, zresztą, wszystkie rodzaje walki, lecz tylko najbardziej podstawowe. Stąd u innych autorów spotykamy opisy innych namiętności i reguły ich dotyczące. Przebogaty ich zbiór znajdziemy u Jana Klimaka.

Są myśli cielesne, duszewne i duchowe. Dla każdego jest oczywiste, że wszystkie mogą występować razem i w każdym czasie. Przeważnie jednak na początku bardziej dostrzegalne są cielesne, później ujawniają się duszewne i duchowe. Odpowiednio do tego powinna przybierać kierunek czy też zmieniać pozycje również walka. Powinno się o tym wiedzieć także dlatego, by po zwycięstwie ciało nie oddało się beztrosce wskutek poczucia bezpieczeństwa, albowiem może zostać pokonane przez duszę, a ten, kto zaprowadził pokój w duszy, może zostać rozgromiony w duchu. Dopóki oddychasz, walka w ogóle nie ustanie, chociaż może cichnąć, nawet niekiedy na długo.

Święty Doroteusz powiada: „jest człowiek działający według namiętności, jest taki, który je zwalcza i taki, który je zwycięża”. Pierwszy grzeszy, drugi zaczyna się oczyszczać, trzeci zbliża się do stanu beznamiętności. Im ktoś bardziej zdecydowanie powstaje przeciwko namiętnościom, nie tylko nie ulegając samemu pożądaniu i rozkoszy, ale nie odstępując namiętnościom nawet jednej myśli, a jeśli to się zdarzy, pospiesznie, z korzeniem, usuwa ją z serca, wzbudzając w sobie zawsze uczucia przeciwne, tym szybciej osiąga on czystość. Im ktoś jest bardziej ustępliwy i wyrozumiały wobec siebie, tym dłużej ciągnie się problem, pojawiają się przystanki, nierówności. Zależy to od oszczędzania siebie, czyli nie oddzielenia siebie od namiętności – oszczędzając niby samego siebie, człowiek hołubi wroga i szkodzi samemu sobie.

Rezultatem walki bywa oczyszczenie umysłu ze złych myśli, serca z namiętności, woli ze skłonności. Kiedy czystość ta się utr­wa­li, człowiek wkracza w beznamiętność. Jego wnętrze staje się czystym zwierciadłem, w którym odbijają się rzeczy duchowe.

Walka z myślami, pożądliwościami i namiętnościami nie powinna stanowić jedynego środka do oczyszczenia naszych zmaz, który wykluczałby i zastępował pozostałe, choć jest stanowczo niezbędny, nieunikniony i posiadający zwycięską moc. Z walką tą powinno się ściśle łączyć czynne zwalczanie namiętności, czyli wykorzenianie, tłumienie i unicestwienie ich przy pomocy przeciwnych im uczynków. Przyczyną tego jest fakt, że namiętność przeniknęła do naszych władz, ponieważ działaliśmy w sposób namiętny. Każdy namiętny czyn wprowadzał w daną władzę swoją cząstkę namiętności, a suma wszystkich uczynków spowodowała, że władza ta została przesycona namiętnością, jak gąbka wodą lub ubranie zapachem. Aby usunąć tę namiętność, należy więc na odwrót praktykować uczynki przeciwne wobec tych pierwszych, tak by każdy z nich oddziałując na władzę, odpowiednio usuwał z niej część namiętności, a wiele takich uczynków, często i nieprzerwanie praktykowanych – całą namiętność. Taki środek, jeśli tylko stosuje go w odpowiedni sposób, jest tak mocny, że ci, którzy go stosują, już po kilku próbach zaczynają odczuwać, że namiętność słabnie, doznawać ulgi i swobody oraz pewnego światła w duszy. Już sama walka toczona w myśli przepędza namiętność ze świadomości, ale namiętność wciąż żyje, tylko się ukryła. Natomiast przeciwne wobec niej praktyki uderzają tego węża prosto w głowę. Nie wynika stąd, że podejmując takie działanie można zaniechać walki myślnej. Jedno drugiemu powinno nieodłącznie towarzyszyć, inaczej wszystko może pozostać bezowocne, a nawet powiększać namiętność, zamiast ją tłumić. Dzieje się tak dlatego, że podczas działania skierowanego przeciwko jednej namiętności, może kleić się do nas druga, na przykład podczas postu – próżność. Jeśli pozostawi się to bez uwagi, to przy całym wysiłku działanie nie przyniesie żadnych owoców. Walka toczona w myśli, w łączności z walką czynną, godzi w namiętność od zewnątrz i od wewnątrz, niszcząc ją tak szybko, jak szybko ginie wróg, gdy zostanie oskrzydlony i zaatakowany od frontu i od tyłu.

W tym czynnym doskonaleniu siebie powinno się przestrzegać określonego porządku i systemu, w tworzeniu którego trzeba zwracać uwagę na cechy namiętności w ogóle, na swój własny charakter oraz na praktykowanie cnót, o którym wspomniałem przy omawianiu działań pozytywnych. W pierwszym przypadku trzeba mierzyć w podstawowe namiętności: zamiłowanie do przyjemności, chciwość i wysokie mniemanie o sobie – a więc, ćwiczyć się głównie w zagniewaniu na samego siebie i bezwzględności wobec siebie samego, w hojnym rozdawaniu majątku i pozbawianiu się rzeczy, w podporządkowywaniu się innym lub nieliczeniu się z sobą (patrz Barsanufiusz). U świętych, którzy zabrali się do czynnego oczyszczenia siebie, zawsze widoczne są na pierwszym planie tego rodzaju praktyki. W drugim przypadku trzeba mierzyć w główną swoją namiętność. Ujawni się ona przy nawróceniu, podczas poznawania własnej grzeszności oraz w pokucie. Kiedy człowiek składa przyrzeczenie, by nie grzeszyć – najbardziej bierze się pod uwagę właśnie tę namiętność. Dlatego też i później powinna ona stanowić najbliższy obiekt ataku przeciw żyjącemu w nas grzechowi. Przesłania ona wszystkie inne namiętności, jak również wiąże je wokół siebie lub daje im w sobie punkt oparcia. Pozostałe namiętności nie ujawnią się wcześniej niż po osłabieniu i pokonaniu tej głównej namiętności, aby mogły być przepłoszone razem z nią. Przeciwko głównej namiętności należy uzbroić się z całą mocą już za pierwszym razem, tym bardziej że wtedy żywi się wobec niej dużą nienawiść, która daje możliwość sprzeciwu. Bez rozprawienia się z nią nie sposób zabrać się również do poskromienia innych, podstawowych namiętności. Co do trzeciego ze wspomnianych aspektów – porządek praktykowania cnót jawi się sam. Najpierw działania zostaną skierowane przeciwko namiętności dominującej, następnie przeciw namiętnościom podstawowym, a gdy już te ucichną, pozostanie swobodne dobijanie resztek wrogiej potęgi według własnego uznania, czy raczej według wskazania wewnętrznego. Przeciwdziałać trzeba tej namiętności, która odżywa i daje znać o sobie. Takie są cele czynnej walki i należy się nimi kierować zgodnie z pewnymi zasadami, a poza tym przestrzegać wskazanego wyżej porządku. W samym przeciwdziałaniu powinna być zachowywana kolejność, równowaga, aby nie przeskakiwać z jednego na drugie jak człowiek roztargniony. Inaczej nie będzie prawdziwego owocu, a posiana zostanie wyniosłość. Im człowiek będzie działał bardziej stanowczo, bez folgowania sobie, tym bliżej będzie koniec i pokój. Trzeba trwać cierpliwie w rozpoczętym działaniu, dopóki nie ukaże się jego owoc, albowiem koniec wieńczy dzieło… Praktykujący powinien z kolei obserwować, czego uczy go doświadczenie. Jak się wydaje, cała sprawa powinna rozwijać się następująco: zaraz po nawróceniu powinno nastąpić czynne zwalczanie namiętności, z tego zaś rodzi się lub rozpoczyna wraz z tym natychmiast walka wewnętrzna. Wspierają się one dalej wzajemnie i wzmacniają: jeśli wzrasta to, co zewnętrzne, wzrasta też i wewnętrzne, jeśli wzrasta wewnętrzne, wzrasta też i zewnętrzne. Kiedy wreszcie jedno i drugie dostatecznie okrzepnie, człowiekowi nasuwa się myśl o zdecydowanym ugaszeniu namiętności, o wycięciu ich w pień. Nie należy jednak podejmować wielkich czynów i wysiłków ascetycznych ani doradzać ich innym. Trzeba działać stopniowo, powoli wzrastając i umacniając się, aby ciężar był możliwy do udź­wi­gnięcia. Inaczej działanie nasze będzie przypominało nową łatę na starej sukni. Potrzeba czynu powinna wypływać z wnętrza, tak jak choremu niekiedy intuicja i wyczucie wskazują skuteczną drogę leczenia.

Zwalczanie namiętności myślą i czynem jest mocne jako takie. Ale cały proces postępuje z nieporównanie większą energią, owocniej i szybciej, jeśli prowadzi się ją pod kierunkiem drugiej osoby. Sam nie zawsze zauważysz wroga w walce myślowej, nie zawsze potrafisz zadziałać przeciwko niemu oraz zachować ku temu gorliwość i stanowczość, a co najważniejsze – w jednym i w drugim przypadku nie możesz mieć jednolitego planu, uprzednio sporządzanego szkicu, według którego mógłbyś prowadzić całą kampanię. Wykonanie go samemu jest niemożliwe. Trzeba, aby ktoś widział z boku zarówno naszą teraźniejszość, jak i przyszłość. Dlatego też powierzenie się kierownikowi duchowemu należy uważać za najlepszy i najskuteczniejszy środek ku poprawie. Kierownik duchowy będzie skłaniał nas do tego samego – do walki czynnej i myślowej, ale, co najważniejsze – według własnego uznania, planu, z uwzględnieniem celu, drogi i rozdroży. Jeśli więc pragniesz i szukasz oczyszczenia, wymódl sobie u Pana ojca duchowego i znajdź go, a gdy go znajdziesz, opowiedz mu o sobie wszystko, co wiesz i co w sobie dostrzegasz. Potem powierz mu całego siebie, wewnętrznie i zewnętrznie, jako nieobrobiony materiał, aby budował z tego dom dla Pana, nowego człowieka. Postąpiwszy w ten sposób, porzuć już całą troskę o siebie i nie kłopocząc się, chroń pod ręką ojca. Niech on cię prowadzi, którędy i jak zechce – niech zmusza do robienia tego, co, kiedy i gdzie uzna za stosowne. Z naszej strony przysługuje mu bezwarunkowe posłuszeństwo, bez zastanawiania się, ufne, chętne otwarcie przed nim sumienia lub ujawnienie swoich myśli, pragnień, namiętności, uczynków, słów – wszystkiego, co czynimy i co się nam przydarza. W ten sposób daje mu się możliwość widzenia, gdzie jesteśmy i w jakim stanie znajduje się nasz ustrój wewnętrzny, a także stwarza się w ten sposób podstawę, by mógł udzielać nam odpowiednich rad i zalecać potrzebne działania. Ujawnianie myśli i posłuszeństwo wobec ojca – to skuteczni niszczyciele namiętności i zwycięzcy demonów. Za każdym razem, kiedy dokonuje się takie ujawnienie, a potem wypełnia się to, co ojciec duchowy zlecił w związku z tym, jest to jak oczyszczenie rany i zmiana opatrunku. Szybkie leczenie! Człowiek ujawniając, wyrzuca precz wszystko, co nieczyste, a przez posłuszeństwo przyjmuje to, co czyste, zdrowy pokarm, czysty sok, napełnia się na nowo – tak jakby ktoś przyjął środek wymiotny, a potem zjadł dobry posiłek. Co najważniejsze jednak podcina się przez to sam korzeń namiętności, a mianowicie własne ja. Jeśli ktoś prowadzi walkę samodzielnie, to prowadzi ją jednak sam, a w ten sposób, działając przeciwko własnemu ja, jednocześnie je podsyca. Gdy posiadamy kierownika, nasze ja zdecydowanie znika w jego woli już za pierwszym razem, a wraz z tym tracą punkt oparcia także wszystkie namiętności, które potem nacierają i działają już chaotycznie, w zamieszaniu, a i tu ich przebiegłość zostaje przechytrzona i unieszkodliwiona przez szczerość. Jest to w ogóle potężny sposób uśmiercania namiętności i szybkiego postępowania ku czystości. Wszystkie doświadczenia świętych prowadzą w tym kierunku, a przykładów jest niezliczone mnóstwo… Należałoby jeszcze zwrócić uwagę, że im szybciej po nawróceniu znajdzie się i wybierze kierownika duchowego, tym lepiej. Gorliwość jest żywa i gotowa na wszystko, a mądry rządca czegóż nie potrafi z nią dokonać, zwłaszcza gdy nie zdążyło jeszcze rozwinąć się samowolne działanie, owocujące uporem, nieufnością, sprzeciwianiem się, krytycyzmem… Chory umysł, nawet wybrawszy kierownika, powinien być najpierw przez niego uzdrowiony, by człowiek osiągnął stan dobrego syna, zdolnego do kształcenia się. Biada, gdy dusza przywyknie do tego, by wszystko czynić według swojego rozumienia i chcenia.

Potrzeba wreszcie ostatecznego oczyszczenia całego naszego ustroju, oczyszczenia go jakby w ogniu, czego dokonuje sam Pan, a mianowicie od zewnątrz – przez udręki, od wewnątrz – przez łzy. Nie można twierdzić, by oczyszczenie to pojawiało się tylko na końcu, a nie wcześniej. Nie, zaczyna się ono od samego początku, już przy pierwszych krokach, i towarzyszy człowiekowi w postaci rozmaitych przykrości i skruchy serca, które tym bardziej się nasilają, im bardziej człowiek wzrasta. Jednakże na początku Pan wprowadza je w nas, dopuszczając i jakby błogosławiąc dla naszego dobra zwyczajny bieg spraw zewnętrznych i wewnętrznych. Ku końcowi natomiast On specjalne je organizuje, daje łzy, sprowadza udręki – albo jedne i drugie razem, albo kolejno, czasem te występują wcześniej, czasem tamte, a nawet jedne u tych, drugie u innych. Udręki – to ogień, a łzy – to woda. Jest to chrzest ogniem i wodą. Św. Izaak Syryjczyk przedstawia to jako wejście na krzyż albo ostateczne ukrzyżowanie człowieka zewnętrznego. Jest to chwila, powiadają, najcięższej próby, podobna do tej, jaką przeżył Abraham, gdy składał syna w ofierze: w umyśle – mrok, w sercu – niepocieszony smutek, z góry – oczekiwanie gniewu, w dole – gotowe piekło; człowiek widzi, że ginie, że zawieszony jest nad otchłanią. Z tego stanu jedni wychodzą tryumfując, inni zaś upadają i wracają wstecz, by znów zacząć wspinać się na ten szczyt. Ci, którzy przeszli ów stopień, wstąpili jakby do nieba, nie są już ziemscy, lecz niebiańscy, zostają pochwyceni przez Boskiego Ducha i niesieni przezeń jak koła w wizji proroka Ezechiela. Działa w nich Bóg. Jest to stan niepojęty dla rozumowania. Poznaje się go tylko przez doświadczenie, albowiem ci, którzy go przeszli, nie mówią o nim; nie byłoby to zresztą pożyteczne, a być może nawet szkodliwe.

Tak będzie na końcu. Do tego czasu, jako potężny środek oczyszczenia powinno mieć miejsce, obok innych środków, ciągłe odczuwanie utrapień i przykrości dopuszczonych przez Boga oraz powinien być obecny duch skruchy, podarowany przez Niego. Co do siły oddziaływania jest to równie skuteczne jak posiadanie kierownika, a w przypadku jego braku, oczyszczenie to może w sposób zadowalający go zastępować, a właściwie zastępuje go człowiekowi wierzącemu i pokornemu. W tym wypadku bowiem sam Bóg jest kierownikiem, a On, bez wątpienia, jest mądrzejszy od człowieka. Św. Izaak Syryjczyk wykłada szczegółowo, w jaki sposób Pan stopniowo wprowadza człowieka coraz głębiej w udręki oczyszczające i jak rozgrzewa w nim skruszonego ducha. Z naszej strony wymaga się tylko wiary w dobrą opatrzność oraz radosnego, pełnego gotowości i wdzięczności przyjmowania od Niego wszystkiego, co nam zsyła. Niedostatek pod tym względem pozbawia przykre zdarzenia oczyszczającej siły, nie dopuszcza jej do serca i naszych głębin. Tyle odnośnie do utrapień. Co zaś się tyczy skruchy – uważne poznawanie swoich grzechów, swojego rozstroju wewnętrznego przez obserwację siebie i tego, co w nas się dzieje, a potem przez częstą spowiedź ze skruchą i szczerym żalem. Bez udręk zewnętrznych trudno jest człowiekowi oprzeć się pysze i wysokiemu o sobie mniemaniu, a bez łez skruchy jakże można się uwolnić od wewnętrznego egoizmu i faryzejskiej, samozwańczej sprawiedliwości?. Kto nie doznaje tych pierwszych, tego Apostoł uważa za dziecko z nieprawego łoża (por. Hbr 12,8). Skoro jednak nie mamy nad tym władzy, lecz spoczywa ona w rękach Bożych, to lękając się prosić o nie z powodu braku zaufania do własnych sił i pewności, czy je zniesiemy, przynajmniej żadną miarą nie zaniedbujmy tego ostatniego. Jest to po większej części w naszych rękach i nie zabroniono nam modlić się o skruchę. Ile tylko więc znajdziesz sposobów i mądrości, usiłuj możliwie często padać przed Bogiem w żalu i skrusze, błagając o zmiłowanie. Widząc wysiłek, obdarzy cię On nieustanną skruchą, a jeśli trzeba, to i obfitymi łzami, które obmyją i ostatecznie wreszcie oczyszczą oblicze duszy. Dobrobyt i pomyślność mają prowadzić nie do zarozumiałości i chełpliwości, lecz do obawy, czy aby Pan nie opuścił mnie już jako niezdatnego, a zatem – do większej gorliwości w skrusze serca, która zawsze jest miłą Bogu ofiarą. Można nawet powiedzieć: kiedy nie masz utrapień zewnętrznych, wówczas smuć się wewnętrznie, bowiem do tego Bóg cię niejako powołuje. Tymczasem wszystkim, którzy znoszą udręki zewnętrzne, sam Pan zsyła pociechy – chwile zachwycającej radości, które sprawiają, że człowiek zapomina o udrękach; są to chwile leczące rany i wówczas narzekanie jest właściwie niemożliwe. Łzy mogą wtedy pojawić się lub nie: cała rzecz w żalu przed Bogiem z powodu swej nieczystości.

Oto wszystkie sposoby niszczenia w nas namiętności – czy to przez naszą własną pracę umysłowo-czynną, czy przez kierownictwo duchowe, czy przez samego Pana. Zauważyliśmy już, że bez wewnętrznego, myślowego zmagania, walka zewnętrzna nie może toczyć się pomyślnie; to samo można powiedzieć o zmaganiach pod czyimś kierownictwem, a także o oczyszczeniu przez Opatrzność. Walka wewnętrzna musi więc być nieustanna i niezmienna. Sama jedna nie jest ona wystarczająco potężna, lecz jeśli jej zabraknie, wszystkie inne będą bezskuteczne, nie przynoszące korzyści. I działający, i cierpiący, i płaczący, i posłuszni uczniowie ginęli i giną z powodu niedostatku walki wewnętrznej i pilnowania umysłu. Jeśli przypomnieć przy tej okazji również to, co zostało powiedziane o wewnętrznym działaniu pozytywnym, a mianowicie, że ono właśnie jest celem i siłą zewnętrznego, pozytywnego działania, to z całą mocą ukaże się znaczenie działania wewnętrznego i każdy będzie mógł zobaczyć, że jest ono źródłem, osnową i celem całej ascezy. Całe nasze działanie można streścić w następującej formule: kiedy skupisz się wewnątrz siebie, ożyw duchową świadomość i działalność życiową i w tym nastawieniu podejmij określone działanie zewnętrzne pod kierunkiem ojca duchowego lub Opatrzności, ale przy tym z bystrą i wytężoną uwagą dostrzegaj i obserwuj wszystko, co dzieje się wewnątrz. Jeśli zrodzi się namiętne poruszenie – przepędzaj je i uderzaj w nie zarówno myślą, jak czynem, nie zapominając rozgrzewać w sobie ducha skruszonego i żałującego za swoje grzechy.

Cała uwaga ascety powinna być skupiona na tym, aby praktykując ascezę, nie rozpraszał się i biodra swych myśli miał związane czy przepasane (zob. Ef 6,14). Przebywanie wewnątrz siebie i strzeżenie tego stanu jest trzeźwym stąpaniem po ziemi, a nauka mówiąca o tym jest nauką trzeźwości. Obecnie jest dla nas jasne, dlaczego wszyscy asceci za najważniejszą spośród cnót ascetycznych uważali trzeźwość, a tego, kto jej nie posiadał, uznawali za pozbawionego owocu. Dlatego też to trzeźwe stąpanie powinniśmy tu szczególnie podkreślić. Mówiliśmy już o nim, ale był to dopiero początek. Wspominaliśmy o tym, by pokazać, że należy przystępować do praktyki sprzeciwiania się sobie i przymuszania się, zaczynając od wnętrza, albo lepiej, że trzeba trwać w tej praktyce, umocniwszy się wewnątrz. Teraz wychodząc od tego punktu, będziemy rozważać wstępowanie w górę, gdyż tam jest cel, a to, co zewnętrzne, stanowi środek do jego osiągnięcia. Powinniśmy zatem ukazać istotne dążenie walczącego ducha ku Bogu, warunki szybszego zbliżenia się do Niego oraz stan człowieka, który się do Niego zbliżył czy też jest bardziej do tego zdolny, bowiem samo zbliżenie zależy od Boga.


Fragment książki Droga do zbawienia


Św. Teofan Rekluz (1815–1894), wybitny teolog i asceta rosyjski; rektor Kijowskiej Zofijskiej Szkoły Duchownej oraz Akademii Duchownej w Petersburgu, uczestnik misji rosyjskiej w Jerozolimie, kapelan ambasady w Konstantynopolu, w latach 1859–1866 biskup Tambowski i Szacki, a następnie Włodzimierski. W roku 1866 usunął się do pustelni w Wyszy, łącząc pracę pisarską z głębokim życiem modlitwy. Autor publikacji Słowa o modlitwie.


Fot. Jacek Sędkiewicz

(Visited 70 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij