Umieszczony przez 13:31 Duchowość monastyczna

Żołnierz nie może iść do boju bez odpowiedniego uzbrojenia… O walce duchowej ze złem

Żołnierz nie może iść do boju bez pełnego uzbrojenia, a żaden oręż ziemski na nic się tu nie przyda…

W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą (Ef 6,10-13).

Uczniów Chrystusa czeka próba w ciężkim boju, bez którego nie można wypełnić swojego zadania i przejść przez ten świat do Ojca. Apokalipsa wciąż przypomina, że nagrodę otrzyma zwycięzca. Dlatego chrześcijanie powinni być mocni i dobrze uzbrojeni na ten bój. Apostoł mówi, żebyśmy sobie nie robili żadnych złudzeń, gdyż nie możemy zwyciężyć własnymi siłami, wyrobieniem charakteru czy siłą woli. Tylko umocnienie siłą Bożą zdoła nas przeprowadzić zwycięsko przez walkę życia, dlatego musimy tę zbroję Bożą przywdziać. Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę z niebezpieczeństwa i grozy, z istnienia nieprzyjaciół, którzy są nieprzejednani w swej zaciętości w stosunku do nas. Święty Paweł ostrzega przed ich przebiegłością, mówiąc o zakusach złych duchów, które chcą nas doprowadzić do ostatecznego upadku, do całkowitej ruiny i do wiecznego potępienia. Dążą do tego przez mącenie jasności sądu człowieka, prostej pewności wartościowania płynącego z wiary, aby w tym zamgleniu złamać opór ludzkiej woli. To bardzo charakterystyczna cecha działania szatana – komplikowanie obrazu rzeczywistości, wydobywanie innych aspektów rzeczy, uwypuklanie pozorów dobra, łagodzenie ostrości wizji zła, by za wszelką cenę zniszczyć prostotę nieskazitelności, która jest mocą dzieci Bożych. Tej właśnie prostoty szatan obawia się najbardziej, bo nazywa ona rzeczy po imieniu, wyraża postawę moralną jasną i jednoznaczną: Iniquitatem odino habui, legem autem Tuam dilexi – „Nienawidziłem nieprawości, ukochałem zaś Twoje prawo”. Nie ma wielkiej miłości dobra bez zdecydowanej nienawiści zła. Jeżeli nasz stosunek do zła robi się łagodny, to i miłość dobra słabnie. To bardzo niebezpieczne, że mamy dzisiaj tak pojednawcze odniesienie wobec zła, że niemal chcielibyśmy wobec diabłów przyjąć postawę ekumeniczną.

W naszych czasach występują stosunkowo wyraźne znaki działania szatana w skali ogólnej. Widać je w nieprawdopodobnym wprost chaosie moralnym i w powszechnym zamgleniu sumień ludzkich, także w kwestiach najistotniejszych problemów moralnych. Doświadczamy też nieprawdopodobnego wręcz nasilenia wszelkiego rodzaju propagandy kłamstwa, dzięki bardzo mocnym środkom oddziaływania, którymi opleciona jest ludzkość.

Pierwszym warunkiem skuteczności naszego boju jest świadomość, że się on toczy i przeciw komu. Tym wszystkim, którzy są dziś jeszcze skłonni pogodnie patrzeć na tę sprawę i ograniczać walkę człowieka do płaszczyzny wyłącznie ludzkiej, św. Paweł rozwiewa iluzje, zdzierając zasłonę ukrywającą ogromne niewidzialne siły, walczące o człowieka i o świat: Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich (Ef 6,12). Nie chodzi tu więc o władze ziemskie, o pana Wojciecha Jaruzelskiego czy kogokolwiek innego. Z tymi władzami nie musimy walczyć. Nawet na podstawie tego, co mówi św. Paweł, widać, że nigdy przeciwko ludziom nie możemy walczyć, bo stanęlibyśmy po stronie szatana, który ich nienawidzi. Ze wszystkimi ludźmi musi być całkowita solidarność, bo chodzi o ocalenie wszystkich. W tej perspektywie ogólnego zagrożenia ze strony niewidzialnych a nieprzejednanych wrogów jest wielkim złem widzieć cel swej życiowej walki w zwalczaniu innych ludzi, tak samo zagrożonych przez tych samych wrogów. Nasza walka nigdy nie może być toczona przeciw żadnemu człowiekowi. Jak każde prowadzenie walki jest sztuką, która ma swoje prawidła, podobnie i walka duchowa, o której mówi św. Paweł, ma swoje zasady, według których ma być prowadzona i swoją skuteczną broń, o której apostoł mówi: Obleczcie pełną zbroję Bożą (Ef 6,11). Żołnierz nie może iść do boju bez pełnego uzbrojenia, a żaden oręż ziemski na nic się tu nie przyda, bo najpotężniejsza broń armii tego świata nie tylko nie jest groźna dla potęg, z którymi mamy prowadzić walkę, ale nawet pozostaje pod ich przemożnym wpływem i znajduje się w ich władaniu. Nie może się im przeciwstawić siła umysłu ani woli. Bunt słabych istot ludzkich może w nich wywołać jedynie śmiech, ale jak uczy historia Izraela Jahwe walczy w swoim narodzie wybranym. Jednak potrzeba tu nie byle jakiej zbroi. Święty Paweł wymienia różne jej elementy, zaczynając od przepasania bioder prawdą.

Warto chwilę się zatrzymać i zastanowić nad znaczeniem prawdy w życiu. Potężna i niezwyciężona to zbroja. Prawda jest siłą, której boją się wszystkie moce ciemności. Święty Ambroży mówi: Veritas vinci non potest a quocumque dictatu, quia a Spiritu Sancto est – „Prawda nie może być zwyciężona, ktokolwiek by ją wypowiadał, ponieważ jest od Ducha Świętego”. Nikt nie może jej pokonać, bo choćby padła z ust najsłabszego i najgłupszego, jest mocniejsza od wszystkich.

Uważajmy, byśmy zawsze byli po jej stronie i by nie było w nas nic, co się jej sprzeciwia. Prawda jest najwyższym dobrem istoty duchowej. Od tego, czy istota duchowa przyjmie prawdę, zależy to, czy ostoi się w Bogu. Nie wytrzymać prawdy, oderwać się od niej, to załamać się i runąć w przepaść nierzeczywistości. Dlatego grzech przeciwko prawdzie wnika bardzo głęboko w człowieka, aż do samych korzeni jego duchowej istoty. Jeżeli ktoś jest zakłamany, załamuje się cały szacunek do niego. Różne grzechy człowiek popełnia, ale żaden z nich bardziej go nie upadla. Kiedy się zakłamie, wtedy nie tylko inni nie mogą mieć do niego szacunku, ale nawet sam siebie nie może już szanować. Z natury więc grzech przeciwko prawdzie jest ostrzem zatrutym, niszczącym aż do dna osobowość człowieka. Dlatego ci, którzy chcą człowieka złamać, usiłują doprowadzić go do zakłamania, by tylko powiedział czy podpisał coś wbrew swemu sumieniu i swoim przekonaniom. Może to być nawet coś małego, co pozwoli lekko nadłamać człowieka, by później złamać go ostatecznie. Bo co to daje, że ten biedny człowiek zaprzeczył samemu sobie? Zdawało by się, że nic, a jednak czai się w tym jakaś dziwna satysfakcja podeptania, zniszczenia jakiejś wielkości, którą trzeba było szanować. Ten styl działania szatana w takiej właśnie rzeczywistości jak nasza spotykamy bardzo często. Widzimy łamanie sumień ludzkich przez zakłamanie, by nie było w nich nic, co trzeba szanować. Wtedy po wszystkim można już deptać, bo sól utraciła swój smak (por. Mt 5,13). Człowiek pozornie się nie zmienił, nawet zewnętrznie można mu okazywać jeszcze większe pozory szacunku, ale nie jest to już szacunek prawdziwy. Tam coś najwyższego, coś najczystszego się załamało. To już jest wrak, który nie potrafi żądać dla siebie poszanowania, ale przyjmuje tyle, ile mu się da. Już od tej strony szatan może być spokojny, bo nic mu nie zagraża. Był kiedyś u mnie pewien załamany człowiek, który jeździł z referatami, i powiedział mi: „Już dalej nie mogę przemawiać do ludzi i mówić im rzeczy, w które sam nie wierzę. Mam przy tym poczucie takiego upodlenia, że już nie wytrzymuję. A jednak na wyrwanie się z tego nie mam siły”. To jest tragedia człowieka załamanego.

Prawda jest najpierw w poznaniu, dlatego tak ważne jest czynienie właściwego użytku ze swych władz poznawczych. Trzeba mieć głód prawdy większy nawet niż głód wiedzy. Dążenie do meblowania swego umysłu wiadomościami nie zawsze jest znakiem umiłowania prawdy. Bo celem może być w tym przypadku bycie coraz bogatszym w wiadomości, a nie coraz bardziej rzeczywistym i prawdziwym. Uniwersytety średniowieczne były bardziej nastwione na poznanie prawdy niż uczelnie obecne, które raczej przygotowują do zawodu. Dzisiaj chrześcijanie poświęcają nieraz cały wysiłek umysłu na zdobycie zawodu, rozwinięcie kwalifikacji i samą pracę zawodową, a nie wkładają prawie wcale wysiłku w poszukiwanie prawdy o Bogu, o Chrystusie, o człowieku i jego celu. Co więcej, nawet nie zwracają uwagi na to, że ich postawa jest nieprawidłowa. Ich życie trzyma się na cienkiej nitce, a nie starają się zrozumieć jej sensu. Idą z umysłem pogrążonym w ciemności, złudzeniach, w nieprawdzie, nie wiedząc niczego na pewno. Jakże bezbronni są tacy ludzie wobec panującego dziś chaosu ideowego. Wszystkie ich przekonania kształtują się przypadkowo, pod wpływem środowiska. Jakże nie mają być wydani na pastwę wzburzonych fal. Bardzo ważna jest więc formacja intelektualna chrześcijanina, w oparciu o głębokie poznanie, pełniejsze przyswojenie sobie i gorętsze ukochanie prawdy o Chrystusie, Jego nauki i przykładu. Dlatego ci, którzy się uczą, muszą obrać za swój cel nie tylko dojście do kapłaństwa czy jakiegoś dyplomu, ale powinni dążyć do tego, co najważniejsze – do ukochania prawdy. Tylko w ten sposób mogą powstać niezłomne przekonania, które ustabilizują życie ludzkie na drodze prawdy.

Z prawdą poznania, jak mówi Pismo Święte, bardzo ściśle łączy się prawda wartościowania. Przypisywanie wartości czemuś, co jest jej pozbawione, to sama istota bałwochwalstwa. Jak wielkiego trzeba przeobrażenia człowieka, by to, co nierzeczywiste, takim właśnie dla niego było, a Jedynym Rzeczywistym był dla niego Bóg. Przecież nierzeczywiste są dobra tego świata, dążenie do tego, by mieć dużo pieniędzy, przyjemności w życiu, stanowisko, rozgłos, władzę. Jeśli człowiek się na to nastawi, to jest to kłamstwo już w samym rdzeniu jego życia. Gdy umiera ktoś, kto przez całe życie był nastawiony na zbieranie pieniędzy, umiera tyłem do rzeczywistości, odwrócony od Boga, to wtedy zaczyna się piekło. Bo na tym właśnie ono polega, by być tyłem do rzeczywistości, do Boga, a frontem do nicości. Ta nieprawda wartościowania jest niestety bardzo powszechna. Ile trzeba wyrzeczeń, by oczyścić się z fikcji, z nieprawdy i by stać się prawdziwym.

Prawda, jak wiemy z filozofii, jest również ontologiczna, jest prawdą rzeczy. To cecha, która sprawia, że rzecz odpowiada swojej idei, jest wierna swojej naturze. Dlatego mówi się, że ktoś może być prawdziwym człowiekiem, prawdziwym chrześcijaninem, prawdziwym kapłanem czy zakonnikiem. To jest właśnie prawda ontologiczna, kiedy człowiek realizuje to, czym jest, jak mówi św. Benedykt: „Niech oratorium będzie tym, czym jest”. Niech tam nie będzie składu różnych innych rzeczy. Podobnie opat musi być tym, kim jego imię go czyni. Te wymagania prawdy, tak proste, naturalne i oczywiste, są słuszne ponad wszelką dyskusję i idą głęboko w człowieka, w jego życie i sumienie. Doskonałość nie domaga się niczego więcej, bo nie chodzi w niej o jakiś nadzwyczajny rozrost, ale o nadzwyczajne „uprawdziwienie” człowieka. Być więc prawdziwie tym, czym się jest, to najwyższa szkoła jazdy i wyższej już nie ma. Ale człowiek może być prawdziwie człowiekiem tylko w Bogu-Człowieku. Tylko w Nim jest pełna prawda człowieka.

Do prawdy ontologicznej należy również prawda ludzkiego słowa. Jakże trudno utrzymać nasze słowo w wymagającej dyscyplinie prawdy. Ma ono ogromną godność, która wywodzi się od Syna Bożego – Przedwiecznego Słowa. Słowo ludzkie jest świadkiem, wehikułem nadludzkiej mocy, która wkracza w świat, ratując wciąż człowieka, krusząc jego pęta i rozpraszając jego ciemności. Jak straszną profanację słowa na szeroką skalę dziś przeżywamy, widzimy i słyszymy w świecie z powodu stosowania propagandy. Ile drętwej, pustej mowy. Ile prawdy ukrywanej, a fałszu wypowiadanego przez tchórzostwo. Naruszenie prawdy w mowie to nie tylko kłamstwo, bo są też drobniejsze rzeczy mające swój ciężar gatunkowy, jak na przykład przesada, jednostronność, uogólnienie. Wszyscy chyba czujemy, że nieraz byliśmy temu winni. Prawda wypowiedziana przez człowieka ma w sobie ogromną siłę zbawczą, o ile łączy się z miłością.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: trwa zebranie nauczycielskie, na którym jakiś prelegent wygaduje głupstwa, a wszyscy milkną ze strachu. Jeżeli wtedy jeden wstanie i powie coś mocno i odważnie, wyzwala wszystkich, bo następuje jakieś wtargnięcie siły Bożej w ten świat. Potem to się rozchodzi, jak fale po wodzie, gdy wrzuci się duży kamień. Ludzie sobie to powtarzają i umacniają się nawzajem. To właśnie jest życie mocy Bożej przez słowo prawdy wypowiedziane przez człowieka. Ale jeżeli nikt nie mówi tego, co myśli, to prawda jest jakby przytłoczona i ludzie odchodzą w poczuciu jakiejś porażki, jakiegoś załamania. Wypowiedzenie prawdy wymaga wielkiego męstwa, ale równie wielkiego męstwa wymaga jej przyjęcie, a ponieważ nie wszyscy je posiadają, więc będą prześladować tego, który ją mówi, będą próbować go odstraszyć, ewentualnie zniszczyć. Gdyby ludziom było łatwo prawdę przyjąć, to nie byłoby potrzeba tyle męstwa do jej powiedzenia. Ale musimy mieć męstwo przyjmowania, aby prawdzie spojrzeć w oczy, otworzyć się na nią, poddać się jej i ukochać ją. Bez tego nie ma świętości. Człowiek nie chce zobaczyć, kim jest naprawdę, bo boi się tego przykrego widoku. Samo męstwo nie wystarczy. Trzeba kochać prawdę i kochać ludzi. Święty Paweł mówi o innej jeszcze broni – o sandałach żołnierskich do boju. A oznaczają one gotowość do niesienia Ewangelii pokoju całemu światu.

Sobór przypomina nam obowiązek ewangelizacji jako zadanie całego Kościoła i każdego z nas. Ale jakoś z tym u nas bardzo słabo. Brakuje tej broni i sandałów. Weźmy takich świadków Jehowy. Oni tam wszyscy od pierwszego do ostatniego są apostołami. A weźmy taką parafię, powiedzmy, jak Tyniec. Ilu jest apostołów, którzy głoszą Ewangelię? Jeden na dziesięciu? To by była parafia wyjątkowa. Czy jeden na stu? Może by się znalazło, ale to obrazuje, że zaangażowanie w postęp i głoszenie Ewangelii jest bardzo mało rozwinięte. Tu jest jakiś niedorozwój. Za mało człowiek rozmyśla nad Dobrą Nowiną. A ilu jest takich, którzy uważają ją naprawdę za normę swojego życia? Każdy z nas musi tutaj swój rachunek sumienia zrobić. Mamy innym przypominać i innych ożywiać, bo inaczej nie będziemy nosić tych sandałów.

Święty Paweł mówi dalej o tarczy wiary, która jest na wszystko, w każdym położeniu. Wiara zawsze jest nieodzowna, jest środkiem na wszystko, nawet na rozżarzone pociski rzucane przez złe duchy. Gdy wpadną one w człowieka, powodują żar. Takim pociskiem może być urażona miłość własna, jeśli nie będzie natychmiast przez wiarę unieszkodliwiona. Jeśli będziemy się karmić taką urażoną miłością, ona nas spali, tak jak pali ludzi żar namiętności zmysłowej. Nieugaszony wiarą pożar będzie się rozprzestrzeniał i niszczył człowieka. Wiara właśnie – przez to, że wciąż wspomina Chrystusa, Jego pokorę i Jego Krzyż – wszystko zgasi. Święty Benedykt podobnie jak św. Paweł nakazuje walczyć z pokusami. Mówi, że trzeba zło uchwycić i roztrzaskać o Chrystusa. Potęgę słowa Bożego nazywa mieczem Ducha. Należy więc chwycić za słowo Boże. Po soborze zaczynamy trochę więcej niż przedtem chwytać za ten miecz Ducha. Wcześniej trochę zanadto ufaliśmy w naszą ludzką myśl. Nie mogliśmy niestety wybrnąć z błędnego koła, gdyż nasza myśl, nawet kapłańska, była mocno zlaicyzowana i w tym laicyzmie szarpaliśmy się, zupełnie jakbyśmy szabelkami wystruganymi z zapałek chcieli przepędzić szatana. To były strzały dziecięce, ale słowo Boże samo ma olbrzymią moc przemieniania człowieka i świata. Dlatego trzeba zaufać, zawierzyć, czerpać z Pisma Świętego, medytować, żeby ten miecz mieć stale w rękach.

Apostoł mówi dalej, że cały ten oręż może być skutecznie użyty, pod jednym warunkiem: że będziemy się nim posługiwać wśród wszelakiej modlitwy i błagania (Ef 6,18). To jest charakterystyczne dla chrześcijańskiego triumfu, jak i dla całej chrześcijańskiej walki. Wszystko musi być zanurzone w modlitwie. Jeśli się tego nie rozumie, to nie wie się zupełnie, o co chodzi. Całe to uzbrojenie i przepasanie, i tarcza, i pancerz staje się bezużyteczne i nie można nim władać, bo dopiero w modlitwie nabiera ono wszystkich swych sił. Niedowład tego momentu jest największą bolączką, a jednocześnie głównym celem przeciwnika. Chodzi mu głównie o to, byś przestał się modlić, byś modlitwę zaniedbywał i skracał, a potem byś modlił się tylko formalistycznie, wtedy nic ci nie można zarzucić, ale nie jest to już żywe. To już nie jest modlitwa wołająca „Abba, Ojcze!”.

Jesteśmy powołani do walki. A ponieważ jesteśmy dziećmi naszego wieku, chciałbym zwrócić uwagę na pewne rzeczy. Człowiek dzisiejszy z trudem utrzymuje się na linii rzetelnego ćwiczenia się w ascezie. Pewne etapy chcielibyśmy nieraz przeskoczyć, być niesieni na skrzydłach Ducha Świętego przez charyzmaty, ale rzetelna, cierpliwa, wytrwała praca nad sobą nie przychodzi nam łatwo. Ten poważny wysiłek ascetyczny jest bardzo istotny. W zeszłym roku zmarł o. Michał. Zdawał sobie sprawę z tego, że miał bardzo trudny charakter, ale jak mężnie walczył i dzielnie pracował nad sobą. Jak szturmował modlitwą wytrwale. U niego była prostota wiary i walki o swoje i innych nawrócenie. Nie miał o sobie wysokiego wyobrażenia. Ta walka i wysiłek ascetyczny musi być ciągły. Gdy na przykład chodzi o modlitwę, istotne jest, byśmy nie przeskakiwali etapów, nie sądzili, że teraz to już dla nas tylko modlitwa odpocznienia i zatopienia w Bogu, a lekceważyli rozmyślanie. Owszem, może ono współczesnego człowieka odstraszyć, jak się na przykład weźmie rozmyślanie według św. Jana Baptysty de la Salle, składające się z dwudziestu siedmiu punktów. Ale takie zwyczajne rozmyślanie, polegające na przypominaniu sobie najpierw jakiejś prawdy, a potem rozgryzaniu i przeżuwaniu jej, i wnikaniu w nią prowadzącym do rozmowy z Bogiem, która budzi uczucia, nie jest za trudne. To rzecz prosta i dla wielu potrzebna. Pewien jezuita chcąc wytłumaczyć rozmyślanie, mówi tak: „Zdarzyło się, że ktoś mnie obraził. I to on, ten nicpoń do niczego, nic sobą niereprezentujący, i to mnie, który przecież kimś jestem i w obecności takich a takich ludzi! Wtedy rozbudza się już w człowieku uczucie, a później przychodzi postanowienie: ja się zaczaję, skoczę na niego i łomem dam mu po głowie”. Wszystkie elementy rozmyślania są: przypomnienie, akt uczucia i postanowienie, więc rozmyślanie nie jest tak trudną rzeczą.

Trzeba też pamiętać o takich rzeczach jak: rachunek sumienia, adoracja Najświętszego Sakramentu, różaniec, brewiarz, lectio divina i bardzo istotna rzecz: umartwienie. Gdy mówi się o umartwieniu, jawi się ono w różnych ostrościach i zasadniczo może być rozmaicie pojmowane. Może być rozumiane tylko jako ekspiacja i pokuta, ale zasadniczo umartwienie to uporządkowanie naszego ducha i całej istoty za pomocą posłuszeństwa Prawu Bożemu. Zatem musimy poznać siebie, by prowadzić świadomą ascezę. Niektórzy będą myśleli, że trzeba zaczynać wielkie posty. To ucieczka w jeden punkt, w którym chcemy dokonywać nieraz heroicznych rzeczy, a inne pozostawiamy nieumartwione i nieuregulowane. To prowadzi do zachwiania wartościowania, zachwiania równowagi wewnętrznej i do rozrostu pychy. Takiego człowieka trudno potem poprawić. Jeżeli szuka się tej świadomości, że ja coś robię lepszego niż inni, a inne rzeczy leżą odłogiem, to jest to szukanie rekompensaty dla licznych braków, z którymi nie mogę sobie poradzić, szukanie zadowolenia z tego, że robię coś naprawdę rzadkiego. Umartwienie musi być ogólne. Dopiero kiedy jest ono mężne i dzielne, można pozwolić na szczegółowe umartwienia. Bez tego na szczegółowe wyrzeczenia godzić się nie wolno, bo człowiek wtedy nie zauważa, że zwraca uwagę na umartwienie zewnętrzne, a nie dostrzega mnóstwa innych rzeczy, jak powściąganie wzroku, słuchu, ciekawości czy języka. To są realne umartwienia, od których się zazwyczaj nie choruje, są bezpieczne, a do tego mają działanie głęboko oczyszczające, idące w głąb ducha. Każde umartwienie, by było tym, czym ma być, musi być wyrazem skruchy i pokory. Jeżeli ja się biczuję, ale nie mam przy tym żadnych uczuć skruchy i upokorzenia przed Bogiem, to jest to niepotrzebne, bo i osła można bić, a nie zostanie od tego świętym.

Skupienie jest dyscypliną wypływającą z wnętrza ludzkiego ducha. To nie jest skoncentrowanie myśli na jednym punkcie. Czasem nowicjusze tak myślą i potem magister musi im dać się wyspać, odpocząć, bo coś im się z głową dzieje niedobrego. Nie o to chodzi, bym myślał tylko o Panu Bogu, a nie o rzeczach niepotrzebnych, ale o to, by moja myśl, wola i inne władze były ujęte w spokojną dyscyplinę od wewnątrz płynącą z obecności Boga. O św. Hugonie hagiograf napisał, że albo mówił z Bogiem, albo o Bogu, albo w Bogu. Wszystko co robił, robił w skupieniu. Czasem Pan Bóg był przedmiotem tego, co mówił, ale czasem ten opat, który miał setki klasztorów pod swą administracją, musiał mówić o różnych innych rzeczach, ale zawsze mówił w Bogu. Trwał w tej dyscyplinie zależności od Boga i to właśnie jest prawdziwe skupienie, które nie wywołuje żadnych napięć psychicznych. Jest ono dlatego tak cenne, że jednocześnie stanowi ogólne umartwienie i jest modlitwą, światłem, które pokazuje, co jeszcze należy poprawić i zrobić dla naszego uświęcenia. Starajmy się więc, aby nasza praca nad sobą, pełna pokoju i wiary, była naprawdę tak rzetelna, wierna i wytrwała, by mogła przynieść błogosławione owoce.


Fragment książki Wytrwale kochaj Boga


Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. “Był zawsze bliski mojemu sercu” – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

(Visited 1 190 times, 4 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij