Umieszczony przez 11:21 Selfie z Regułą. Ludzie

Brat Symeon

Nie można było powiedzieć, by do klasztornego życia nie był przygotowany. Owszem, u wielu „klasycznych” mnichów wzbudzał co najmniej zażenowanie…

To nie były łatwe lata, ale ich nie żałuje. Mówi, że ukształtowały jego życie – także w tym sensie, że postanowił je jednak zmienić. Dziesięć lat pracował jako didżej. Cała epoka. Zmieniały się klimaty muzyczne. Także technika. Nie potrafi powiedzieć, czy miał dość, czy po prostu, jak sądził i czuł, się zestarzał. Postanowił ostatecznie wstąpić do klasztoru. Oczywiście zszokował tym niemało osób. I trochę sam był tym zszokowany. Jednak w głębi serca była zawsze przekonany o słuszności tej decyzji. Gdzieś w środku, w sercu, pod powłoką rozmaitych naskórkowych wspomnień i resentymentów pulsowało pełne uzasadnienie tej decyzji.

Nie można było powiedzieć, by do klasztornego życia nie był przygotowany. Owszem, u wielu „klasycznych” mnichów wzbudzał co najmniej zażenowanie, ale miał szczęście do mądrego opata, który nie tyle patrzył na jego życiorys, lecz przede wszystkim patrzył na intencję. W ten sposób udało się uniknąć „błędu” franciszkanów, którzy odrzucili kandydaturę Tomasza Mertona chcącego wstąpić do ich zakonu właśnie z racji na pewne „zawirowania” jego biografii. Takich skrupułów potem nie mieli trapiści. I chyba tej decyzji nie żałowali. Ciekawe tylko, czy franciszkanom nie było żal.

Tymczasem br. Symeon stopniowo przechodził kolejne stopnie wtajemniczenia mniszego. Był przekonany, że nawyknięcie do dyscypliny i przytomności umysłu niezbędnych w pracy didżeja były mu bardzo pomocne. Tym ostrzej patrzył jednak na oportunistyczne i nieuczciwe zachowania niektórych mnichów. Potrafił jednak szybko nabierać dystansu. Tego też nauczył się pracując z rozmaitymi, nieraz ekstremalnymi ludźmi: stawiania granic, do których można ich dopuścić. Nie tylko chodziło tu o zlecenia takich czy innych zadań, ale i o wszelkie „zagęszczenia” emocjonalne. Niezwykle łatwo o nie, jak się na co dzień żyje z ludźmi rozmaitych temperamentów i kultur. Br. Symeon był tu bezwzględny. Wyciągał rękę mówiąc: „Stop! Dalej proszę nie wchodzić!” Z czasem wszyscy do tego się przyzwyczaili. Owszem, niektórzy uważali go za dziwaka mało społecznego. Ale miał spokój.

Największym zaskoczeniem było to, co się wydarzyło po skierowaniu br. Symeona do pracy duszpasterskiej. Miał się zajmować młodzieżą, która przychodziła do opactwa na katechezę. On sam nie katechizował, ale organizował rozmaite spotkanie nieformalne, wyjazdy, także… dyskoteki (a jakże!). Nie trudno zgadnąć, że natychmiast młodzi wyczuli w nim bratnią duszę – nawet początkowo nie wiedząc o jego przeszłości. Bo się nią bynajmniej nie chwalił, nawiasem mówiąc w odróżnieniu od wielu mnichów, którzy tak naprawdę nie mieli się czym chwalić, ale byli o tym zupełnie innego zdania. Ostatecznie zaś wzbudzali jedynie śmiech i zażenowanie, nigdy zaufania. Br. Symeon był natomiast na przeciwnym biegunie. Nie tylko świetnie rozumiał młodych, ale szybko stał się też dla nich autorytetem. Niektórzy uważali go za jedynego prawdziwego mnicha, tj. takiego, z którym da się porządnie pogadać i którego zdanie się ceni. I opowiadali mu wiele o swoim życiu, mimo że próbował się tego strzec, w typowy dla siebie sposób zakreślając granice. Ale tym bardziej go ceniono. Mówił to, co konieczne. Nade wszystko zachowywał się jednoznacznie. Można było na nim polegać – nie tak, jak na wielu jego współbraciach, którzy nieustannie wypowiadali piękne słowa, lecz gdy przychodziło do czynów, tracili moc przekonywania.

Oczywiście nie trzeba było czekać na przejawy zazdrości, nade wszystko ze strony starszych braci, mających wysokie przekonanie o własnym doświadczeniu duszpasterskim. Krytykowano zbytnią „światowość” naszego bohatera w podejściu do młodych. Zarzucano mu, że nie jest monastyczny. Faktycznie, miał swoje nawyki. Potrafił chodzić, nie tylko po klasztorze, z kubkiem ciepłego picia. W ogóle miał specyficzny sposób chodzenia. Unikał też zbytniej bliskości z braćmi.  I dla niektórych były to wystarczające powody do oskarżenia – lub przynajmniej, do niechęci.

Wierny swoim zasadom br. Symeon nie przejmował się tym. Aczkolwiek trudno powiedzieć, co się naprawdę działo w jego sercu. Był w sumie bardzo wrażliwy. Wszystkie jego zewnętrzne obostrzenia i fobie można było wytłumaczyć tą właśnie wrażliwością. Na pewno nie można mu było odmówić autentyczności – nawet, jeśli okazywała się ona delikatna i nieco… niezależna.

Mijały lata. Młodzież br. Symeona dorastała. Jedni odchodzili. Przychodzili inni. Zawsze jednak utrzymywali z nim kontakt: już wyrośnięci, z rodzinami, i z coraz większymi problemami. Miał dla nich serce i czas, choć bynajmniej tego nie okazywał. Po prostu wiedzieli, że mogą do niego przyjść. Woleli jego, niż „regularnych duszpasterzy”.

Rozmowy z nim były krótkie, zasadnicze – ale i dogłębne. I bardzo pomocne, o czym nasz bohater nie chciał pamiętać. Uważał te spotkania za coś normalnego. Didżej dla dyskotekowiczów to przecież też rodzaj autorytetu. Rola, owszem w pewnym sensie imponująca zawsze jednak dodatkowa. I tak ją, skromnie, bez wielkiego zadęcia, przyjmował i spełniał br. Symeon.

Kiedy tylko jeden ze współbraci, pozostający pod wrażeniem tego nieświadomego apostolstwa, pół-żartem, pół-serio postawił br. Symeona jako wzór duszpasterski, przywołując ten fragment Reguły św. Benedykta, który mówi o kantorach czy lektorach w oficjum: „Bracia powinni czytać i śpiewać nie według kolejności, ale tylko ci, którzy mogą zbudować słuchających” (RB 38, 12). Podobnie, zdaniem tego współbrata, powinno być z duszpasterstwem. Zwłaszcza dzisiaj potrzeba do tego szczególnych predyspozycji – przynajmniej, by nie zaszkodzić osobom, z którymi się pracuje. Jak to jest w rzeczywistości, można by wiele mówić. Na pewno autentyczność, nawet najbardziej kostropata, popłaca. Co więcej, wydaje się konieczna. Nawet, gdyby dotychczasowe, nazwijmy to „klasyczne”, by nie rzec „klerykalne” uprzedzenia i kompleksy, miały z tym kłopoty…


Bernard Sawicki OSB – absolwent Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie (teoria muzyki, fortepian). Od 1994 r. profes opactwa tynieckiego, gdzie w r. 2000 przyjął święcenia kapłańskie, a w latach 2005-2013 był opatem. Studiował teologię w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie oraz w Ateneum św. Anzelma w Rzymie, gdzie obecnie wykłada. Autor felietonów Selfie z Regułą. Benedyktyńskie motywy codzienności oraz innych publikacji.


Fot. Ewa Natkaniec

(Visited 196 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij