Umieszczony przez 10:15 Małgorzata Borkowska OSB wyjaśnia...

Elżbieta z Schönau. Kłopoty z filtrem

Prawda Boża wśród tych wszystkich floresów ginie; jedyne, co zostaje, to zapis duszy, wyrywającej się do Boga, pragnącej kontaktu z Nim i gotowej za ten kontakt zapłacić najwyższą możliwą cenę.

Z początku wszystko wyglądało zupełnie normalnie, wręcz tuzinkowo. Zamożna szlachecka rodzina w Nadrenii, pobożna oczywiście, jak należy; stryj Hartwiga, ojca rodziny, był niegdyś biskupem w Münster; dwóch synów tegoż Hartwiga jest w stanie duchownym, a więc Rudger, norbertanin, i Ekbert, ksiądz diecezjalny u progu kościelnej kariery, bo w młodym wieku już kanonik kolegiaty w Bonn. Są lub będą trzy krewniaczki u augustianek w Andernach i jedna (poza samą Elżbietą) benedyktynka w Schönau. O jednej tylko córce, nieznanego imienia, wiadomo, że „została w świecie”. Słowem, środowisko gorliwych chrześcijan z pewną predylekcją do prądów reformatorskich w Kościele: świadczy o tym wstąpienie Rudgera do norbertanów, którzy byli podówczas w czołówce reformy. (Ekbert był zbyt delikatnego zdrowia, żeby zostać zakonnikiem.) Elżbieta, urodzona w roku 1129, w wieku dwunastu lat, a więc około 1141, wstępuje do benedyktynek w nowo założonym klasztorze w Schönau w Hesji; tamże nieco później składa profesję. Klasztor w Schönau był podwójny, i rządzony był przez opata. Zgromadzenie żeńskie wybierało spośród siebie osobną przełożoną, zwaną tam magistra (jak podówczas u norbertanek), ale opat miał władzę nadrzędną. Opatem był od fundacji niejaki Hildelin, człowiek dobrej woli, ale – powiedzielibyśmy – może nie całkiem przygotowany do roli, jaką mu wypadło odegrać. Na jego to ręce Elżbieta złożyła śluby i wkrótce potem zapadła ciężko na zdrowiu; od tej choroby nie uwolniła się już do końca swojego krótkiego życia. I wtedy właśnie zaczął się problem, bo z chorobą przyszły ekstazy. I nie takie, jak u Hildegardy, iluminacje wewnętrzne, bez wyłączenia zewnętrznej świadomości; ale długie godziny utraty przytomności, połączone z wielkim cierpieniem. Z początku Elżbieta nikomu nie mówiła, co dokładnie widuje lub słyszy w ekstazie; wyznała tylko, że to rzeczywiście są ekstazy, a nie zwykłe omdlenia. Opat i magistra postanowili zasięgnąć rady eksperta i zwrócili się o nią do Hildegardy. Ta, jakkolwiek nieufna wobec ekstaz objawiających się utratą przytomności (widocznie miała już z różnymi wizjonerami do czynienia!), uznała jednak, że w tym wypadku jest to autentyczne działanie Boże, a objawy zewnętrzne są skutkiem słabości ludzkiego ciała, gdy spotyka się z działaniem Bożym. Dziś wiemy, że Elżbieta stoi na samym początku okresu, w którym uwaga mistyków zwróciła się przede wszystkim ku Męce Chrystusa; pragnęli oni towarzyszyć Mu w niej i to pragnienie często się spełniało. Taka np. św. Ludgarda (1182-1246) potrafiła dostać krwotoku od samego myślenia o Męce Pańskiej.

Wyrok Hildegardy respektowany był odtąd przez środowisko Elżbiety konsekwentnie do końca; nieufność i pomówienia będą pochodziły z zewnątrz. Elżbieta nawet odwiedziła Hildegardę przynajmniej raz; jeszcze w owych czasach nie było papieskiej klauzury, a zresztą ta podróż została jej nakazana w widzeniu, uznana więc została za niekwestionowaną wolę Bożą. Później pisywały do siebie, a chociaż niewiele z tej korespondencji przetrwało, jest w każdym razie źródłowo potwierdzona. Jak pełne było zaufanie otoczenia do wizji Elżbiety, okazało się latem 1154 roku, kiedy wyznała ona opatowi, że od jakiegoś czasu widuje w ekstazie anioła, który jej zapowiada bliskie już, straszne kataklizmy. Mają one spaść na ludzkość w roku, w którym zbiegną się jednego dnia Zwiastowanie i Wielki Piątek; to wskazywało na rok następny, 1155. Opat z początku prosił o jakiś znak, ale zupełnie mu wystarczyło ponaglenie, aby wyruszył głosić po okolicy pokutę. Wędrowni kaznodzieje byli wtedy zjawiskiem dobrze znanym, więc skończyłoby się wszystko na jednej więcej wyprawie, którą dziś nazwalibyśmy misjami ludowymi, ponoć zresztą całkiem udanej; tylko że Hildelin bez żadnych zastrzeżeń nie tylko głosił pokutę, ale i zapowiadał ów kataklizm. Rok 1155 przyszedł i przeszedł, i kataklizmu nie było. Otoczenie Elżbiety uznało, że widocznie odwróciła go akcja opata; ale wielu tak duchownych, jak i świeckich, zwłaszcza w Kolonii, przypomniało zasadę, że autentycznego proroka poznaje się po spełnieniu się jego proroctw, a więc Elżbieta jest prorokinią fałszywą. Kto ją znał, mówił: niemożliwe; jej własne zgromadzenie wierzyło jej całkowicie, otaczało ją serdeczną troską i nieco później obrało ją swoją magistrą. (Nie ksienią, jak podają niektórzy autorzy; takiego urzędu w Schönau nie było.) Kto jej nie znał, nie wierzył jej, zwłaszcza z początku; i miał prawo. Znamy listy, które pod wpływem tych posądzeń wymieniła z Hildegardą; stara ksieni nadal jej ufała i pocieszała ją, uważając, że ta nagonka wyjdzie jej na zdrowie duchowe, bo ją uchroni przed pychą. Ekbert, który także ufał jej w pełni, postanowił przyłączyć się do niej, porzucić swoje beneficjum i zostać mnichem w Schönau. To ona sama przedstawiła mu to jako wolę Bożą, otrzymaną w widzeniu, w którym zresztą usiłowała najpierw przekonać Chrystusa Pana, że jej brat jest zbyt delikatnego zdrowia, żeby znieść rygor klasztornych postów i czuwań… Odtąd będzie on dla niej oparciem duchowym i sekretarzem, a po jej śmierci czymś w rodzaju biografa.

A było co spisywać, bo teraz już Elżbieta podawała treść swoich widzeń, na ogół po niemiecku, ale czasem po łacinie, chociaż łaciny nie znała na tyle, żeby jej używać swobodnie; przyjmowano to jako jeden więcej dowód prawdziwości jej objawień. Ekbert tak to opisuje: Często, a w niedziele i święta prawie zawsze, w godzinach, w których pobożność wiernych najżarliwiej płonie, przypadał na nią jakby ból serca i gwałtowny atak, po czym nieruchomiała jak martwa, tak, że żadnego znaku życia, ani oddechu, ani ruchu nie było. Ale kiedy po długim transie oddech wreszcie powracał, nagle zaczynała głosić po łacinie bardzo wzniosłe nauki.

W sumie, Ekbert ułożył z tych nauk cztery dzieła. Pierwsze z nich, Księga widzeń, dzieli się na trzy części i zawiera najwięcej szczegółów autobiograficznych i opisów przeżyć; stopniowo jednak relacja nabiera dystansu i zaczyna podawać raczej już treść wizji niż reakcje wizjonerki. (Bardzo prawdopodobne, że jest w tym ręka Ekberta, gdyż zmiana zachodzi właśnie wtedy, kiedy on sprowadził się do Schönau.) Przeciwnie niż Hildegarda, której iluminacje były zachwytem nad prawdami wiary, Elżbieta głosiła raczej nauki moralne, często adresowane do konkretnych osób. Przysparzało jej to zarówno przeciwników, jak zwolenników, ale tych drugich było tylu, że już około roku 1158 uważana była w cesarstwie za autorytet równy Hildegardzie. Rękopisów jej dzieł zachowało się więcej niż rękopisów dzieł Hildegardy, co świadczy nawet o większej, przynajmniej okresowo, popularności. Zadawano jej pytania, na które ona odpowiadała po otrzymaniu stosownego pouczenia w widzeniu. Wiadomo, że taką szansę ludzie zwykle cenią bardzo i gotowi bywają iść daleko, i czekać długo, byle odpowiedź otrzymać.

Drugie dzieło, Księga dróg Bożych, jest głównym wkładem Elżbiety w kontrowersje i problemy epoki. Zawiera mowy przeciw herezji katarów oraz przeciw winom i wadom kleru, takim jak symonia czyli świętokupstwo, zaniedbanie obowiązków i wygodnictwo. Młoda wizjonerka włączyła się tu w nurt tej krytyki, którą przed nią i po niej uprawiało wielu świętych (i nieświętych) reformistów, że wspomnimy choćby św. Piotra Damiani. A taki już miała autorytet, że przyjmowano to od niej; ten i ów mruczał, ale coraz ciszej. Mało tego: kiedy w Kolonii podczas robót ziemnych odkryto stary rzymski cmentarz, który uznano za miejsce pochówku legendarnej królewny brytyjskiej Urszuli – opat Gerlach z Deutz do Elżbiety właśnie zwrócił się o rozwiązanie problemu autentyczności znalezionych „relikwii”. Na podstawie kolejnych wizji ogłosiła więc ona, które są autentyczne i opracowała całą historię męczeństwa świętej i jej towarzyszek: dzieło nazywa się Objawienie o świętym hufcu kolońskich dziewic. Podobnie opracowała na podstawie wizji historię wniebowzięcia Maryi Panny: Widzenie o zmartwychwstaniu błogosławionej Dziewicy Maryi. I znowu: taki miała autorytet, że na podstawie jej widzeń niektóre niemieckie klasztory zmieniły datę święta, od niepamiętnych czasów obchodzonego 15 sierpnia, na podaną przez nią wrześniową.

Elżbieta zmarła 18 czerwca 1164 roku, mając 36 lat. W przeciwieństwie do Hildegardy, która fascynuje do dzisiaj, została szybko zapomniana. Kanonizacji nie było. Ekbert napisał dla kuzynek-augustianek dziełko De obitu Elizabeth, a więc opis jej śmierci, która miała nastąpić w wielkim uspokojeniu, tak różnym od napięcia, w jakim Elżbieta żyła. Ktoś później napisał żywot samego Ekberta (Ekbert bowiem nieco po śmierci siostry został po Hildelinie opatem), ale nie Elżbiety. Pod koniec XVI wieku wpisano ją do rzymskiego martyrologium, to jest spisu świętych, czczonych przez Kościół rzymski; ale z tekstem, który wspomina ją jako przykładną mniszkę, nie jako wizjonerkę. I chyba słusznie. Problemy dwunastowiecznego Kościoła spoczęły na cmentarzu historii: katarowie ze swoim potępieniem wszystkiego, co cielesne, nie mają miejsca w tak zwanym konsumpcyjnym świecie, a symonii niebezpiecznie byłoby dzisiaj próbować, bo od stuleci grożą za nią ostre kary kościelne. Ale nie tylko dezaktualizacja nauk Elżbiety doprowadziła do tego, że jej pisma nie są już czytane. Zakwestionowano także, i całkiem zasadnie, autentyczność jej wizji.

Weźmy dwa przykłady: sprawę Orygenesa i sprawę św. Urszuli. Orygenes, mędrzec chrześcijański z wieku III, uznany pośmiertnie w wieku IV za błędnowiercę, był jednak nadal chętnie czytany, zwłaszcza w środowiskach monastycznych, gdzie uprawiano ten sam styl egzegezy biblijnej, który on uprawiał, i gdzie nie przejmując jego (rzeczywiście jeszcze nie dopracowanej) terminologii chrystologicznej, ceniono jednak wiele jego pism, a zwłaszcza słynne kazania maryjne. Przepisywano go pilnie, czasem pod jego własnym imieniem, czasem pod czyimś innym, co oczywiście spowodowało długotrwałe zamieszanie w kwestii autorstwa poszczególnych dzieł. Otóż Ekbert, wyrażając powszechną wśród mnichów sympatię do starego mistrza i troskę o jego los pośmiertny, poprosił kiedyś Elżbietę, by zapytała w widzeniu Matkę Bożą, czy Orygenes został rzeczywiście na sądzie Bożym potępiony jako herezjarcha. Odpowiedź przyniesiona przez Elżbietę brzmiała mniej więcej tak: Błędy Orygenesa nie pochodziły ze złej woli, więc i kara jego nie jest wielka; za swoje kazania maryjne jest on w każde święto Matki Bożej otaczany jasnością z nieba; co zaś do jego ostatecznego losu przy końcu świata, to na razie tajemnica. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że dzisiaj, znając już nie tylko zachodnią, ale i wschodnią tradycję rękopiśmienną, wiemy, że owe słynne kazania maryjne, przypisywane Orygenesowi, wcale nie były jego dziełem. O czym benedyktyni w XII wieku mieli prawo nie wiedzieć… ale trudno tę niewiedzę przypisywać także Matce Bożej.

Podobna historia wydarzyła się w sprawie owych odkrytych w Kolonii pochówków, tylko tutaj jest więcej zmyśleń. Elżbiecie dostarczono, oprócz kości, także wiele nagrobnych tabliczek, a ona dopasowała je, jak umiała, do popularnych legend o św. Urszuli. Wynikła z tego długa i barwna historia, pisana w wyraźnym przekonaniu, że tak musiało być naprawdę, ale zawierająca mnóstwo anachronizmów i zwykłych błędów faktograficznych. Między innymi Elżbieta opowiada, jak to ówczesny papież imieniem Cyriak, dziewiętnasty w rzędzie biskupów Rzymu, rodem Brytyjczyk, żegnając św. Urszulę, nagle postanowił iść razem z nią i z jej orszakiem na męczeństwo, które miały one ponieść w drodze powrotnej z rąk Hunów. Wobec tego zrzekł się urzędu i pojechał z nimi. Dlaczego jednak o tym Cyriaku nie ma wzmianki w spisie papieży? Ano dlatego, że ówcześni kardynałowie, oburzeni na niego za abdykację, wykreślili jego imię z listy, a postać z pamięci ludzkiej. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że papież dziewiętnasty wypadałby w latach trzydziestych trzeciego wieku; najazd Hunów to połowa wieku piątego; a w dodatku ani w trzecim, ani w piątym wieku nie było jeszcze w Rzymie kardynałów.

I tak dalej. A dla nas kłopot, jak to wszystko rozumieć. Oszustka? Nie, oszustką Elżbieta nie była na pewno: zbyt wiele w jej tekstach wyraźnego przekonania o prawdzie wiedzy, zdobywanej z zaświatów za cenę ogromnych cierpień. Histeryczka? Niemożliwe. Histeria, jakkolwiek by ją w ciągu wieków nazywano (św. Teresa na przykład mówiła „melancholia”) jest zjawiskiem bardzo męczącym dla otoczenia, zwłaszcza tak bliskiego i stałego, jakim jest wspólnota zakonna; ilekroć więc się pojawi w klasztorze, jej nosicielka staje się dla współsióstr ciężkim problemem, i na pewno nie jest otaczana wyjątkowym szacunkiem ani wybierana na przełożoną. Ale skoro nie oszustka i nie histeryczka, to co jeszcze pozostaje: czy mamy wpisać Cyriaka na listę papieży i przyjąć za fakty objawione te wszystkie baśnie, które Elżbieta uważała, szczerze i uczciwie, za rzeczywiście objawione sobie?

Wydaje się, że mamy tu szczególnie wyraźnie do czynienia z tym, co można by nazwać filtrem; a dokładnie mówiąc, z filtrem szczególnie słabo przepuszczającym. Elżbieta ubierała swoje doznania mistyczne w tak wielką ilość obrazów pochodzących z jej własnej wyobraźni, w tak wielką ilość własnych pojęć i pomysłów, że tego właściwie już nie można nazwać przekazem. Prawda Boża wśród tych wszystkich floresów ginie; jedyne, co zostaje, to zapis duszy, wyrywającej się do Boga, pragnącej kontaktu z Nim i gotowej za ten kontakt zapłacić najwyższą możliwą cenę. I właściwie nic więcej. Trzeba pamiętać, że tak być może, aby nie przyjmować zbyt pochopnie za autentyczne objawienie tego wszystkiego, co mówią, choćby i najcnotliwsi, wizjonerzy.


Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Benedictus”, który prowadzony jest przez oblatów benedyktyńskich.


Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora honoris causa. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment fresku z kaplicy św. Benedykta w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 155 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij