Umieszczony przez 13:06 Selfie z Regułą. Ludzie

Karol Maria

Tajemnicza, przenikająca dogłębnie zwyczajność klasztoru napełniała go wręcz w euforią. Nie rozumiał, co się z nim dzieje. Miał wrażenie, jak to potem ujął w jednym ze swych tekstów, że „zatruł się” liturgią.

– Co Ty tu robisz? – z więcej niż zdziwieniem w głosie zwrócił się elegancko ubrany mężczyzna do mężczyzny elegancko ostrzyżonego. Słowa te gwałtownie rozcięły głęboką ciszę opackiego kościoła w którym się spotkali. Toczyły się po posadzce, wnosząc do dostojnej przestrzeni coś zupełnie obcego, by nie rzec zuchwałego. Elegancko ostrzyżony mężczyzna jakby się ocknął i odwrócił w stronę pytającego. Nie umiał (nie chciał? nie mógł?) udzielić odpowiedzi. Wyrzucił tylko z siebie: A Ty? 

Patrząc na nich z zewnątrz, w sumie można jednak się było domyśleć, że są artystami. Ten pierwszy był malarzem. Drugi pisarzem, ostatnio znanym ze skandalizującej powieści. Poszedł w niej „na całość”, nie żałując zresztą opisów mocnych doświadczeń, które miał. Było w jego pisaniu tyleż oryginalności, co nierzadko gorszących prowokacji. Ale takie były czasy. Im dosadniej, tym lepiej się sprzedawało. Autor został uznany za promotora dekadencji. W ten sposób pomału wdrapywał się na szczyty sławy, co wcale nie było oczywiste dla kogoś pochodzącego tylko z rodziny klasy średniej. Miał jednak tupet i determinację, nade wszystko zaś kontakty. Żył dokładnie tak, jak się podobało wpływowym krytykom i wydawcom. Do tego stopnia, że nieraz spotykali się w miejscach, gdzie wielu mężczyzn ukradkiem, zazwyczaj jednak za spore pieniądze, leczy swe kompleksy. Jego pisarstwo poniekąd usprawiedliwiało życie, które wedle norm moralnych nie mogło się obronić.

Dlatego było co najmniej szokiem zobaczyć go teraz klęczącego w kościele. Wpadający przez witraż promień słońca rozkładał na czynniki pierwsze pozostałe po celebracji smugi kadzidła. Wydawało się, że piękno w swojej czystej, najbardziej intymnej formie zwyczajnie i pokornie chce się objawić cierpliwie poszukującej go osobie.

Karol Maria (bo tak nazywał się nasz bohater) był od zawsze szczególnie wrażliwy na najmniejsze objawy piękna. I może właśnie dlatego nie mógł zatrzymać się na skądinąd sugestywnym opisywaniem wyrafinowanych, ale przecież tylko zmysłowych wrażeń. Tajemnicza, przenikająca dogłębnie zwyczajność klasztoru napełniała go wręcz w euforią. Nie rozumiał, co się z nim dzieje. Miał wrażenie, jak to potem ujął w jednym ze swych tekstów, że „zatruł się” liturgią. Najdziwniejsze jednak, że nie chciał już tego zmienić. Bo dobrze mu z tym, choć skądinąd tak dziwnie i tak bardzo nieoczekiwanie. Zdawało się jakby perwersja przeszła samą siebie – czy raczej przeprowadziła swego wiernego tropiciela i konesera na drugą stronę, gdzie nie ma już podszewki świata, ale czysta o nim prawda. „Zamorfinowałem się oficjum” Karol Maria precyzował swoje wyznania. Ale i tym razem nie przestawał szokować – tyle, że już nie tylko osoby pobożne, ale i swoich kolegów, kompanów zakazanych przyjemności. Musiało być szokiem, iż stały bywalec domów publicznych pisze powieść o subtelnej świętej. Wielu księżom się to mocno nie podobało. Niektórzy wysłali donosy na biskupa. Opat klasztoru, w którym Karol Maria zaczął się regularnie i, w pewnym sensie, ostentacyjnie pojawiać, musiał słuchać oskarżeń o brak roztropności i o sianie zgorszenia. Nie pomagały wyjaśnienia. Księża naciskali. Karol Maria zamiast gościnności, raczej znosił upokorzenia. Dostrzegał jednak szczególną, bezwarunkową gościnność benedyktynów. Ale i ich tradycję. W swych poszukiwaniach zaczął wchodzić w głąb benedyktyńskiej tradycji. Fascynujące, ale przecież jedynie powierzchowne wrażenia zaprowadziły go w świat benedyktyńskiej historii. Zafascynował go złoty wiek Cluny, kiedy to świętość znakomicie i niepowtarzalnie współbrzmiała z głębokim i najwyższych lotów pięknem. Poważnie zaczął myśleć o stworzeniu klasztoru sztuki, w którym artyści żyliby razem w jednej wspólnocie, bez zwyczajnej zawiści, zazdrości i wzajemnego kopania pod sobą dołków. Bo dla Karola Marii piękno okazywało się coraz bardziej czystą formą mistyki. A to przecież była atmosfera, która oddycha klasztor benedyktyński. Piękno ulotnych chwil liturgii czy milczenia zaczynało coraz bardziej rezonować historią i sztuką. Nasz bohater nie mógł więc nie poświęcić następnej swej książki właśnie benedyktyńskiemu światu. Okazała się być jego książką ostatnią, noszącą wymowny tytuł „Oblat”. Niedawno, dopiero jednak sto piętnaście lat po pierwszym wydaniu, przetłumaczono ją na język polski.


Bernard Sawicki OSB – absolwent Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie (teoria muzyki, fortepian). Od 1994 r. profes opactwa tynieckiego, gdzie w r. 2000 przyjął święcenia kapłańskie, a w latach 2005-2013 był opatem. Studiował teologię w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie oraz w Ateneum św. Anzelma w Rzymie, gdzie obecnie wykłada. Autor felietonów Selfie z Regułą. Benedyktyńskie motywy codzienności oraz innych publikacji.


Fot. Marcin Marecik

(Visited 115 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij