Skoro Ewangelia (Łk 23,48) widowiskiem nazywa Ukrzyżowanie, wolno to słowo stosować do Mszy Świętej. Całość opisu wymaga zresztą, aby rozpatrzyć tę stronę zagadnienia.
Dla dziejów Mszy Świętej w Polsce doniosłe są odkrycia Juliana Lewańskiego, który wydobył z rękopisów zagubiony dramat liturgiczny. Osiemdziesiąt lat temu Stanisław Tomkowicz pisał „o potrzebie rozpatrzenia się w zbiorach kazań średniowiecznych, zwłaszcza pasyjnych, opracowania ich i częściowego wydania, jako materiału do odtworzenia obrazu zaginionej prawie literatury dramatu kościelnego, czyli misteriów w Polsce”. Dziś dramat ten ma obszerną dokumentację i szereg opracowań. Prace Lewańskiego dotyczą dramatu liturgicznego w ścisłym znaczeniu. Rozgrywał się on zasadniczo w kościele (wyjątek stanowiły procesje), w ramach akcji liturgicznej, a zapisany został wśród rubryk mszałów, agend i antyfonarzy. Jego uprzywilejowanym czasem był Wielki Tydzień, a ukoronowaniem rezurekcja. Równolegle, choć ubożej, rozwijał się cykl maryjny. Wolno przewidywać, że na tym odkrycia się nie skończą i dowiemy się jeszcze niejednego o muzycznej czy wokalnej stronie zagadnienia, zapewne także odnajdą się nowe tematy, np. „Złota Msza”, która roratom zapewniła popularność w ciągu stuleci. Na Zachodzie uświetniał je ongiś dramatyczny dialog między Najświętszą Panną i Archaniołem.
Jeśli chodzi o tematy pasyjne, ich przebieg uświadamiają ilustracje w Rozmyślaniach dominikańskich, które odkrył i wydał z pietyzmem Karol Górski. Blisko Eucharystii były dramaty późniejsze, zwłaszcza jezuickie. W XVI w. grywano je podczas procesji Bożego Ciała. One to pochodowi temu zapewniały wciąż na nowo popularność, chociaż sam dramat szedł już w niepamięć. Przyczyniły się nadto do poznania niektórych dogmatów, bo jezuici w teatrze widzieli oręż przydatny w kontrowersji.
Zainteresowanie dziejami teatru w Polsce i wydobycie na światło dzienne jego kościelnych początków przypadło na czasy, które pobrzmiewają jeszcze echami teorii misteriologicznej Odona Casela (w Polsce pisał o niej przed laty ks. Adam Bogdanowicz, a po wojnie inni teologowie). Odo Casel, którego książki są ciągle drukowane i tłumaczone na Zachodzie, nazwał Mszę Świętą misterium w ścisłym znaczeniu. Byłby to więc dramat, który ustanowił Chrystus w tym celu, aby uczestniczący w nim pozyskali zbawienie. W uznaniu tej teorii przeszkadza jedynie słownictwo teologów z okresu, gdy misteria greckie były już skrajnie zdegenerowane. Oczywiście, zastosowanie do Mszy Świętej ma tylko czysta forma misterium, a nie jego odchylenia.
Jeśli w obecnym rozdziale jest mowa o Mszy Świętej jako dramacie-widowisku, to naturalnie w znaczeniu idealnym. Teologowie najdawniejszych czasów powiedzieliby: Jest ona prawdziwym widowiskiem. Trzeba więc będzie rozpatrzyć z tego punktu widzenia jej przebieg, prawidłowości i odchylenia. Kapitalne znaczenie ma też pytanie, kto jest w tym widowisku głównym widzem, to bowiem uzasadni postulat żywego udziału.
Dramatyczność Mszy Świętej
Julian Lewański starannie określa poszczególne składniki dramatu, co pozwala wyodrębnić ten gatunek z całego bogactwa liturgii średniowiecznej. Oczywiście Msza Święta nie zalicza się do dramatu sensu stricto, łączą je jednak pewne podobieństwa.
Pierwsze skojarzenia nasuwają się w związku z architekturą sakralną. Wprawdzie nigdy nie była ona tak wyraźnie teatralna, jak w okresie klasycystycznym (rzędy krzeseł, balkony), ale zawsze wnętrza kościoła służyły „przedstawieniu” i zawsze w jakiś sposób tym przedstawieniem była Msza Święta. Autorzy czasów trydenckich zwali ją po prostu przedstawieniem (repraesentatio). Teatr z upodobaniem wykorzystuje kontrasty i przeciwstawienia. Odpowiednikiem tego w kościele będzie ciemność i światło. Wprawdzie historia polskich witraży jest uboga, ale jednak sięga w głąb średniowiecza (Kruszwica). Jeszcze dłuższe są dzieje świecy, z jej przeróżnymi zastosowaniami. A więc jednym ze składników widowiska mszalnego jest barwne i migotliwe światło. (Dopiero najnowsze czasy wniosły martwotę elektryczności.)
Można też zastosować teatralne słownictwo do aktorów Mszy Świętej. Kapłan jest namiestnikiem Chrystusa, którego przedstawia. Dzieje ubiorów liturgicznych liczą w Polsce tysiąc lat. Były one wprost bajecznie kolorowe. Zwyczaj kazał ornat zdobić krzyżem albo Chrystusowym emblematem, aby usunąć wątpliwość, kogo „przedstawia” aktor tak przebrany. Również o ministrantach pisali dawni autorzy, że „przedstawiają” oni cały lud Boży. Można by jeszcze znaleźć niejedno takie teatralne porównanie.
Ważnym składnikiem widowiska był krzyż triumfalny pośrodku nawy. Był to przedmiot czci specjalnej i cel procesji, zwłaszcza w czasie wielkanocnym. Ołtarze boczne nie pozostawały bierne ani tym mniej balkony czy krypty podziemne. Dawne nabożeństwo było daleko bardziej ruchliwe niż obecne. Inwentarze wspominają o zawieszaniu kurtyny, która w okresie przedwielkanocnym zasłaniała cały ołtarz, a może nawet prezbiterium. W określonym momencie podczas śpiewania pasji kurtyna taka spadała, aby unaocznić wydarzenia ewangeliczne. Dziś jeszcze pozostały ślady tego zwyczaju. Są one nieliczne, ale wyraziste. Ile teatralności jest w odsłanianiu krzyża w Wielki Piątek albo w analogicznym obrzędzie, który dotąd obowiązuje w dniu Wniebowstąpienia! Takich składników widowiska było dawniej więcej, chociaż nie wszystkie zyskały aprobatę Kościoła, np. gra fujarek podczas pasterki. Pomijając nawet te nadzwyczajności, wystarczy wskazać na przebieg Mszy Świętej uroczystej w dobie obecnej. Trzeba ją oglądać na Wawelu, który zapewne jest najbardziej konserwatywny w tej dziedzinie, ale w zawody z nim idzie każda katedra, każdy kościół i kościółek, według własnych możliwości. Nie ma więc żadnych wątpliwości, że Msza Święta jest swoistym widowiskiem.
Tęsknota za oglądaniem Hostii świętej
W ciągu średniowiecza, które w Polsce przedłuża się aż do połowy XVI w., dokonała się u nas głęboka przemiana. Pierwsze dokumenty świadczą o powolnym zyskiwaniu wyznawców nowej religii. Stopniowo młody Kościół włącza się w ogólny nurt pobożności Europy Środkowej. W tych ramach dopiero rozproszone wiadomości źródłowe nabierają rumieńców życia.
Dla polskiego czytelnika cenna jest książka Edmonda Dumouteta o tęsknocie za oglądaniem Hostii. Autor uwzględnia źródła staropolskie (Mikołaja z Błonia, Widzenia Doroty z Mątów), co jest w literaturze francuskiej rzadkością godną podkreślenia. Oznacza to, że w XIV–XV w. na terenie Polski pobożność nadążała za wzorami z Zachodu. Ksiądz Jerzy Wolny, referując tę książkę, dodał garść szczegółów z kazań Peregryna i ciekawe wiadomości o ówczesnych wierzeniach, dotyczących oglądania Hostii św. Dalsze badania pozwalają powiększyć granice zjawiska, charakterystycznego już w XIII w. Pisząc o bł. Kindze, żywotopisarz jako typowy przejaw jej pobożności wysuwa na plan pierwszy fakt wpatrywania się załzawionymi oczyma w Ciało Pańskie podczas Mszy Świętej. Zapis ten jest współczesny z pierwszą wiadomością o Podniesieniu w Polsce. Dekret, który je wprowadza, wyraźnie zaznacza, że celem nowego obrzędu jest pokazanie Hostii św. W momencie Podniesienia miały uderzać dzwony, aby zwołać ludzi na to widowisko. Zarządzeniom tym towarzyszyła katecheza, której ślady trafiają się w pismach ze schyłku średniowiecza. Niestety brak źródeł nie pozwala śledzić, jak przyjęto tę nowość. Błogosławiona Dorota z Mątów, która świadczy o zwyczaju nad brzegiem dolnej Wisły w XIV w., tęskni za widokiem Hostii św. Biograf zapisał, że Dorota dlatego śpieszyła często do odległego kościoła, a ostatnie lata spędziła w katedrze kwidzyńskiej na nieustannej adoracji. Mamy także wspomnienie o Jagielle; gdy w latach podeszłych już niedowidział, kapelan pokazywał mu z bliska Hostię św. po przemienieniu.
W Złotym Wieku i w następnych latach sporo danych świadczy, że Podniesienie stało się centralnym momentem Mszy Świętej. Na odgłos dzwonka przy ołtarzu robił się w kościele tumult, bo każdy chciał zobaczyć Hostię św. Daremnie upominali wiernych pisarze katoliccy i nie bez przyczyny kpili inni (np. Frycz-Modrzewski). Efekty teatralne pomnażały jeszcze dodatkowe zwyczaje, wśród nich przede wszystkim warczenie bębnów. Oświetleniu Hostii św. podczas Podniesienia służą specjalne świece, splecione nieraz poczwórnie, albo nawet pochodnie, które odnaleźć można na wielu średniowiecznych miniaturach (i aż dotąd w kościołach. Reymont opisał te asysty chłopów „z świecami kiejby kłonice”, ale w czasach Reymonta już zagubiły one swe pierwotne znaczenie). To wszystko wskazuje, że Msza Święta zyskiwała z czasem coraz liczniejsze znamiona widowiska. Widać nadto, że na pierwsze miejsce wysuwało się Podniesienie, które nadal u ogółu jest najważniejszym momentem Mszy Świętej.
Nauka płynąca z zakazów
Dodatkowe a niemniej obfite światło na zwyczaj oglądania Hostii św. rzucają zakazy kościelne. Wśród źródeł średniowiecznych są one częste. Trzeba jednak je należycie rozumieć. Wyprzedzało je życie i zwyczaj religijny, a zakaz pojawiał się tylko w razie wykolejenia. Dlatego obraz, który można odtworzyć z ustaw średniowiecznych, jest jednostronny, a właściwie przypadkowy. Nakazy i zakazy są znakiem, który wymaga sprawdzenia. Nie każde bowiem prawo weszło w życie. Podniesienie wprowadziły dekrety w XIII w. Jednakże wchodziło ono powoli w praktykę i ustaliło się ostatecznie dopiero pod wpływem reform trydenckich.
Jeden z zakazów, który wielokrotnie powtarza prawodawstwo kościelne w polskim średniowieczu, dotyczy pokazywania hostii przed konsekracją. Nie oznacza to, że była ona przedmiotem jakiejś czci specjalnej. Raczej świadczy o dawnym zwyczaju: pierwotnie kapłan wypowiadał słowa przemienienia, trzymając hostię na wysokości ust. Moment ten – tylko z kielichem – przedstawia znana pieczęć Leszka Czarnego. Otóż zakaz pokazywania hostii niekonsekrowanej towarzyszy wejściu nowego rytu: odtąd podniesienie, czyli pokazanie, ma miejsce dopiero po konsekracji. Prawodawca zmierzał do tego, aby patrzącym z głębi kościoła ułatwić orientację. Wśród zakazów jeden był bardzo dotkliwy. W czasie kar kościelnych, które przecież spadały dość często, nie wolno było odprawiać Mszy Świętej. Rzadki wyjątek stanowiły wówczas klasztory, gdzie Mszę Świętą sprawowano przy drzwiach zamkniętych i zasłoniętych oknach, aby ktoś z obarczonych karą nie ośmielił się patrzeć na Hostię św. Inną osobliwość zawiera wykład mszalny Andrzeja z Kokorzyna. Autor ten przestrzega kapłanów, aby wznosząc, nie przechylali kielicha. Szczegół ten zasługuje na uwagę, zawiera bowiem wczesną wiadomość o podniesieniu kielicha. Szło ono w ślad za podniesieniem Hostii św. Kapłani ówcześni przechylali nawet kielich ponad głową, aby pokazać zawartość. Ale daremnie – powiada średniowieczny autor – człowiek przecież nie ma wzroku rysia (miałożby to zwierzę widzieć po krzywiźnie?). Niemniej próba pokazania zawartości kielicha mogła się skończyć rozlaniem.
Obok tęsknoty oglądania Hostii św. była więc inna, która zwracała się ku Krwi Zbawiciela. Potwierdzają to pamiątki staropolskie, choćby kielichy św. Jadwigi (chodzi tu raczej o królową Jadwigę). Jeden z nich zachował się na Wawelu, inny w zbiorach zagranicznych. Osobliwością jest użytek przezroczystego kryształu, który się tłumaczy chęcią pokazania i oglądania zawartości.
Ostatni wreszcie zakaz, który tak wiele daje do myślenia, dotyczy wystawienia w czasie Mszy Świętej. Powtarza się on przez szereg wieków aż do chwili obecnej. Sprawa wymagałaby osobnej rozprawki, wciąż bowiem jest przedmiotem nieporozumień. W każdym bądź razie, był to przejaw prawdziwej pobożności i natchnień baroku, odnajdziemy tu także wpływ różnych zakonów, które silnie oddziaływały w nowszych czasach. Te dążności odbiły się wyraźnie na dziedzinie sztuki: odczytać je można w budowie ołtarzy, które coraz bardziej przypominają tron adoracji. Przejawy pobożności nie ograniczają się do wnętrza kościoła, charakterystycznym jej wyrazem będzie procesja Bożego Ciała.
Rozpamiętywanie
W średniowieczu głoszono zasadę, że w liturgii co innego znaczą słowa, a co innego znaki i ruchy kapłana. Stąd bierze się sposób uczestniczenia w Mszy Świętej, który jest dla terenu Polski o tyle ważny, że cofa się początkami przynajmniej do przełomu XI/XII w., a rozpowszechnił się szeroko. Poza tym święcił on triumfy aż do progu doby obecnej. Sposób uczestniczenia we Mszy Świętej polegał na rozpamiętywaniu życia Chrystusa. Potężny ten zwyczaj zadecydował nawet o zmianach w liturgii mszalnej. Dla tego, kto rozpamiętywał życie Zbawiciela, strona wizualna Mszy Świętej stanowiła oparcie i pomoc. Toteż patrzenie odgrywało ważną rolę. Żywoty pobożne wspominają o starannym wybieraniu miejsca w kościele, skąd widać było dobrze ołtarz i kapłana. W niektórych kościołach zachowały się dotąd loże dla uprzywilejowanych, skąd swobodnie można było obserwować obrzędy mszalne. Wszystko więc miało znaczenie: wyjście kapłana z zakrystii i jego powrót, ucałowanie ołtarza, mycie rąk, podniesienie i wyjęcie pateny spod korporału, aby ją ukazać we właściwym momencie.
Rozpamiętywanie podczas Mszy Świętej wcale nie było swobodne. Przeciwnie, mnóstwo podręczników określało je jak najdokładniej, a na przestrzeni wieków dokonał się wyraźny rozwój w tej dziedzinie. Dziś jeszcze można napotkać osoby pobożne, które z różańcem w ręku uczestniczą we Mszy Świętej wyłącznie za pośrednictwem wzroku. Niejednokrotnie osiągają one na tej drodze wysoki stopień modlitwy przechodzącej w kontemplację. Trudno więc bez naruszenia bardzo osobistych uczuć wypowiedzieć zdanie w tej delikatnej materii, skoro przecież zwyczaj, o którym mowa, przyniósł piękne rezultaty. Jednakże nie można cofać się przed trafnym wyborem między żywym a biernym uczestnictwem, między osobistą ofiarą wśród modlitw wspólnych a rozmyślaniem o Chrystusowej ofierze. Zastrzeżenia nie zwracają się przeciw modlitwie wewnętrznej, która w religii spełnia zadanie, ale przeciw próbie zastąpienia nią Ofiary. Pobożność autentyczna przeznacza więc na rozpamiętywanie inne nabożeństwa (przede wszystkim gorzkie żale, ale także godzinki, różaniec). Natomiast Msza Święta ma pozostać zgodnie z ustanowieniem Chrystusa – Ofiarą.
Widzowie
Widzowie, chociaż oglądają Mszę Świętą równocześnie, różnią się między sobą. Pierwszym widzem jest tu Bóg. Dla Niego przede wszystkim przeznaczone jest to widowisko. Spostrzeżenie to podsuwa jedna z modlitw mszalnych. Po Przemienieniu kapłan zwraca się do Boga, wskazując na wspólną akcję ofiarną, w której wraz z ludem przypomina Mu mękę i zmartwychwstanie Chrystusa. Głównym celem obrzędu mszalnego jest przypomnieć Bogu, że Chrystus ciało swe wydał i krew swą przelał „za wielu na odpuszczenie grzechów”. Na te poczynania wskazuje kapłan, gdy prosi Boga:
Racz wejrzeć na nie miłościwym i pogodnym obliczem i z upodobaniem przyjąć, jak raczyłeś przyjąć dary sługi swego sprawiedliwego Abla.
Słusznie tu będzie przypomnieć, że Jahwe spoglądał na Abla i na jego ofiarę (Rdz 4,5). Abel złożył ofiarę, pokazując ją Bogu, który ją przyjął, widząc. Do tego patrzenia Bożego czyni aluzję kapłan w swej modlitwie, kiedy pokazuje Hostię ofiarną na ołtarzu i wszystkich, którzy ołtarz ten czynnie otaczają.
[To] my, Panie, słudzy Twoi oraz lud Twój święty, pomni na błogosławioną Mękę i Zmartwychwstanie… Pana naszego, składamy chwalebnemu Majestatowi Twemu z otrzymanych od Ciebie darów ofiarę czystą…
Najnowsza teologia w tym pokazaniu – złożeniu przez ludzi (praesentatio) – i w tym spojrzeniu – przyjęciu przez Boga – widzi samą istotę Mszy Świętej. Jeśli tak jest, żywy i czynny udział w Mszy Świętej nie wymaga dodatkowego uzasadnienia.
W staropolskiej literaturze jeden jedyny Hozjusz głosił uparcie, że Podniesienie jest znakiem ofiary. Poprzednio zastanawiają tylko słowa biskupa Oleśnickiego (z synodu), który mówi o roli Podniesienia jako znaku (significancia). Chodzi tu jednak o pomoc dla rozpamiętujących życie Chrystusowe. Jeszcze jedna wzmianka zasługuje na uwagę. Andrzej z Kokorzyna pisze, że przed Podniesieniem recoligat se sacerdos (inne rękopisy mają: recolligat, co oczywiście zmienia całkowicie sens zdania).
W dawnym języku rekoligacja oznaczała powrót zbiegłego sługi i przyjęcie go przez pana. Jest to najdokładniej to, co zaszło, gdy Onezym wrócił do Filemona z listem św. Pawła. W ramach Mszy Świętej miałaby to być ofiara jak najbardziej osobista, w której przedmiotem byłby sam składający się w ofierze człowiek. Takie oddanie bezwarunkowe, osobiste i już nieodwołalne zdaje się odpowiadać słowom Zbawiciela: To czyńcie na moją pamiątkę. A Bóg taką ofiarę przyjmie łaskawym wejrzeniem jako pierwszy i główny Widz tego widowiska.
Na drugim miejscu są ci wszyscy, którzy patrzą na katolika w kościele. Jednym ze składników czynnego udziału w Mszy Świętej jest ambicja, aby pokazać ją w całym niewysłowionym pięknie. Pragnienie to łączy kapłana, jego asystę i wszystkich obecnych. Toteż w korzystnych warunkach widok Mszy Świętej zachwyca. Norwid powiedziałby: „zachwyca w niebo” albo jeszcze pełniej: „piękno na to jest, by zachwycało do pracy…”
W staropolskich źródłach natrafia się na dwa opisy, które dają dużo materiału do refleksji: chodzi mianowicie o nawrócenie Fabiana Kwadrantyna i matki Konstancji Bużeńskiej. Łączy je wspólny motyw: oboje powrócili do Kościoła, a przyczyną było oglądanie Mszy Świętej. W jednym wypadku Msza Święta rozpaliła ciekawość, w drugim – uczucie i w ten sposób przywiodła do prawdy.
Powyższe wywody nie przekreślają bynajmniej prawa pobożnych uczestników Mszy Świętej do oglądania jej jako niewyczerpanego źródła radości. Na pewno do nich zwraca się sztuka religijna poprzez swe szczytowe osiągnięcia. Cała akcja tak jest reżyserowana, by im dopomagała w drodze do celu. Patrzenie religijne wymaga jednak wysokiej kultury osobistej. Składa się na nią wiedza o Bożych tajemnicach i asceza oczu, które omijać umieją przedmioty bez wartości.
Mówiąc o Mszy Świętej jako widowisku w sensie misterium – zyskuje się zupełnie nowe perspektywy religijności. Nawet nie wchodząc we wzniosłe dziedziny, trzeba przecież wysoko cenić to wszystko, co składa się na Mszę – widowisko, sprawiające, że jest piękna i podniosła.
Na terenie Polski, gdzie rozbiory, wojny i okupacja wycisnęły swe piętno nawet na kościołach, względne ubóstwo wynagradzają barwne zwyczaje. Budzą one szacunek tym większy, im bliżej je poznajemy.
Fragment publikacji Msza po staremu się odprawia
Paweł Sczaniecki OSB (1917–1998), benedyktyn z opactwa świętych Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu, proboszcz tyniecki, historyk liturgii, badacz dziejów tynieckiego opactwa. Wyniki jego badań w wielu dziedzinach do dzisiaj pozostają niezastąpione.
Fot. Borys Kotowski OSB
Jeśli zainteresował Cię nasz materiał, mamy dla Ciebie propozycję! Możesz otrzymywać raz w tygodniu, w sobotę o 19:00, e-mail z najnowszymi artykułami z portalu cspb.pl. Wystarczy, że zapiszesz się do naszych powiadomień poniżej...
Chcesz być na bieżąco z najnowszymi artykułami, informacjami dotyczącymi projektu "Filokalia" oraz nowościami wydawniczymi? Jeśli tak, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziesz formularze do zapisu na nasze newslettery.
Czytelnicy i słuchacze naszych materiałów dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, kanale YouTube oraz innych platformach podcastowych mogą być zainteresowani, w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.
To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!






