Umieszczony przez 11:57 Historia

Powstanie kultury monastycznej (1)

Istnieją dwie grupy tekstów, które wywarły decydujący, trwały i powszechny wpływ na powstanie i rozwój średniowiecznej kultury monastycznej na Zachodzie. Zawierają też one w zarodku oba istotne składniki tej kultury: gramatykę i eschatologię.

Istnieją dwie grupy tekstów, które wywarły decydujący, trwały i powszechny wpływ na powstanie i rozwój średniowiecznej kultury monastycznej na Zachodzie. Zawierają też one w zarodku oba istotne składniki tej kultury: gramatykę i eschatologię. Te dwie grupy tekstów to, po pierwsze, pisma związane ze św. Benedyktem, a po drugie dzieła tego Doktora Kościoła, który był mu pod wszystkimi względami bardzo bliski, mianowicie św. Grzegorza Wielkiego. Musimy je więc kolejno rozważyć. Pozwolą nam one określić terminy i przypomnieć pojęcia, które nam będą potrzebne przez cały dalszy ciąg badań. Tę wzniosłą drogę, którą nam wskazał św. Bernard, zaczynamy od skromnych i surowych początków, angusto initio.

Zachodnia średniowieczna tradycja monastyczna jako całość opiera się przede wszystkim na dwóch tekstach, które z niej robią tradycję „benedyktyńską”: na żywocie św. Benedykta w II Księdze Dialogów św. Grzegorza i na Regule dla mnichów, przypisywanej tradycyjnie św. Benedyktowi. Ten pierwszy tekst to dokument zawierający bogactwo danych historycznych i duchowości. Nie potrzeba tutaj próbować oddzielać sprawdzalne fakty od klisz hagiograficznych, bo przedmiotem obecnych naszych badań są dzieje nie samego św. Benedykta, ale jego wpływu na konkretną dziedzinę prądów kulturowych. Otóż w tej właśnie sprawie na samym początku żywota św. Grzegorz zostawił nam ciekawe świadectwo; będzie ono często w tradycji przytaczane i będzie jej służyć jako rodzaj symbolu. Chodzi o ten tekst, w którym w prologu do II Księgi Dialogów św. Grzegorz opowiada, jak młody Benedykt porzucił Rzym i szkołę, aby odejść na samotność i tam prowadzić życie poświęcone jedynie Bogu. Z tej opowieści można wysnuć kilka faktów. Po pierwsze, mamy u św. Benedykta do czynienia z nawróceniem: jest ono równie ważne dla zrozumienia jego życia i równie znaczące dla uświadomienia sobie jego dzieła i wpływu, jak nawrócenie św. Augustyna. Podobnie jak św. Augustyn, św. Benedykt zaczyna od nauki, a potem ją odrzuca. Stąd dwa pytania, które tu można postawić: Czego się uczył? Dlaczego to rzucił?

Czego się uczył? Tego, czego wówczas nauczano „ludzi wolnych”, a co św. Grzegorz nazywa studia liberalia; ten termin obejmował dla ówczesnych młodych Rzymian gramatykę, retorykę i prawo. Wiele już razy obliczano, ile też lat mógł mieć młody Benedykt odchodząc, a w konsekwencji: czego się wtedy uczył. Czy doszedł aż do prawa? Nic tego nie dowodzi: był jeszcze dzieckiem (puer), ledwo „postawił stopę w świecie”. Prawdopodobnie zdążył przynajmniej przestudiować gramatykę; ta grammatica zajmie nas jeszcze później. To zresztą chwilowo nieważne, bo interesuje nas tu symboliczne znaczenie tej historii. Tak czy inaczej dość szybko, zniechęcony do tego, co widzi i słyszy w szkolnym środowisku, Benedykt rzuca wszystko i ucieka ze szkoły. Dlaczego? Nie dlatego, żeby nauka była zła – to nie jest powiedziane – ale dlatego, że życie studenta, życie w szkole, jest pełne zagrożeń moralnych. Całą resztę swych lat odda św. Benedykt szukaniu Boga, prowadzonemu w najbardziej sprzyjających warunkach, to jest w oddzieleniu od tego niebezpiecznego świata. Tak więc w życiu św. Benedykta znajdujemy w zarodku oba składniki całej kultury monastycznej: naukę podjętą, nie wzgardzoną, ale odrzuconą, przekroczoną dla Królestwa Bożego. A postępowanie Benedykta nie jest wyjątkiem: jest normalne u starożytnych mnichów. Znajdujemy tę samą postawę na przykład w życiu św. Cezarego z Arles. Wychodząc czasem z klasztoru w Lerynie, bywał on gościem pewnej rodziny, która skontaktowała go z Julianem Pomeriuszem, „sławnym w tym kraju ze swej szczególnej biegłości w sztuce gramatycznej”. Chodziło o to, żeby „świecka wiedza wygładziła mniszą prostotę” Cezarego. Ten jednak bardzo szybko zrezygnował z lekcji Juliana, mimo że był to autor bardzo wzniosłego dziełka O życiu kontemplacyjnym. Cała tradycja benedyktyńska będzie też na wzór św. Benedykta scienter nescia et sapienter indocta; przyjmie lekcję uczonej niewiedzy, będzie nią żyć, przekazywać ją i utrzymywać bezustannie w obliczu kulturalnej działalności Kościoła jako nieunikniony paradoks.

Przejdźmy teraz do Reguły św. Benedykta. Można postawić na jej temat dwa problemy: jaką kulturę posiadał jej autor i jaką zakładał (albo chciał widzieć) u swoich uczniów? Trudno jest określić dokładnie, co autor Reguły musiał znać, by móc ją napisać; nie można ani przeceniać, ani lekceważyć jego oczytania. Podobnie jak w sprawie jego nawrócenia, historycy ulegali tu zwykle którejś z tych pokus; podobna różnica zdań zjawia się prawie przy wszystkich problemach dotyczących kultury monastycznej, co także ma swoje znaczenie. Można by, dla ukazania kultury św. Benedykta, wymienić źródła jego Reguły. Ale ponieważ on je cytuje często z drugiej ręki, za wcześniejszymi regułami, takie kryterium niewiele by dało. Ostatecznie więc autor Reguły odznacza się nie tyle zakresem wiedzy, ile inteligencją, z jaką tej wiedzy używa, zrozumieniem życia monastycznego i cechami, które temu życiu przekazał.

Równie trudno jest zaproponować dokładną i pewną odpowiedź na drugie nasze pytanie, mianowicie jaką kulturę św. Benedykt zakłada (albo chce widzieć) u mnicha. Także i na ten temat, to jest o stosunku św. Benedykta do nauki i studium, wyrażano już różne poglądy. Jedni widzą w klasztorze rodzaj akademii. Inni twierdzą, że św. Benedykt mało miejsca zostawia na pracę intelektualną; i rzeczywiście nie daje on na jej temat żadnych przepisów, niewątpliwie uważając ją za coś oczywistego, podczas gdy ustanawia przepisy dotyczące pracy ręcznej, stosownie do tego, na co pozwala lub czego wymaga stały rozkład dnia. Mamy tu więc różnicę zdań nawet między autorami dobrze poinformowanymi, a to dlatego, że tekst Reguły dopuszcza różne interpretacje. Już w Regule istnieje „problem nauki”; spróbujmy go tu postawić najpierw według jej tekstu, potem zaś w porównaniu z nauką współczesnego św. Benedyktowi Kasjodora.

W Regule znajdujemy te dwa składniki, które widzieliśmy już w żywocie św. Benedykta: znajomość literatury i szukanie Boga. Podstawowym faktem w tej dziedzinie jest to, że jednym z głównych zajęć mnicha jest lectio divina, obejmująca także medytację: meditari aut legere. A wobec tego w klasztorze trzeba mieć książki, umieć je pisać, umieć je czytać, gdyby się zaś nie umiało, trzeba się nauczyć. Nie jest pewne, czy św. Benedykt wspomina o bibliotece, bo słowo bibliotheca, którego używa on mówiąc o książkach czytanych w Wielkim Poście, może pod jego piórem oznaczać Biblię. Najwyraźniej jednak św. Benedykt zakłada istnienie biblioteki, i to dość dobrze wyposażonej, skoro każdy z mnichów ma na Wielki Post otrzymać osobny codex; wszystkich też na końcu Reguły zachęca do czytania Pisma Świętego, Kasjana i św. Bazylego; a trzeba również mieć co czytać w refektarzu, w chórze i u gości.

Otóż aby książki posiadać, trzeba je także umieć pisać. Po wszystkich mnichach, normalnie i bez wyjątku, spodziewa się św. Benedykt tej umiejętności. Opat i szafarz mają zapisywać, co dają i co otrzymują z powrotem (RB 32, 35); w archiwum przechowuje się pisane dokumenty (RB 32, 58); jedną z rzeczy wymaganych od mnichów jest, aby prosili o pozwolenie, gdy chcą do siebie pisać listy; inną, aby nie posiadali materiałów piśmiennych bez pozwolenia (RB 33). Przynajmniej po niektórych oczekuje się umiejętności produkowania książek, to jest przepisywania, oprawiania, nawet zdobienia, a to w dwóch różnych celach. W tej sprawie niedomówienia Reguły wyjaśniają się w świetle innych współczesnych jej reguł. Trzeba sporządzać książki przede wszystkim na użytek klasztoru: oczywiście można je było także otrzymać w darze, takie wypadki są znane, ale normalnie przepisywano je w klasztorze; to jest poświadczone wyraźnie w kilku regułach ówczesnych, a zakładane milcząco przez św. Benedykta, podobnie jak fakt, że przepisywano także książki na sprzedaż. I to jest także w starożytnych regułach powiedziane, tymi samymi słowami, które znajdujemy u św. Benedykta (RB 52), gdzie i sens musi być ten sam.

Nadto św. Benedykt zakłada, że mnisi nie są analfabetami; tylko niektórzy mogą się okazać niezdolni do czytania i studiowania, ogół jednak, aby móc oddawać się czytaniu tak głośnemu jak i prywatnemu, przepisanemu przez Regułę, musi umieć czytać, a to zakłada istnienie szkoły, uczącej czytania i pisania. Nie można bowiem spodziewać się, żeby w VI wieku wszyscy wstępujący umieli czytać; św. Benedykt przewiduje, że nowicjuszowi będzie się czytać (legatur ei) regułę (RB 58), jakby zakładał, że może on sam jeszcze nie umieć jej czytać. Inna rzecz, że „czytać” może tu mieć także znaczenie „wyjaśniać”: odczyta się mu regułę z dodaniem komentarza. Nie jest powiedziane, że nowicjuszy będzie się w czasie próby uczyć czytać. Ale ponieważ istnieją dzieci, ofiarowywane do klasztoru na przyszłych mnichów, które kiedyś będą potrzebowały umiejętności czytania i pisania, musi też istnieć dla nich (i tylko dla nich) szkoła, a w takim razie i książki; toteż postawiono bardzo prawdopodobną hipotezę, iż biblioteka powinna była zawierać, oprócz Pisma Świętego i Ojców, także podstawowe dzieła gramatyczne, a więc Donata, Pryscjana, Kwintyliana i nieco autorów klasycznych. Tabliczki i rysik, o których mowa w rozdziale 55, są także sprzętem przeznaczonym do użytku w szkole w równej mierze, co i w scriptorium.

Jeśli zaś trzeba umieć czytać, to przede wszystkim po to, żeby móc się oddawać czytaniu świętemu, lectio divina. Na czym ono polega? W jaki sposób się czyta? By to zrozumieć, trzeba przypomnieć znaczenie, jakie mają słowa legere i meditari u św. Benedykta, i jakie zachowają one przez całe średniowiecze. To, co wyrażają, wyjaśni nam jedną z charakterystycznych cech średniowiecznej literatury monastycznej, zjawisko reminiscencji, o której trzeba będzie pomówić osobno. Co do czytania, narzuca się tu jedno podstawowe stwierdzenie: w średniowieczu jak i w starożytności czytało się normalnie inaczej niż dzisiaj, to jest nie tylko oczami, ale z pomocą warg, wymawiając czytane słowa, i z pomocą uszu, słuchając słów wymawianych i słysząc (jak to mówiono) voces paginarum, głosy stronic. Oddawano się prawdziwie „czytaniu akustycznemu”; legere, czytać, oznaczało jednocześnie audire, słuchać. Zrozumieć można było tylko to, co się słyszy; do dziś po francusku entendre znaczy i „słyszeć”, i „rozumieć” w zastosowaniu np. do łaciny. Oczywiście czytanie bezgłośne lub ciche było znane; wskazują na nie takie wyrażenia u św. Benedykta jak tacite legere albo legere sibi (czytać w milczeniu, czytać sobie), a u św. Augustyna legere in silentio w przeciwstawieniu do clara lectio czyli czytania głośnego. Ale najczęściej, kiedy słowa legere i lectio używane są bez określeń, oznaczają czynność, która podobnie jak śpiew czy pisanie zajmuje całe ciało i całego ducha. Lekarze starożytni zalecali niektórym chorym, potrzebującym ruchu, czytanie właśnie jako ćwiczenie fizyczne, podobnie jak spacer, bieg czy grę w piłkę. Fakt, że i pisano nieraz „głośno”, dyktując samemu sobie albo sekretarzowi tekst układany czy też odtwarzany, wyjaśnia w średniowiecznych rękopisach wiele tzw. wariantów akustycznych; dziś używanie dyktafonu stwarza podobne zjawisko. Świadectwa starożytności klasycznej, biblijnej i patrystycznej, odnoszące się do głośnego czytania, są dobrze znane; wystarczy tutaj przypomnieć kilka, wziętych z tradycji monastycznej.

Tak więc kiedy św. Benedykt zaleca, aby w czasie, gdy mnisi „spoczywają w ciszy na swoich łóżkach”, ten, który by chciał czytać, robił to w sposób nie przeszkadzający innym (RB 48) – najwyraźniej uważa czytanie za zakłócenie ciszy. Kiedy Piotr Czcigodny dostał kataru, nie tylko nie mógł przemawiać publicznie, ale nawet nie mógł odprawiać prywatnego czytania. A Mikołaj z Clairvaux zapisał, że po upuszczeniu krwi był zbyt słaby, żeby czytać. Do tego więc stopnia współpraca gardła i ust związana była z działalnością oczu; spontanicznie do tej ostatniej przyłączały się wargi, i z konieczności lectio divina stawała się lekturą czynną.


Fragment książki Miłość nauki a pragnienie Boga


Jean Leclercq OSB (1911–1993) – benedyktyn z opactwa Clervaux w Luksemburgu. Wybitny badacz historii, tradycji i duchowości monastycyzmu średniowiecznego. Wydawca dzieł św. Bernarda z Clairvaux; autor około 1000 artykułów i książek.


Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment fresku nad kaplicą św. Benedykta w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu

(Visited 347 times, 1 visits today)


Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera.

Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie cspb.pl, jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania.

To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!


Zamknij