Umieszczony przez 14:05 Pismo Święte

Trzeba wierzyć, a nie doznawać…

Ponad 80-letnie doświadczenie, świeckie i mnisze, to nie tylko prace i studia wokół Pisma Świętego, choć jak będzie można zauważyć, jest to motyw przewodni…

Stara maszyna do pisania, wytarte opuszki palców, setki przepisanych stron… Dla Hani… napisał w dedykacji ojciec Augustyn Jankowski na jednym z pierwszych egzemplarzy Biblii Tysiąclecia przekazanym jeszcze wtedy Annie Jemielewskiej, która wkrótce potem wstąpi do klasztoru mniszek benedyktynek w Żarnowcu na Pomorzu i przyjmie, nieprzypadkowo, imię Hieronima (zwana wśród najbliższych Lwem). Historia osoby, która nie pojawiła się na karcie tytułowej, jako jedna z biorących udział w powstaniu Biblii Tysiąclecia. Gdzieś w tle wszystkich wybitnych nazwisk… a jednak bez niej i jej uwag, którymi dzieliła się z ojcem Augustynem Jankowskim, kto wie, jaki ostateczny kształt mogłaby mieć Biblia Tysiąclecia?

Ponad 80-letnie doświadczenie, świeckie i mnisze, to nie tylko prace i studia wokół Pisma Świętego, choć jak będzie można zauważyć, jest to motyw przewodni, wokół którego owinięta jest nić życia s. Hieronimy. To zwykła codzienność, to bycie przełożoną, mistrzynią i mniszką, która mówi o Bogu i wierze, jak również problemach z tym związanych.

Lwy i niedźwiedzie raczej nie spotykają się na co dzień; Lew i Niedźwiedź (najbliżsi w taki sposób nazywają s. Małgorzatę Borkowską) w Żarnowcu żyją obok siebie, jako współsiostry i przyjaciółkiJak przystało na Lwicę Niedźwiedzicę, są to kobiety łagodne, ale kiedy tego wymaga sytuacja, potrafią szczerze i konstruktywnie skrytykować coś lub kogoś, jak również wskazać drogę rozwiązania trudnej sytuacji. W rozmowie z s. Hieronimą Jemielewską poruszamy m.in. temat polskich kazań; przeczytacie również o ciekawej funkcji w klasztorze, jaką była homiliantka. Tak się składa, że zarówno Lwica Niedźwiedzica pełniły wspomnianą funkcję: głoszenia krótkich refleksji biblijnych po III Nokturnie (w niedzielę, święta i uroczystości) dla całej wspólnoty zakonnej.

Jacek Zelek: Wszystko zaczęło się od spotkania z ojcem Augustynem Jankowskim.

Hieronima Jemielewka OSB: Wtedy to był jeszcze ks. Bogdan Jankowski. Byłam studentką w Warszawie i mieszkałam na Mokotowie, kościół akademicki wtedy był tylko jeden, pod wezwaniem św. Anny. Kiedyś, chyba na II roku, pomyślałam sobie: Hmm… przecież jestem studentką, a więc powinnam chodzić do kościoła dla studentów, a nie gdzieś tam po kątach (śmiech). Postanowiłam i poszłam. W kościele św. Anny działał taki chórek gregoriański akademicki, międzyuczelniany. Przed laty, jeszcze w gimnazjum, zetknęłam się z chorałem gregoriańskim, odtwarzanym ze starych płyt, i zachwyciłam się nim. Będąc w tym kościele, patrząc na ten chórek, zapragnęłam do niego należeć, ale głosu nie mam za dwa grosze, słuchu również. Tak bardzo chciałam, że nie miałam siły odejść. Chórek odszedł na zaplecze, a ja zostałam w kościele, siedziałam w ławce i wzdychałam myśląc o chórku… i wtedy podeszła jedna dziewczyna i mówi: koleżanko, koleżanko prosimy do nas, prosimy. No to ja w podskokach, poleciałam do nich. Siedziałam jak mysz pod miotłą, cichutko i bałam się żeby zbyt głośno nie śpiewać, żeby im nie przeszkadzać. Chodziłam regularnie na próby i muszę przyznać, byłam arcyszczęśliwa. Chórek był prowadzony przez siostrę Rafaelę, zmartwychwstankę (kształciła się w Beuron). Któregoś dnia, ni z gruszki, ni z pietruszki, ona mi zadaje pytanie: czy ja mam jakiegoś kierownika duchowego. Owszem chciałam takiego mieć, ale po wielu próbach poszukiwań, jakoś to nie wyszło. Czułam wewnętrzną potrzebę, ale tak to się wszystko poukładało, że musiałam sprawę ojca duchowego odłożyć na później, aż do pytania siostry Rafaeli. Słyszę pytanie i odpowiadam: nie, nie mam. A siostra mówi: No to przyjdź w sobotę do kościoła seminaryjnego i tam spotkasz ks. Bogdana Jankowskiego. Długo nie trzeba było mnie namawiać, poszłam. Ja do dziś tego nie rozumiem, znam siebie i wiem że zawsze trzymam się na dystans, wolę wcześniej sprawdzić niż iść w nieznane… a tutaj zgoła zupełnie inna sytuacja.

Wchodzę do kościoła i widzę ks. Bogdana przy ołtarzu, wtedy jeszcze tyłem do ludzi. Nawiasem mówiąc, zdawało mi się że był bardzo wysoki (śmiech). Przyszedł do konfesjonału, ja podeszłam i tak rozpoczęła się moja ponad pięćdziesięcioletnia znajomość z ojcem Jankowskim. Potem ks. Bogdan wstąpił do benedyktynów i na jakiś czas kontakt się urwał (ze względu na formację w Tyńcu).

Prowadziliście korespondencję? A może odwiedziny?

Tak, pisałam. Pewnego razu, gdy już się dowiedziałam, że ojca Augustyna można odwiedzić, wybrałam się do Tyńca, zupełnie na oślep. Dało mi się to we znaki, zboczyłam z głównej drogi i wpadłam w jakieś błota i podmokłe tereny… Widziałam tylko kościół tyniecki i leciałam prosto, w myśl zasady, kto drogi prostuje, w domu nie nocuje, i efekt był jaki był (śmiech). Cała brudna, wreszcie dotarłam do klasztoru. No i przyszłam ni z tego, ni z owego, a ojciec Jankowski oczy wytrzeszczył i mówi: przecież mogłaś mnie nie zastać. No tak. Zupełnie o tym nie pomyślałam. Jak jest w klasztorze, to będzie.

Skąd zainteresowanie powołaniem monastycznym?

Myślałam o tym już dużo wcześniej, jeszcze przed spotkaniem ks. Bogdana. Ale można powiedzieć, że takim punktem zwrotnym było jedno ze spotkań w konfesjonale. Podczas takiego spotkania wspomniałam mu, że tak mi się wydaje, że chyba mam powołanie, ale pojęcia nie mam w którą stronę iść… Wyjaśniłam mu, co mi w duszy gra, a on na to: wiesz co, to mi wygląda na benedyktynizm. I tyle, otrzymałam listę lektur duchowych, z którymi miałam się zapoznać. I tak czytając o różnych duchowościach, jakoś nic z tego, czego się dowiedziałam, mi nie leżało. I zostałam przy tym benedyktynizmie.

Kiedy zaprzyjaźniłam się z Tyńcem, tam wtedy przeorem był ojciec Piotr Rostworowski, i on kombinował jakąś nową fundację, od samych podstaw, nie bardzo mu się podobało to, co wtedy było, i chciał założyć coś nowego…

Chodzi o męską czy żeńską wspólnotę?

O żeńską. Było nas kilka panien, ale w ostatecznym rachunku nic z tego nie wyszło. Ale troszkę skoczyliśmy za daleko w czasie. Wrócę jeszcze do początków, do czasów świeckich. Pracowałam…

Właśnie, gdzie pracowała młoda Anna Jemielewska?

…w stacji hodowli roślin pod Kutnem. To była taka praca… naukowa – to może za dużo powiedziane. Prowadziliśmy obserwacje, waga, miara itd. Oczywiście wszystko skrzętnie notowaliśmy i wiele osób patrząc na nas mówiło, że my nic nie robimytylko ganiamy po polu z notesem (śmiech). Co by się zgadzało… Wyglądało to tak, że mieliśmy całe pole, dajmy na to kapusty, które nas zupełnie nie obchodziło, natomiast interesowała nas jedna jedyna roślina, konkretny przypadek z odpowiednimi cechami, który był poddany pod obserwacje. Dla późniejszej reprodukcji.

Jednak przyszedł czas redukcji etatów i straciłam pracę. I wtedy pomyślałam sobie, że już jestem wolna, dlatego trzeba iść do klasztoru, o którym od tak dawna rozmyślałam. Ta potrzeba i to powołanie nigdy mnie nie opuściło, tylko nie realizowałam tego, co czułam… Bo wciąż nie wiedziałam jeszcze do którego klasztoru mam wstąpić. Ojciec Augustyn Jankowski powiada mi wtedy: czy nie chciałabyś pomóc ojcu Franciszkowi (Małaczyńskiemu) w jego pracach nad przygotowaniem polskich posoborowych ksiąg liturgicznych? Dobrze. No i troszkę mu pomagałam. Niewiele. Pamiętam, że często się z ojcem Franciszkiem spierałam. On używał jakiegoś sformułowania, a ja proponowałam coś innego, i tak dyskutowaliśmy. W tym czasie mieszkałam w Tyńcu.

Jednocześnie konsultowałam z ojcem Augustynem sprawę mojego zamiaru wstąpienia do klasztoru, aż tu nagle ojciec mówi: wiesz co, tyś po maturze chciała iść na teologię, to idź teraz. Kiedy pomyślałam o tym, że jeszcze 5 lat będę musiała czekać na wstąpienie do klasztoru, zaczęłam wierzgać i sprzeciwiać się. Ojciec Jankowski uparł się i powiedział: Nie, pójdziesz na studia teologiczne.

Od zawsze Siostra miała chęć studiów teologicznych?

Po maturze wiedziałam, że chcę iść na teologię. Jednak tak się zastanowiłam i pomyślałam praktycznie: co ja będę robić po tej teologii, przecież z czegoś trzeba żyć. Zawód katechetki nie wchodził w grę. I wtedy zdecydowałam, że pójdę na ogrodnictwo na SGGW w Warszawie (i stąd praca w stacji hodowli roślin), zakończone tytułem inżyniera ogrodnictwa.

Muszę przyznać, że ten nakaz ojca Augustyna, że mam podjąć studia teologiczne – bardzo mi to było nie w smak. Ale posłuszeństwo to posłuszeństwo, zdecydowałam się i poszłam na teologię na KUL. Jak się potem okazało, mój rocznik był drugi, jaki w ogóle zaistniał dla świeckich w Polsce. Wychodzi na to, że moja pierwotna chęć tak czy siak musiałaby wtedy poczekać, ponieważ do tej pory nie było takiej możliwości dla świeckich.

A jak wyglądała sprawa utrzymania? Podjęła Siostra pracę?

No tak, trzeba było się utrzymać. Pomagał mi moja mama oraz otrzymywałam stypendium na uczelni. Jednocześnie ruszyły przygotowania Biblii Tysiąclecia, w których ojciec Augustyn Jankowski był głównym redaktorem. To on dostarczał mi teksty do przepisania i dostawałam wynagrodzenie od Wydawnictwa Pallotinum.

To moje przepisywanie nie było tylko mechanicznym kopiowaniem tekstu. Zawsze kiedy przygotowywałam konkretny materiał, dorzucałam swoje trzy grosze w postaci komentarzy do wybranych, dla mnie problematycznych, fragmentów.

Proszę coś więcej powiedzieć o pracy przy rodzącej się Biblii Tysiąclecia? Udawało się to pogodzić ze studiami?

Najpierw uczelnia, do południa przynajmniej. Potem przepisywanie (przy dobrym dniu, nieraz było to sześć kopii jakiegoś tekstu). Maszynę do pisania miałam swoją, sprzed potopu. Ciekawostka: mam ją do dzisiaj w swojej celi zakonnej i nadal jest czynna. No i pisałam, i pisałam, ale nie bezkrytycznie. Gdy z czymś się nie zgadzałam, dopisywałam na marginesie swoje uwagi. To nie było mądrzenie się dla mądrzenia się. Tylko uczciwie zaznaczałam, kiedy jakaś literka została opuszczona czy też jakieś słowo zostało zniekształcone, pominięte czy jakiś błąd w przypisie. Wszystko to było dla dobra samej inicjatywy powstania Biblii Tysiąclecia.

Wszystkie teksty od tłumaczy otrzymywał ojciec Augustyn, jako główny redaktor, a on dopiero przesyłał je do mnie, do skopiowania. Maszynopis z moimi uwagami przesyłałam ponownie do ojca Jankowskiego, który miał ostatnie słowo i zatwierdzał lub odrzucał poprawki.

Nie bała się Siostra zwracać uwagę samemu redaktorowi?

Muszę przyznać, że nieraz zastanawiałam się, czy powinnam wtrącać swoje trzy grosze przy przepisywaniu i wreszcie zapytałam. Ojciec Augustyn odpowiedział: rób tak dalej, ponieważ w większości są to słuszne uwagi. I tak współpraca trwała aż do I wydania Biblii Tysiąclecia w 1965 r.

Otrzymała Siostra swój egzemplarz?

Oj tak. Zaraz jak pierwsze egzemplarze przyjechały z drukarni, chyba nie skłamię, że jeden z pierwszych egzemplarzy, bezpośrednio od samego ojca Augustyna Jankowskiego, z osobistą dedykacją. Byłam przeszczęśliwa.

Jakim „szefem” był ojciec Augustyn?

Przede wszystkim bardzo rzeczowym. Wiadomo było, na czym się stoi, a nie jakieś takie pływanie

A czy ojciec Jankowski wspominał Siostrze, jak wyglądała współpraca z innymi tłumaczami?

Nieraz wspominał, że współpraca z niektórymi była trudna. Biblia Tysiąclecia to była jedna całość, która musiała mieć ręce i nogi. Ale bywało czasami, że znalazł się jeden i drugi uparty, który za nic nie chciał ustąpić. Jednak musieli dojść do jakiegoś porozumienia.

Skąd pomysł Biblii Tysiąclecia?

Pomysłodawcą był o. Dominik Michałowski z Tyńca. On to powiedział, że trzeba zrobić tłumaczenie Pisma Świętego z języków oryginalnych. I wtedy ojciec Augustyn Jankowski poszedł z tym projektem na KUL. Minął pewien czas, w którym czekał na decyzję. Jednak pomysł jakoś nie przypadł do gustu władzom uczelnianym i dlatego ojciec Augustyn sam zabrał się do roboty. Wyszukał sobie biblistów, którzy chętnie podjęli współpracę.

Czy zachowały się jeszcze Siostry notatki i przepisane egzemplarze z I wydania?

Nie zachowały się, bo wszystkie trafiały do ojca Augustyna.

Przygoda z Biblią Tysiąclecia trwała przez całe studia?

W zasadzie do samego końca. Po zakończeniu i obronie pracy magisterskiej, którą pisałam pod kierunkiem ówczesnego profesora KUL, ks. Kazimierza Romaniuka, biblisty, w zasadzie od razu wstąpiłam do klasztoru benedyktynek.

Nie miała Siostra żadnych wątpliwości co do obranej drogi?

W zasadzie już w wieku 19 lat byłam pewna co do mojego powołania zakonnego. I wkrótce również okazało się, że będą to benedyktynki w Żarnowcu.

Dlaczego akurat klasztor na Pomorzu?

Bo o Żarnowcu najmniej wiedziałam (śmiech). Tak postanowiłam, i bardzo dobrze zrobiłam. Dziękuję Bogu, że nie podjęłam innej decyzji. U nas jest ślub stałości miejsca i zasadniczo tam, gdzie człowiek wstępuje, tam również umiera.

Los tak chciał, że trzeba było, aby Anna Jemielewska wstąpiła do klasztoru jako pani magister inżynier…

To prawda. Przypadków nie ma… Mi się zawsze śpieszyło, ale Pan Bóg zdecydował inaczej.

Teraz, z perspektywy czasu, te wszystkie opóźnienia przyniosły pozytywny skutek.

Czas pokazał, że to wszystko było potrzebne. I ogrodnictwo, i nakaz ojca Augustyna, aby podjąć studia teologiczne. Wszystko to w późniejszych latach bardzo mi się przydało, chociażby kiedy byłam przez pewien czas ksienią czy mistrzynią nowicjatu.

Obecnie pojawia się potrzeba wykształcenia sióstr zakonnych.

Formacja intelektualna jest niesłychanie ważna, choć o ile wiem, obecnie to kiepsko wygląda. Możliwość mają tylko pojedyncze siostry, a to stanowczo za mało. Dzięki studiom teologicznym zmienia się zupełnie spojrzenie na kwestie rozumienia wiary i duchowości. Sięgamy do korzeni, do historii… Powiedziałabym nawet, że wyrabia się swoista giętkość umysłu.

I pewność, że nie schodzi się z drogi właściwej, z drogi nauczania Kościoła.

Dokładnie tak. Coś wiem, i mam wiedzę, a jeśli coś budzi moje wątpliwości, to potrafię szukać wyjaśnienia. Nie chodzi przecież o to żeby brać informacje z chmurki i przedstawiać je jako tę właściwą naukę, ale musi tutaj być zaczepienie w autentycznej nauce Kościoła.

Bywa, że ktoś nie wie, ale wie o istnieniu książek, z których przecież można korzystać.

Właśnie o to chodzi. Często nie wie, ale dzięki studiom ma świadomość tego, że może to sprawdzić w konkretnej publikacji. Studia są szalenie ważne, szczególnie w żeńskich zakonach.

Czy stała formacja intelektualna nie powinna być obowiązkiem w żeńskich zgromadzeniach?

Na początku, kiedy wstąpiłam do klasztoru, taka praktyka funkcjonowała. Pamiętam, że kardynał Wyszyński położył mocny nacisk na ten aspekt formacji sióstr zakonnych. Były regularne wykłady, konferencje we wspólnotach, na które przyjeżdżali z zewnątrz specjaliści, a potem siostry miały egzamin z tego, co słuchały.

A teraz jak to wygląda?

Teraz? Inaczej, ale zdecydowanie mogłoby wyglądać lepiej…

Pytam, ponieważ w większości przypadków, w zakonach męskich, jest obowiązek studiów teologicznych w kolejnych etapach formacji…

Tak powinno być. W żeńskich wspólnotach też, ale nie jest tak kolorowo… To nie zawsze chodzi o obowiązek udziału siostry zakonnej w studiach specjalistycznych na uczelni. Chodzi bardziej o dostęp mniszek do wykładów z teologii prowadzonych przez kompetentne osoby. Mogą to być np. jakieś konferencje. Kiedyś organizowano kursy teologiczne dla junioratu. Nie każda siostra musi być magistrem teologii, ale musi mieć właściwą formację teologiczną. I by tej formacji też chciała.

Jeżeli wiara i rozum idą w parze, wtedy wszystko jest w porządku.

Jeżeli idą w parze… A broń Boże przeciwko sobie. Odrzucając jedno, dzieją się straszne rzeczy. Teraz jest moda, że rozum idzie w odstawkę. Rozum jest szalenie ważny, nie można go odkładać do lamusa. Oj nie! Jeżeli ktoś potrzebuje przykładów co się wtedy dzieje, niech sobie przeczyta Oślicę Balaama (śmiech).

Wchodzimy teraz na temat: emocje i osobiste przeżywanie wiary, religii.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że wiara to nie jest tylko hop, hop cacy, cacy. I często jest to droga ciemna i trudna. I trzeba wierzyć, a nie doznawać. Ogólna tendencja ludzi to droga łatwizny, wszelkie hopsa, hopsa jest prostsze niż stanięcie w prawdzie z samym sobą czy też to, co mistycy nazywają wejściem w noc ciemną. Prędzej czy później łatwizna prowadzi do wykolejenia duchowego.

W czasach kiedy Siostra była ksienią w Łomży, musiało dojść do zderzenia z rzeczywistością, o której wspominamy powyżej. Jak roztropnie poznać problem i zastosować środki zaradcze?

Mogę tylko powiedzieć, że starałem się to robić jak najuczciwiej. Na ile rozumiałam i na ile potrafiłam, bez żadnych ukłonów w jakąkolwiek stronę.

Co z nieposłuszeństwem?

Jeżeli jest to taka niepokonana niepoprawność, no to właściwie trzeba się rozstać. Jednak każda ksieni liczy na to, że będzie to pokonalne i da się to załatwić. Są narzędzia: tłumaczenie, upomnienia, kary, wszystkie te możliwości, o których wspomina św. Benedykt w Regule. Trzeba też uważać, żeby nie przesadzić z miłosierdziem, bo może być ono sprawnie wykorzystane przez kogoś w sposób niewłaściwy. Wszelka skrajność jest fatalna w skutkach. Zasada jest prosta: każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, o tym też mówi św. Benedykt. Według mnie, najważniejsza jest tutaj uczciwość każdej osoby we wspólnocie, taką na jaką mnie stać. Względy i względziki nie mogą kierować przełożonym. Nie ma takiej opcji, żeby zadowolić każdego.

Lectio Divina, kazania i homilie, o wierze słów kilka…

Czy ma Siostra jakieś sprawdzone metody czytania Pisma Świętego?

Przy okazji, moje pierwsze Pismo Święte dostałam do ręki chyba w wieku 12 lat. Nowy Testament oczywiście. O Starym Testamencie, w czasach po wojnie, nie było mowy, nawet w tej wersji ks. Wujka. Ja miałam świetnego prefekta w gimnazjum, i to on dużą wagę przykładał do lektury Słowa Bożego. Zadawał nam fragmenty do nauczenia na pamięć, kazał pisać coś à la homilie, oczywiście nie w sensie liturgicznym, bardziej jako komentarz. Moja styczność z Pismem Świętym umacniała się poprzez liturgię. Wtedy jeszcze była liturgia przedsoborowa i w poszczególnych częściach Eucharystii pojawiały się wszelkiego rodzaju tractusy graduale itp. I mnie to okropnie ciekawiło, co to znaczy i dlaczego dany fragment pojawia się w takim układzie, a nie innym, co jest dalej…

Kolejnym takim punktem były lata pięćdziesiąte, gdy pracowałam. Jezuici wydali Stary Testament w przekładzie ks. Wujka. Mama mi przesłała egzemplarz. Mówię szczerze, ja byłam nieprzytomna ze szczęścia. Od razu poleciałam do mojego szefa i mówię mu, że ja teraz potrzebuję miesiąc urlopu na czytanie Starego Testamentu (śmiech). Oczywiście cały czas była to Wulgata, ale ważne, że była… Czytałam wszystko od początku do końca, nie opuszczając niczego, i tak kilka razy. I tak robię do dzisiaj.

W praktyce osobistej staram się Pismo Święte czytać pół godziny dziennie, tak jak leci, po kolei. Czasami korzystam z komentarzy biblijnych. Warto pamiętać o systematyczności i trzymać się jej.

Dyscyplina?

Tutaj też trzeba brać pod uwagę indywidualne predyspozycje. Jednak dyscyplina to łącznik, dzięki któremu to wszystko się nie rozjeżdża.

Otwiera Siostra Pismo Święte…

I czytam, zwyczajnie, pół godziny. Po tym sięgam po jakąś dodatkową lekturę duchową.

Rozmyślanie?

Ta część ma swoją osobną przegródkę czasową w planie dnia i głównie dotyczy czytań mszalnych. Jednak nie chciałabym tutaj stawiać za każdym razem takiej linii demarkacyjnej pomiędzy poszczególnymi częściami lektury Biblii. Wszystko stanowi jedność i pewien styl życia. W którymś momencie życia klasztornego człowiek, powiedziałabym, oddycha Słowem Bożym i nim myśli.

Owocem tych wielu lat bycia ze Słowem Bożym była funkcja homiliantki, której się m.in. Siostra podjęła…

Funkcja homiliantki związana była z rangą Oficjum. W niedziele, święta i uroczystości nasze Oficjum miało III Nokturny (związane z Godziną Czytań podczas której odczytywane są trzy czytania: z Pisma Świętego – I Nokturn; z Ojców Kościoła – II Nokturn; i z Ewangelii – III Nokturn). Nie pamiętam dokładnie, w którym to roku było, ale w pewnym momencie okazało się, że my same możemy, na żywo, w czasie Oficjum podzielić się ze wspólnotą osobistymi refleksjami biblijnymi wokół przeczytanej Ewangelii. Oczywiście nie wszystkie siostry to robiły, ale ówczesna matka ksieni bardzo do tego namawiała. Tak przy okazji, powiem, że w tamtych czasach każda z nas czekała na taką żywą homilię. Co też taka a taka siostra nam dzisiaj powie. Taki dreszczyk emocji…

III Nokturn, Ewangelia się kończy i co dalej?

No i siostra, która akurat pełniła funkcję homiliantki, wychodziła ze stalli i podchodziła do pulpitu, i mówiła, z głowy lub z kartki.

Był określony czas takich homilii?

Urzędowo nikt nam nie mówił, ile ma trwać taka refleksja biblijna. Ale wydaje mi się, że rozumie się samo przez się, iż nie mogły być to długie rozważania. Przecież to, co istotne, już zostało powiedziane w Ewangelii.

Czy można określić pewien ideał homilii/kazania?

Każde kazanie/homilia powinno służyć poznawaniu Boga i pokazać człowiekowi, jak postępować zgodnie z Jego wolą. Jeżeli kapłan w swoich refleksjach gdzieś fruwa, nie wiadomo gdzie, to po co językiem mielić…

Osobiście uważam, że polskie kazania/homilie są głównie umoralniające.

Religa to nie jest tylko etyka i teologia moralna. Kapłani powinni mówić przede wszystkim o wierze i o niej myśleć, a nie tylko o moralności. Można być naprawdę przyzwoitym człowiekiem, dobrze żyjącym, ale niekoniecznie wierzącym.

Bo wiara to przede wszystkim relacja.

Osobista. I właśnie z tej relacji do Boga wynika mój stosunek do ludzi, własne zachowania. W drugą stronę to niekoniecznie działa.

Jeżeli zagubimy relację, nasza wiara jest odarta z istoty, i zostają zwyczaje, folklor religijny, czysto zewnętrzne elementy religii…

Z jednej strony dobrze, że choć to zostaje. Jednak musimy tutaj powiedzieć, że to stanowczo za mało, o dużo za mało. Nie można wtedy mówić o pełnej wierze. Powierzchowność wiary prowadzi do podziału w człowieku: człowiek w kościele i człowiek w codzienności. To jest sobie i tamto również, bez żadnego powiązania. Słuchamy Ewangelii, wracamy do domów, i nadal postępujemy tak jakby tej Ewangelii nie było… Bez relacji z Bogiem, nie pojawia się w nas odpowiedzialność bycia chrześcijaninem i katolikiem. Tworzy się karykatura.

Młode pokolenie uczy się najczęściej religijności od babci i dziadka. Co w sytuacji kiedy starsze pokolenie pokazuje wiarę jako tylko przywiązanie do zwyczajów i folkloru religijnego?

Religia nie polega na tym, że zdecydujemy i postawimy znak STOP w pewnym momencie życia duchowego. Wiara to rozwój, który trwa do końca życia. Obecnie wszystkie narzędzia do tego, aby ten rozwój postępował, są nam dane i nikt nie może powiedzieć, że nie ma dostępu do środków zbawienia.

Na kaznodziejach również spoczywa odpowiedzialność.

Najczęściej, zarówno u osób świeckich i duchownych, takie zjawisko, jak zatrzymanie się na pewnym etapie rozwoju duchowego, związane jest ze zwyczajnym lenistwem. W przypadku kaznodziei problem pojawia się z brakiem jakichś elementarnych chęci, pewnej pasji głoszenia Ewangelii. Dochodzą tutaj sprawy związane z brakiem przygotowania homilii/kazania. A to od nich w dużej mierze zależy, jak ludzie w świecie będą rozumieć wiarę i nią żyć.

Bywa i tak, że niektórzy kapłani ściągają gotowce z Internetu…

Potrafię zrozumieć, że są chwile słabości i trzeba skorzystać z dostępnych materiałów, ale uczciwość wymaga, że trzeba o tym powiedzieć ludziom, kto jest prawdziwym autorem słów, których słuchają. Zwykła uczciwość. Dramat pojawia się w chwili, kiedy te gotowce stają się zwyczajem.

Brak czasu, zmęczenie?

Tak jak mówiłam wcześniej, rozumiem pojedyncze przypadki z ważnych powodów. Ale wygodnictwa nie toleruję, jeżeli kapłan potrafi gapić się przez kilka godzin w telewizor czy komputer, to przepraszam bardzo, ale coś jest nie tak. Żeby wziął książkę, pomyślał i przygotował się, to już czasu brak. Wszystko inne jest ważne, a nie Słowo Boże.

Mocne słowa.

Ale tak jest. Aby zachować odpowiednie proporcje, w życiu duchowym wymagana jest ogromna dyscyplina. Lenistwo i wygodnictwo wciąga. Świętość również, ale gorzej nam to wychodzi, bo to trudna droga.

Kiedyś będąc w pewnym klasztorze, siostra przeorysza poprosiła mnie o robienie dla sióstr tzw. prasówki. Nie wszystkie słuchały radia, dlatego żeby wspólnota wiedziała co się dzieje na świecie, stąd zrodził się pomysł prasówek. I podjęłam się zadania. W trakcie zauważyłam, że i to zadanie zaczęło mnie niebezpiecznie wciągać. Pojawiła się chęć posłuchania czegoś dodatkowego, już nie tylko tego, co konieczne, ale może coś jeszcze…

A czas leciał.

Niby wszystko zgodnie z zaleceniami przeoryszy, ale zauważyłam, że idzie to w innym kierunku: oj panienko, uważaj, koniec na dziś. Dyscyplina musi być. Patrząc dzisiaj na moje współsiostry, choćby w kwestii korzystania z Internetu, jestem prawie przekonana, że w tej sprawie są nadużycia pod płaszczykiem wykonywanych funkcji.

Wrócę jeszcze do kazań. Jaki typ głoszenia Siostra lubi, a jaki nie?

Lubię i takie z przykładami, ale również miło posłuchać czegoś, co podprowadza… Natomiast nie lubię ględzenia nie wiadomo o czym. Na szczęście od jakiegoś czasu odzwyczaiłam się od tego typu kazań.

Krótko i z sensem. Jak długo powinny trwać kazania/homilie?

Pamiętam, że uczono mnie: kazanie na piątkę to krótkie i mądre. Kapłan musi mieć w sobie taki dyszel wewnętrzny, aby podczas głoszenia Słowa Bożego nie rozjechać się na wiele stron, czego efektem będzie jedynie brak sensu i zmęczenie słuchaczy. Papież Franciszek sądzi, że 7 minut to takie optimum. Ja jestem bardziej tolerancyjna i sądzę że 10 minut wystarczy.

Dla mnie ideałem jest jedna minuta.

Myślę, że to lekka przesada…

Jeden temat i wniosek.

Myślę, że trudno tutaj ustalać jakieś normy.

Marana Tha! Przyjdę niebawem – dialog, który dla niektórych może być straszny. Dzisiaj cenimy życie, chcemy być długowieczni…

Mi wcale nie przeszkadza starość. Jestem zadowolona, że jestem staruszką. Osobiście uważam, że jednym z najgłupszych powiedzeń jest to, że starość się Panu Bogu nie udała. Starość to okres zbiorów, dojrzewania.

Podsumowania?

Raczej dojrzewania. To nie jest okres zamknięty, przecież my tęsknie oczekujemy na spotkanie z Oblubieńcem. Marana Tha to wołanie, które przewija się przez całe moje życie. To zawołanie znalazło się na moim obrazku z pierwszej profesji zakonnej.

Świadomość oczekiwania.

Tęsknoty. Może to trochę ekscentrycznie brzmi, ale co ja poradzę, tak jest…

Dziękuję, Siostro, za rozmowę. Wszystkich czytelników zapraszam na stronę opactwa benedyktynek z Żarnowca, gdzie znajdziecie ciąg dalszy opowieści s. Hieronimy O Tyńcu, zwiadach, borowikach i ubikacji…


Hieronima Jemielewska OSB – urodziła się w 1933 r. Jest inżynierem ogrodnictwa na SGGW w Warszawie oraz magistrem teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Pracę magisterską napisała pod kierunkiem ks. dra Kazimierza Romaniuka na temat: Problematyka wiary w jedenastym rozdziale Listu do Hebrajczyków i jej analogie w listach św. Pawła. W latach 1959–1965 zaangażowana była w prace wydawnicze benedyktynów w Tyńcu. Były to zarówno teksty posoborowych, polskich ksiąg liturgicznych, przygotowywane pod kierunkiem o. Franciszka Małaczyńskiego, jak i Biblia Tyniecka, której głównym redaktorem był o. Augustyn Jankowski. Od 1965 roku jest benedyktynką w Żarnowcu na Pomorzu. W latach 1981–1991 była ksienią Opactwa benedyktynek w Łomży. Obecnie opiekuje się biblioteką klasztoru żarnowieckiego. Jest autorką książki, zbioru refleksji biblijnych Marana Tha. Przyjdę niebawem.

(Visited 113 times, 1 visits today)


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z naszego portalu CSPB możesz skorzystać z propozycji zapisania się do systemu Feedburner, za pomocą którego, codziennie między godziną 20:00 a 23:00 otrzymasz e-maila z listą linków najnowszych wpisów, które ukazały się w danym dniu... Zapisz się do powiadomień
Zamknij